Za dziurą w płocie

Miesiąc później niż początkowo zamierzałem, ale w końcu jest, pierwsze moje własne dzieło na blogu w roku 2019. Jest to krótka, raczej zabawna opowiastka, w której znany z memów „pieseł” przeżywa bajkową przygodę. Opowiadanie powstało przy okazji zabawy na jednym forum i stąd taki temat. Nie ma też żadnego związku z innymi moimi historiami. Zapraszam do czytania:

Pies, shiba inu, pieseł, jak zwał tak zwał, grunt, że właśnie zbudził się, a z nowym dniem przywitał potężnym ziewnięciem zakończonym głośnym mlaśnięciem. Gdy rozprostowywał swoje cztery, porośnięte żółtym futerkiem łapki, z lekkim zawodem myślał o miłym śnie, w którym wreszcie zapędził tego złośliwego kota zza płota w kozi róg i miał go na wyciągnięcie kłów! Jego smutek trwał jednak tylko chwilę. To przecież nowy, piękny dzień dla Piesława, tak bowiem jego Pańcio wołał mu na co dzień! Pies czuł to od czubka nosa po koniuszek zakręconego ogonka. A chrapanie dało mu do zrozumienia, że jego człowiek jeszcze śpi. Toż to tak nie może być! Na szczęście różowa, nieofutrzona łapa Pańcia zwisała z łóżka. Pieseł potruchtał do niej i zaczął lizać z głośnym „mlem”. Lizał dzielnie i nieprzerwanie. Wielką przeżył radość, gdy ręka ożyła, by pogłaskać go po łebku.

– Uszanowanko człowieku! Wow, piękny dzionek bardzo! Trza wstać! Brzuszek pusty! – zaszczekał Piesław, gdy Pańcio za długo się wałkonił.

Nie czekając na swojego kochanego dwunoga, psiak czym prędzej potruchtał do kuchni i usiadł przed swoimi miskami. Jego ogonek zamerdał, gdy zaspany Pańciu, trąc oczy, przyczłapał do kuchni, by napełnić naczynia wodą i karmą. Czas leciał, więc Piesław wcinał, jakby to miał być ostatni posiłek w życiu. Po chwili oblizywał się ostatni raz, a człowiek dopiero co pił tą swoją gorącą, okropnie pachnącą, brudną wodę. Mimo to shiba podszedł i położył swój łeb na kolanach człowieka, by otrzymać poranną porcję pieszczoch. Człowiek się trochę wzbraniał, ale proszące oczyska Piesława topiły wszelki lód oporu. Wkrótce leżał grzbietem na podłodze, a człowiek głaskał i głaskał, a radość rosła i rosła. Radość sięgnęła zenitu, gdy Pańcio powiedział magiczne słowa „na dwór”.

– Wow, bardzo na dwór. Tak! Tak! – zaskomlał pieseł, stając przy tarasowych drzwiach.

Ledwie Pańcio odsunął je, by zmieścił się nos, a Piesław już pchał się na zewnątrz. Na podwórko wypadł jak strzała, zrobił kilka rundek po trawniku na rozgrzewkę, po czym postanowił się zająć swoimi psimi sprawami. Człowiek stał jakiś czas i patrzył, ale i on musiał zająć się tymi wszystkimi dziwnymi rzeczami, jakimi dwunogi się zajmują, gdy nie głaszczą lub nie karmią psów. Psiak zasmucił się na chwilę, ale smutek znikł, gdy znalazł swoją ulubioną, skoczną piłeczkę. Piesław dopadł ją, pacnął łapką, łapał ząbkami, w końcu machnięciem łepetyny rzucił nią na drugą stronę podwórka. Piłeczka podskoczyła kilka razy, a potem zaczęła się toczyć. Gonił ją jak przebrzydłego kota zza płota w swoim śnie. W śnie jednak Piesław nie zderzał się boleśnie z krzakiem.

– Uow, brak uszanowanka dla zielicha! – mruknął niepocieszony, prychając gniewnie na niedobrą roślinę.

Szybko jednak przypomniał sobie o skocznej piłeczce, ale nigdzie jej nie było! Zamarł zdumiony. Po chwili przypadł nosem do ziemi i zaczął węszyć. Idąc za tropem, przecisnął się pod niedobrym krzakiem, gdzie znalazł dziurę w płocie. Ze zgrozą pojął, że piłeczka musiała się potoczyć na drugą stronę! Pies już chciał przeskoczyć w ślad za nią, ale zawahał się w ostatniej chwili. Pańcio nie lubił, gdy Piesław sam wychodził za płot. „Ale piłeczka! Ale Pańcio!” Biły się dwie myśli w główce zwierzaka. „Ale Pańcio nie patrzy.” Zauważył ten niedobry głosik, który nakazywał Piesławowi drapać meble oraz gryźć kapcie Pańcia. Jak zawsze nie mógł mu się oprzeć i skoczył w nieznane, od razu się potykając. Piesław toczył się bardzo długo. Gdy przestał w głowie mocno mu się kręciło.

– O wow – zaskomlał.

W końcu jednak świat się zatrzymał, a on zamerdał radośnie ogonkiem na widok skocznej piłeczki, leżącej wśród drzew. Już miał ją złapać w zęby, gdy łyse, zielone coś o wielgachnych uszach, brzydsze nawet od przebrzydłego kota zza płota wypadło z lasu i przyjrzawszy się piłce, zabrało ją!

– Wrr! – zawarczał groźnie Piesław, goniąc brzydala. – Piłka to pieseła Piesława! Brak uszanowanko dla kradzieja! – szczekał za nim.

Brzydal jednak nie zatrzymał się, nie oddał piłki. Śmiał jeszcze napiąć podczas ucieczki gałąź tak, że strzeliła Piesława po nosie! „Wrr, za wiele! Za wiele! Piesław zły!” Myślał, gorączkowo zwierzak rozglądając się, ale zielonego stwora już nie było, a i las nie przypominał niczego, co Piesław znał ze świata za płotem. „To na pewno nie królestwo kota zza płota. Wow, straszno.” Przestraszony skulił się i wycofał pod jedno z drzew, ale wtedy poczuł śmieszny zapach brzydala i znajomy piłeczki. „Moja piłeczka!” Przypomniał sobie i jednocześnie znalazł w sobie odwagę. Ruszył za tropem, chociaż było tu tak obco, chociaż las go straszył, chociaż droga dłużyła, chociaż Pańcio już mógł tęsknić. Mimo tego wszystkiego Piesław uparcie szedł za zapachem. W końcu uszy złowiły odgłos zabawy oraz paskudnych śpiewów. „Wow, pewno tam! Ocalić skoczną piłeczkę!” Zaszczekał bojowo, ruszając biegiem.

Tymczasem na dużej polanie całe stado zielonych brzydali śpiewało skrzypiącymi głosikami i tańcowało wokół ogniska. Tylko na chwilę zatrzymali się, gdy goblin Grzybus wybiegł z zarośli z tryumfalnym okrzykiem, wznosząc nad głową  kolorową piłeczkę, po czym wrócili zabawy. Wszyscy poza Wielkim Goblinem, który siedział na pniaku pozostałym po potężnym drzewie, jak na tronie. Był roślejszy od kamratów, nosił pelerynę z króliczego futra i dzierżył sękatą gałąź niby berło. Patrzył jak Grzybus biegnie ku niemu, wołając:

– Wielki Goblinie! Wielki Goblinie! Patrz co znalazłem! Wpadło przez dziurę w płocie! Na pewno czarodziejskie!

Mniejszy goblin ofiarował piłeczkę swemu wodzowi. Wielki Goblin wziął ją i przyjrzał się jej z wyrazem wielkiej pogardy.

– Na pewno zza dziury, Grzybusie, ale to bezwartościowy śmieć. Odłóż na stertę i weź sobie jedno mniam – odparł Wielki Goblin, rzucając piłeczkę poddanemu z taką siłą, że tamten się przewrócił i zaczął płakać.

Wódz był nie dobry dla plemienia, ale nikt nie miał siły go obalić. Wtedy na polanę wypadł Piesław i omiótł spojrzeniem całe towarzystwo. Zadrobił niepewnie łapkami, widząc tyle paskud, ale tylko jedno go interesowało, to co trzymał zapłakany Grzybus.

– Wow! Moje to! Oddawać, bo wrr, będzie wielki brak uszanowanka! – zagroził Piesław, szczerząc kiełki.

Zielone paskudy zadrżały, ale nie Wielki Goblin. Ten patrzył na psa z podziwem i śmiał się głośno.

– I to jest dopiero skarb zza dziury w płocie! Jednak na coś się przydałeś Grzybusie. Jeżdżąc na takim stworze stanę się największym z goblinów w tym lesie! – zakrzyknął wódz. – Pojmać bestię! – rozkazał, wskazując zwierzę „berłem”.

Gobliny wnet otoczyły dziwne dla nich stworzenie, by spróbować je pochwycić. Rzuciły się na niego i oblepiły jak liście w jesieni, ale Piesław wierzgnął mocno, roztrącając je na boki. Zaczął groźnie szczekać, gdy się gramoliły z powrotem na nogi.

– Głupcy, użyjcie lin! Związać ją! – wołał Wielki Goblin.

I wnet w powietrzu świsnęły liny utkane z łąkowych traw. Większość nie trafiła celu. Tylko jedna zaplątała się Piesławowi na szyi.

– Mam go Wielki Goblinie! Mam! – ucieszył się trzymający sznur brzydal, ale zaraz mina mu zrzedła. – Ooł – jęknął bezradnie, rozumiejąc swoją sytuację.

Nim ktoś mu pomógł, Piesław pognał w stronę pnia, powalając nieszczęśnika i ciągnąć go nieco za sobą, nim puścił linę. Przestraszony Grzybus schował się za wodzem, lękając kłów „bestii”. Wielki Goblin jednak się nie bał, nawet gdy pies stanął przed nim w całej okazałości i szczekaniem żądał zwrotu piłki.

– Sam cię poskromię, bestio, jakem Wielki Goblin! – zawołał, zamachując się kijem na nos Piesława.

Piesław jednak nie dał siebie zdzielić drugi raz po pysku. Zręcznie złapał zębami kij i zaczęli się siłować. Wtedy Grzybus, widząc szansę na koniec tyranii pociągnął wodza za płaszcz, a ten stracił równowagę. Shiba zdołał wyrwać zaskoczonemu goblinowi „berło”, po czym odrzucił je daleko z prychnięciem.

– Brak uszanowanka dla kijka. Brak uszanowanka dla brzydala. Piłka – powtórzył po raz kolejny.

– Ja się nie poddam! – Wielki Goblin wygrażał pięścią.

Piesław miał dość. Zakręcił zadem i zdzielił paskudnika, a ten spadł ze swego pnia. Grzybus widząc obalonego wodza, uklęknął przed wybawicielem, po czym uniósł piłeczkę.

– O wspaniała bestio, ratujesz nas od złego ciemiężcy, od dziś będziemy cię czcili – obiecał goblin.

Piesława jednak to nie zajmowało. Złapawszy piłeczkę, opuścił polanę kłusem, z dumnie uniesionym pyszczkiem, a uradowane stwory żegnały go wiwatami. Gdy już goblinów nie widział, pies przyspieszył, bo było już późno. Gnał z powrotem do dziury w płocie. Gdy przeczołgał się i wrócił na podwórko, zachodziło już słońce, a on czuł się bardzo zmęczony. Z ulgą uwalił się na trawie i lizał swoją skoczną piłeczkę. Wtedy pojawił się człowiek, cały zmartwiony. Radował się powrotem Piesława, pytał gdzie był. Pieseł aż musiał się zastanowić.

– Wow, na przygodzie – szczeknął wreszcie, chociaż Pańcio i tak nie zrozumiał, ale klepał swojego pupila po głowie. – Spać – ziewnął po chwili Piesław, porzucając piłeczkę.

Trochę wody i karmy później, Piesław zakręcił się w swoim legowisku, moszcząc miejsce do spania. Po chwili położył się, zwinął w kulkę i usnął.

I tak się skończył niezwykły dzień psa, pieseła, shiba inu, jak zwał tak zwał, wabiącego się Piesław.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s