Disneyowski maraton 25 – Miecz w kamieniu

Źródło plakatu: Filmweb

A oto i Miecz w kamieniu (ang. The Sword in the Stone) z 1963 roku, czyli kolejny film Disneya w baśniowych klimatach nawiązujący do postaci króla Artura, ale bazujący nie na średniowiecznych legendach, a na książce dla dzieci pod tym samym tytułem z 1938, która już bazuje na legendach, ale dość luźno. Trochę zagmatwane, wiem, ale grunt, żeby nie oczekiwać po tej produkcji jakiejkolwiek zgodności z legendarną postacią Artura. Ja to zrobiłem i to był błąd, ale o tym zaraz. Moje osobiste wspomnienia związane z tym filmem są… takie, że oglądałem go dawno temu z jeden raz i to jeszcze po niemiecku. Co nieco w głowie pozostało, ale ogólnie czułem się jak przy świeżym podejściu.

Fabuła

Oto w Anglii poległ król i nie znalazł się nikt godny, by go zastąpić. Wtedy pojawił się w Londynie kamień z wbitym w niego mieczem, który opatrzono napisem głoszącym, że ten kto go wyciągnie, ten zostanie władcą. Przez lata wielu próbowało, nikt zadaniu podołał i o mieczu w kamieniu zapomniano. Potem przenosimy się do leśnej chatki anachronicznego czarodzieja Merlina, który czeka aż wpadnie do niego ktoś kto potrzebuje pomocy jego i jego gadającej sowy, Archimedesa. Nieświadomym gościem staje się sierota mieszkający w pobliskim zamku, chłopiec imieniem Artur, ale wszyscy przeżywają go Pryszcz. Merlin decyduje się zostać nauczycielem Artura, a jego nowy uczeń staje się udziałem niezwykłych lekcji, które przeżywa w skórze zwierząt. Tytułowy miecz w kamieniu w zasadzie pojawia się na sam koniec i ma niewielkie znaczenie w całej historii.

Jak już mówiłem to nie adaptacja legendy, a książki, która już jest adaptacją legendy. Ja o tym nie wiedziałem i potrzebowałem chwili, by się przyzwyczaić. To bardzo nietypowe przedstawienie tej historii. Fabuła generalnie nie jest jakaś spektakularna, nie wgniata w fotel, ciągnie całość do przodu niespiesznie, ale daje odprężającą rozrywkę, tak jak omawiane ostatnio Dalmatyńczyki. Miecz w kamieniu jest do tego bardzo edukacyjny. Nasz anachroniczny Merlin tłumaczy Arturowi różne rzeczy nauczycielskim tonem w przystępnej dla młodszych formie. Np. dlaczego warto używać mózgu zamiast siły, albo co to jest miłość. Film zawiera też sporo komedii. Czarodziej rzuca sporo żartów o wątpliwych urokach życia w średniowieczu, jego sowa dorzuca cyniczne docinki i jest jeszcze sporo humoru sytuacyjnego, zwykle z udziałem niezdarnego pana zamku Sir Ercota oraz jego gburowatego syna, Kaya, albo pechowego wilka z lasu, który próbuje zjeść Artura.

Postaci

Naszym głównym bohaterem jest oczywiście osierocony chłopiec Artur. Wypada dobrze jako postać dziecięca. Jest niezdarny, ale stara się i ma głowę otwartą na naukę. Nie irytuje i jego projekt jest całkiem miły dla oka. Obok niego centralną rolę gra też czarodziej Merlin. Jest to dobrotliwy, nieco ekscentryczny staruszek wyglądający tak jak chyba każde dziecko wyobraża sobie czarodzieja, jako starca z długą siwą brodą w spiczastej czapce. Niekiedy przypominał mi wręcz Wróżkę Chrzestną z disnejowskiego Kopciuszka. Mój problem z Merlinem to jego anachronizm. Niby jest wyjaśnione, że potrafi podróżować przez czas, ale jak się lubi historię to takie wyskakiwanie z pojęciami i rzeczami, których nie znali ludzie danej epoki jest ciut nieprzyjemne.

Co do postaci pobocznych to jest tam moja ulubiona postać całego filmu, gadająca sowa Archimedes. Ptak jest świetny. Ma uroczy wygląd, ale przy tym dość niski głos, jest gburowaty i uwielbia rzucać cynicznym docinkami w stronę Merlina, ale w razie potrzeby pomoże. No po prostu nie mogłem go polubić. Sir Ector to dość zabawny, gruby rycerz, ale Kay to nudny, gburowaty osiłek, pewnie dlatego śmieszniej wypada, gdy dostaje po głowie. Do tego pojawiają się jeszcze na chwilę inni rycerze oraz zwierzęta.

Tym razem marny jak na Disneya jest czarny charakter. Czarownica Mim pojawia się dopiero pod koniec filmu, gdy Artur na nią przypadkiem wpada, a i tak zdążyła mnie zirytować swoim zachowaniem, głosem oraz wyglądem. Jej projekt jest bardzo karykaturalny i moim zdaniem po prostu słaby. Przynajmniej pojedynek Mim z Merlinem na transformacje w zwierzęta jest zabawny.

Wygląd

To drugi z kolei film po Dalmatyńczykach, w którym postaci mają bardziej szkicowane kontury, ale generalnie w porównaniu do tamtej animacji, Miecz w kamieniu wypada moim zdaniem lepiej. Po pierwsze tła są dużo ciekawsze. Wnętrza budynków są narysowane w podobnej manierze co tam, ale plenery są ładne. Może nie przepiękne, ale ładne. W dodatku dzięki motywowi przemiany bohaterów w różne zwierzęta miejsca pokazywane są w różnej perspektywie. Jako ludzie kręcą się po zamku, jako ryby pływają w zaśmieconej fosie, jako wiewiórki kicają po drzewach itp.

Postaci są smukłe i wysokie, niezbyt karykaturalne, za wyjątkiem Mim, co mi odpowiadało. Taki udany kompromis między realizmem, a kreskówką. Zwierzęta ładnie wyszły, szczególnie urocze są wiewiórki. Co do jakości samej animacji to jest ona zmienna. Jedne sceny imponowały mi kreatywnością i płynnością ruchu, inne no niekoniecznie.

Muzyka

Muzycznie jest przyjemnie, jak zwykle. Utwory zawsze pasują do danej sceny, albo nie pojawiają się wcale, gdy nie jest to potrzebne.

Tym razem pojawia się za to więcej piosenek. Film otwiera utwór przypominający pieśń barda opowiadającego o losie królestwa. Przyjemne dla ucha. Potem pojawia się piosenka Higitus Figitus bardzo przypominająca mi Bibbidi-Bobbidi-Boo z Kopciuszka. Dość żwawa. Dla odmiany jest też wolniejsza piosenka edukacyjna, gdy bohaterowie są rybami. Podobny rytm ma piosenka wyjaśniająca czym jest miłość. A i jeszcze Mim dostała swoją łotrowską piosenkę i chyba to najgorsza łotrowska piosenka w animacjach Disneya.

Dubbing

Kolejny film, który w naszym kraju ma dwie wersje dubbingu. Osobiście nigdy nie widziałem pierwszego dubbingu, nagranego w czasach PRLu i raczej nie łatwo znaleźć go w internecie. Drugą wersję nagrano pod koniec lat 90-tych. W niej Jakub Truszczyński brzmi zacnie jako Artur, bo głos jest chłopięcy, ale nie irytujący. Merlin mówiący głosem Wiesława Michnikowskiego jest ok., tak bez szaleństw. Świetny jest za moim zdaniem Ryszard Nawrocki jako Archimedes. Pozostali aktorzy wypadają poprawnie, no może poza Mirosławą Krajewską, której głos irytował mnie na równi z całą postacią wiedźmy Mim.

Morał i słowo na koniec

Jako film mocno edukacyjny, Miecz w kamieniu chce sporo nauczyć. Główną nauką jest siła samej nauki, którą można pokonać siłę mięśni. Do tego film wraca co jakiś czas. Pojawiają się też inne sprawy, chociażby wyjaśnienie młodym umysłem co to jest ta miłość (tym razem bez zakochania od pierwszego wejrzenia), potrzeba wiary w siebie, czy ciekawość świata.

Cóż, Miecz w kamieniu to dobry film animowany. Mimo całej tej warstwy edukacyjnej dla młodszych widzów i anachronizmów, bawiłem się całkiem zacnie dzięki komedii i żartom. Wygląda też nienajgorzej oraz posiada trochę kreatywnych scen. Nie jest to szczyt disnejowskiej, klasycznej animacji, czarny charakter też kiepski, ale koniec końców warto zobaczyć.

Następny w kolejce film to zdaje się będzie Księga Dżungli, czyli koniec tej epoki dla wytwórni, gdy żył jeszcze Walt Disney.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Disneyowski maraton 25 – Miecz w kamieniu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s