Fantastyczne książki 12 – Wojna skrzydlatych

No i trzecia książka, którą przeczytałem w lipcu, choć wielki wysiłek to nie był. Powieść liczy bowiem zaledwie 180 stron i to w formacie kieszonkowym. Niemniej uznaję ten miesiąc za dobry przynajmniej pod względem czytelniczym.

Wojna skrzydlatych (w oryginale: The War of the Wing-Men) to powieść amerykańskiego pisarza science fiction Poula Andersona, (który swego czasu zdobył wiele nagród, ale mam wrażenie, że nie jest tak pamiętany jak niektórzy inni pisarze sciene fiction) wydana pierwotnie w odległym 1957 roku (w Polsce tylko raz w 1985). Powieść otwiera cykl książek o Lidze Polezotechnicznej, który miał zostać wydany w Polsce nakładem wydawnictwa Alfa jak obiecuje przedmowa tłumacza, ale niestety nie doszło do tego. Sam autor zdaje się być ogólnie rzadko tłumaczony na nasz język, przynajmniej według tego, co widzę w internecie. Przy okazji myślę, że grafika na okładce jest okropna i koślawa.

A zatem fabuła: Wojna skrzydlatych przenosi nas w odległą przyszłość do XXV wieku. Opowiada o przygodach kosmicznego kupca, Holendra Nicholasa van Rijna należącego do Ligii Polezotechnicznej (skojarzenia z Hanzą jak najbardziej na miejscu). Człek to otyły, grubiański, szczwany i niesamowicie wręcz pyskaty w dodatku chadza ubrany niczym XVII wieczny Francuz, łącznie z utrefionymi włosami, wąsikiem oraz kozią bródką. Lubi wydawać polecenia, ale sam nie kwapi się do roboty, twierdząc, że „ludzie do roboty to on zatrudnia”, wypowiada się w szczególny sposób, oryginalnie mówił łamaną angielszczyzną, a w polskiej wersji tłumacz zdecydował się na rubaszny ton (acz nie wulgarny) oraz wtrącanie holenderskich słów. Van Rijn, jego pracownik, Eryk Wace, inżynier narzekający w myślach na szefa oraz arystokratka Sandra Tamarin byli w trakcie lotniczej wycieczki po Diomedesie, wciąż eksplorowanej planecie, gdy sabotaż sprawił, że ich latający pojazd skończył w oceanie. Nieoczekiwanie znaleźli się w samym środku wojny między dwoma narodami inteligentnych autochtonów, tytułowych skrzydlatych. Najeźdźcy to napływowi, mieszkający na olbrzymiej flocie Drakhoni. Obrońcy to Lannachowie zamieszkujący archipelag wysp, ale w zimę odbywający coroczną wędrówkę do ciepłych krain. Obie grupy uważają siebie nawzajem za barbarzyńców o odrażających obyczajach. Rozbitkowie muszą się śpieszyć z wydostaniem się z tego kotła, bowiem ich zapasy żywności są ograniczone, a miejscowa żywność jest trująca dla ludzi. Trójka bohaterów jest zmuszona opowiedzieć się po jednej ze stron, by wesprzeć ją zaawansowaną technicznie wiedzą Ziemian, choć nie będzie to łatwe na planecie bez większości metali, zamieszkanej przez społeczności neolityczne.

Szczerze mówiąc w książce nie ma tak strasznie wiele zdarzeń. Naprawdę solidna ilość miejsca poświęcona jest na ekspozycję. Bohaterowie często całymi stronami mówią, myślą, albo nawet narrator wykłada informacje o planecie oraz jej mieszkańcach. Muszę przyznać, że choć kreuje to szczegółowy obraz planety Diomedes, te ekspozycje czasami za bardzo się ciągną. Szkoda, że nie są bardziej wplecione w akcję, tylko tworzą wyraźne pauzy. Miałem też problem z van Rijnem. Choć to, że jego niewyparzona gęba oraz cwaniactwo korespondują z dziwacznym jak na erę lotów kosmicznych wyglądem jest na swój sposób urocze to nie polubiłem go z pewnego powodu. Na chłopski rozum odnoszący sukcesy kupiec musi mieć łeb jak sklep, ale to co robi ten Holender… Powiedzmy, że jego możliwości są zdrowo przesadzone i wszystkie jego pomysły, jakkolwiek wydające się szalone Erykowi Wace i czytelnikowi, okazują się sukcesem. Strasznie mnie to irytowało. Inne postaci są okej, tak ludzie, jak i przedstawiciele miejscowych, których kilku poznajemy. Wśród tych osób mamy oficerów Drakhonów oraz wojowników Lannachów, a obie grupy są mocno odmienne od siebie. Podobały mi się sceny batalistyczne, tu szczegółowość opisów działa dobrze, a finałowa bitwa osiąga wręcz epicki rozmach. Jednakowoż mimo że to sci-fi, nie ma tu prawie laserów i innych takich wynalazków. Wojownicy biją się kamiennymi toporami, maczugami i ostrzeliwują łukami. Sporo tu też fachowego słownictwa z zakresu… żeglugi.

Jak pisałem autor opisuje wszystko z bogactwem szczegółów. Taki Diomedes nie jest po prostu jakąś planetą. Autor mówi nam na przykład, że jest dwukrotnie większy od ziemi i jest pozbawiony ciężkich metali. Opisywane jest nam życie autochtonów z obu zwaśnionych narodów. To naprawdę ciekawe, ale mogło być ciekawiej przedstawione w książce.

Czy mogę polecić odszukanie tej  60-letniej, wydajnej w Polsce ponad 30 lat temu książki? Myślę że tak, choć raczej łatwo nie będzie jej zdobyć (mój egzemplarz mam ze zbioru, jaki mój ojciec zebrał za młodu). Nie jest doskonała, ani długa, a van Rijn swoim nieskończonym pasmem sukcesów oraz gadką potrafi irytować ale bogactwem opisów powieść pozwala się wyobraźnią autentycznie przenieść na obcą planetę pomiędzy obce istoty, a wszelkie bitwy opisano naprawdę zacnie. W dodatku nie jest to przesadnie „twarde” sci-fi. Liczbowo napisałbym tak:

6/10 – Książka całkiem dobra, ale powoduje zgrzyty przy czytaniu.

8 uwag do wpisu “Fantastyczne książki 12 – Wojna skrzydlatych

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s