Fantastyczne książki 11 – Świat Dysku: Kolor Magii

Pora na odrobinę fantastycznej literatury w postaci klasyka:

Kolor Magii, pierwotnie wydany w 1983 (a w Polsce w 1994 r.), to pierwsza powieść ś.p. Terry’ego Pratchetta osadzona w Świecie Dysku wykreowanym przez pisarza. Jakoś nie było mi po drodze z tym pisarzem. Nie jest to jednakowoż moja pierwsza styczność z tym uniwersum, bowiem  w przeszłości trochę o nim czytałem w sieci oraz mam za sobą Niuch, inną powieść osadzoną w Świecie Dysku. Jeszcze słowa o okładce, w której widzimy zgraję karykaturalnych, niezbyt urodziwych istot oraz ostre zamieszanie, zapowiadające, cóż, to co czeka czytelnika już na kartach książki. Niemniej podoba mi się jak szczegółowa jest to grafika oraz to że jest skąpana w ciepłych kolorach. A o czym to jest?

„W odległym, trochę już zużytym układzie współrzędnych” jest sobie płaski świat podtrzymywany przez grzbiety czterech wielkich słoni, które stoją na skorupie olbrzymiego żółwia A’Tuina. W tym świecie znajduje się miasto Ankh-Morpork, do którego przybywa Dwukwiat, pierwszy turysta w Świecie Dysku, chcący poznać obce krainy. Towarzyszy mu Bagaż, czyli myśląca, chodząca skrzynia. Zrządzeniem losu turysta wpada na Rincewinda, maga-nieudacznika, który z razu postanawia wykorzystać Dwukwiata, aby trochę zarobić, a pod groźbą śmierci kończy jako przewodnik turysty. Mimo względnie niewielkiej ilości stron książki (raptem 200), ta dwójka przeżywa w książce całe mnóstwo mniej lub bardziej absurdalnych przygód włączając w to spotkania z pożarami, magią, rzezimieszkami, jeźdźcami smoków, a nawet pewnym pradawnym złem, którego lękają się wszyscy magowie Świata Dysku. Czytało mi się to dobrze, nie raz się uśmiałem, ale czasem to i za głowę łapałem, bo miejscami nie wiedziałem co się w sumie stało. Historia przykuła moją uwagę, ale nie porwała mnie.

Pratchett słynął z charakterystycznego języka i podejścia do gatunku. Tak więc w Kolorze Magii mamy do czynienia z parodią fantasy, gdzie autor śmieje się z różnych typowo fantastycznych wątków jak bohaterowie, magia, czy bogowie. Poprzez swoje książki śmieje się też z różnych przywar naszego współczesnego świata i tak w tej książce obrywa się bezrefleksyjnej turystyce, a Dwukwiat jest uosobieniem typowego turysty, naiwnego oraz wszędobylskiego, który chce wszystko zobaczyć i sfotografować, nie bardzo bacząc na konsekwencje. Jednakowoż jako postać jest całkiem sympatyczny, prawie nigdy nie traci dobrego humoru i optymizmu. Mniej ciepłe odczucia miałem wobec Rincewinda, który jest trochę cwaniakiem, a trochę tchórzem, który chciałby trzymać się kilometr od wszelkiego niebezpieczeństwa. Nie bardzo się to zmienia w toku powieści. Poza nimi jest Bagaż, który jest dość ciekawym bytem, zdumiewającym tak czytelnika jak i mieszkańców Świata Dysku. Wreszcie pojawia się tu po raz pierwszy słynny, pratchettowski Śmierć, czyli z wyglądu stereotypowy kostucha z kosą, ale raczej zachowujący się jak urzędnik o specyficznym podejściu do świata. Są oczywiście także inni, ale zwykle te postacie pojawiają się na krótko, by odegrać swoją rolę w jednym epizodzie tej przygody. Poniżej mały przykładzik:

„Wysoko ponad zamętem zdumiony Rincewind przyglądał się Dwukwiatowi.

– To ty odciąłeś światło? – syknął.

– Tak.

– A skąd się wziąłeś na górze?

– Uznałem, że lepiej nie będę im wchodził w drogę.

Rincewind pomyślał chwilę. Właściwie niewie już mógł dodać.

– Prawdziwa bójka – zachwycał się Dwukwiat. – Lepsza, niż mogłem sobie wyobrazić! Sądzisz, że powinienem im podziękować? Czy to ty zorgnaizowałeś?”

Co do samego Świata Dysku to jest to osobliwe miejsce ze względu na to, że to płaska ziemia czerpiąca garściami z fantasy, ale przedstawiająca te motywy w zdrowo przekrzywionym zwierciadle. Tak więc Ankh-Morpork to miasto wielkie, pełne rozmaitych osób i miejsc, ale w sumie to jest dość paskudne. Pojawia się odwrócona góra, kontynent leżący na samym skraju dysku przechwytujący to, co dopłynie nad samą krawędź, czy mroczna świątynia skąpana w fioletach przywodząca na myśl Lovecrafta. Pratchett mimo wszelkich absurdów oraz humoru poświęca sporo miejsca na wyjaśnianie jak ten świat działa, np. opisywana jest magia, która w tym świecie ma swój własny kolor pojawiający się podczas czarowania. Względem fizyki naszego świata to wszystko to czysta abstrakcja, ale także ciekawe spojrzenie na pełen fantazji umysł pisarza. I jeszcze jeden cytat:

„Spróbował unieść rękę i natychmiast otoczyła ją rozjarzona oktarynowa korona. Magiczny wiatr wzmagał się. Wiał z mocą huraganu, a choć nie poruszył nawet najmniejszej cząstki kurzu, to jednak wywracał powieki Rincewinda na drugą stronę.”

Cóż mogę rzec. W sumie Kolor Magii uważam za dobrą książkę. Szybko mi się ją czytało, pośmiałem się trochę, ale nie poczułem wobec niej szczególnie gorących odczuć. Po lekturze nie uważam jej za arcydzieło, które pchnęłoby mnie do czytania reszty tej długaśnej serii, ale ma swój urok. Możliwe, że wynika to z tego, że w końcu to pierwsza część Świata Dysku, napisana jakby nie patrzeć dość już dawno, a pisarz rozwija się całe życie. Zatem nie wykluczam, że kiedyś sięgnę po inne książki z tego cyklu.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Fantastyczne książki 11 – Świat Dysku: Kolor Magii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s