Owoce Thauberi: Prolog

Witam. Stwierdziłem, że dziś jest odpowiedni dzień, by zacząć pewien projekcik. Zwykle moje opowiadania, które umieszczam, w internecie są już z grubsza napisane w chwili publikacji. Tym razem postanowiłem zadziałać inaczej i zamieszczać fragment po fragmencie opowiadanie, które się tworzy. Być może w każdą środę pojawi się na blogu nowa część. Z tego powodu kolejne rozdziały będą raczej dość krótkie, ale myślę, że dzięki temu i wam będzie łatwiej, drodzy czytelnicy, znaleźć chwilę czasu, aby dany fragment przeczytać.

Owa historia, jak zresztą większość moich dzieł, rozgrywa się w autorskim uniwersum, na pewnym tropikalnym lądzie położonym z dala od zaawansowanych cywilizacji. Żyją tam podzieleni na plemiona prymitywni ludzie, acz liczne ruiny świadczą, że wyspa miała kiedyś o wiele starszych mieszkańcach. Jednym z tych plemion władają kobiety i pragnąc zyskać przewagę nad mężczyznami, wejdą one w konflikt z tajemniczym opiekunem sąsiedniej, dziewiczej krainy.

Prolog

Jestem tu tyle lat, otoczony przez egzotyczną przyrodę i niematerialne duchy. Żyję tu. Przetrwałem wszystko. Łaskawy los sprawił, że przystosowałem się. Znalazłem tu swoje miejsce i nie brakuje mi niczego. Nie trwam z dnia na dzień, starając zaledwie przetrwać, dano mi cel. Ta dolina uznała mnie za swojego opiekuna. Pomagam niematerialnym z radością. Mimo to umysł nie pozwala mi zapomnieć tego co było wcześniej. Przeszłość nieubłaganie wraca w nocnych, koszmarnych snach oblewających mnie zimnym potem, w ciągu dnia przychodzi wciąż jako natrętne wspomnienia burzące nastrój, w najmniej spodziewanych momentach objawia obrazy wypalone głęboko w podświadomości, a ja jedyne co potrafię wtedy zrobić to wpełznąć do nory, by płakać. Jedna noc, tylko ta jedna sprzed dziesięciu lat wciąż wraca i wraca. Noc, której nie zapomnę nigdy.  

Rodzice, jakże smutne, iż ich wygląd nie zachował się w pamięci w całości i krewni, grupa odkrywców przemierzająca przestworza świata, by znajdować nieznane lądy, których lokalizację można by sprzedać zainteresowanym. Różna opłacalność, raz fortuna, raz trudność związania końca z końcem. Życie w tłoku, w małej, stalowej puszce zwanej latającym okrętem. Od świtu do zmierzchu ponad pustką Oceanu Chmur. Choć niektórzy przechodzili na emeryturę, schodzili na ląd, inni rodzili się oraz umierali na pokładzie. Wpajano we mnie wiarę, że takie czeka życie i mnie. Uczono wielu rzeczy, których potrzebowałbym jako następca moich rodziców, chociaż los zaplanował mi coś innego. Ten sam los też sprawił, że od dziecka widziałem ich, niematerialnych. Myślałem, że to przekleństwo, bo wiele z nich to okropne stworzenia. Nie wszyscy jednak. Inni są nieskalanie dobrze. To oni mnie ostrzegli, ale rodzina nie usłuchała bełkoczącego dziecka.

Lecieliśmy w kolejne puste na mapie miejsce, by odkryć coś co da nam bogactwo. Dorośli mówili: „rutynowy lot”, a my, młodzież, mieliśmy przygodę. Nic nie zdradzało tego co nas wkrótce czeka. Tylko oni szeptali. Ich ostrzeżenia odzierały z radości, powodowały apatię, nie pozwalały w nocy spać. Czułem się i wyglądałem jak chory. Zmartwieni rodzice umieścili mnie  w pokładowym ambulatorium. W samotności mogłem z przerażeniem podziwiać, jak Ocean wypluwa z siebie sztorm. Czy gdybym nie zastygł wtedy jak lodowa rzeźba i ostrzegł innych, ten lot skończyłby się inaczej? Nie wiem, wciąż mnie to gryzie. Oni nie chcą powiedzieć. Jednak nie zawołałem. Inni zauważyli, że jesteśmy w niebezpieczeństwie, gdy potężne wichry szarpnęły naszym statkiem. Szarpnęło tak, że upadłem na podłogę. Chwilę później wściekły żywioł rozszalał się jak dzika bestia dookoła. Wiatr rzucał okrętem niczym liściem. Deszcz, który nie spadał z góry, ale leciał z dołu, bębnił o poszycie, a ciemność dookoła rozjaśniały niezliczone błyskawice, którymi ołowiane niebo i wzburzony Ocean Chmur ostrzeliwały się wzajemnie. Płakałem, rodzice przyszli do mnie. „Spokojnie” – mówili mi. – „To nic nadzwyczajnego. Bywaliśmy w gorszych opresjach.” – Przekonywali, ale wiedziałem, że kłamią. Widziałem to w ich oczach oraz panice innych dorosłych. Słyszałem mego dziadka mruczącego, że nigdy nie widział czegoś takiego. Byliśmy zdani na łaskę Oceanu. Nie okazał jej nam.

Jedna błyskawica spadła na okręt, potem druga, trzecia. Przerażony siedziałem na podłodze i piszczałem ze strachu. Czwarte uderzenie pozbawiło okręt ochronnej bańki tarczy. „Jeszcze tylko trochę” ktoś motywował pozostałych. „Dame radę”. Jakby żeby zakpić z niego spadła kolejna błyskawica, najpotężniejsza ze wszystkich. Uderzyła wprost w silniki statku. Okrętem szarpnęła eksplozja i w kłębach dymu wypełniających pomieszczenia i korytarze runęliśmy w dół. Wciąż w dół i w dół. Czas zwolnił. Wydawało mi się, że wszystko dookoła porusza się niewyobrażalnie wolno, ażebym mógł dobrze posmakować tego strachu.

Nie spadliśmy jednak do Oceanu. Przed nami w ciemnościach pojawiła się wyspa. Jakimś cudem dotarliśmy do jej krawędzi. Wtedy dziób okrętu uderzył w ziemię i sunął przed siebie, prując ziemię i dżunglę, aż w końcu odpadł. W zmiażdżonym, oderwanym kokpicie skończył mój ojciec. Moja matka była ze mną, ale skończyła niedługo później, gdy została rzucona na potworne zęby poszarpanego metalu. Chciałem iść jej na ratunek i chyba to uratowało mnie. Zostałem wyrzucony na zewnątrz przez dziurę w kadłubie. Tuż przed tym jak generator okrętu eksplodował, rozrywając resztki na kawałki i gubiąc tych, którzy przetrwali lądowanie. Nie widziałem tego. Leżałem bez czucia.

Gdy się ocknąłem. Wciąż była ta noc i wciąż padał deszcz, mocząc moje futro i zniszczone ubrania, ale tym razem leciał z nieba, nie z Oceanu. Przerażony pociągnąłem do płomieni wskazujących na zgliszcza. Czarna jak tamta noc rozpacz ogarnęła mnie na widok szczątków i na widok porozrywanych na kawałki zwłok. Szukałem rodziców, ale nie znalazłem ich. Nikogo nie potrafiłem rozpoznać. Może to dobrze? Może dzięki temu nie postradałem zmysłów po tej nocy? Przerażony, mokry i zmarznięty wpełzłem w jakąś dziurę. Nie wiem jak długo tam leżałem tak łkając nim wreszcie usnąłem niczym małe, przerażone zwierzątko. Nie spodziewałem jakie odmienne zacznie się dla mnie życie, gdy otworzę oczy. Jednak przetrwałem, dolina się nade mną ulitowała i byłem gotów oddać jej swoje skromne życie. Los jednak znowu postanowił inaczej.

 

Następny rozdział

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s