Jęki w zaułku, cz. 3

I tym razem będzie ostatni fragment tegoż opowiadania.

Na dźwięk swego imienia, Archibald spojrzał na przełożonego pełnym pogardy spojrzeniem, zupełnie jakby patrzył na pluskwę, albo inne robactwo. Odwrócił wzrok w samą porę, by dostrzec atakującego z doskoku jaszczura. Z niesamowitą wręcz zwinnością blondyn uniknął ciosu potężnych pazurów, które mogłyby wybebeszyć człowieka. Potwór atakował jak to bestia, bez większego planu, licząc na swoją siłę fizyczną. Zasypywał przeciwnika gradem miażdżących ciosów. Dla Roberta były to niesamowicie szybkie ruchy, ale Archibald z łatwością ich unikał. Nawet zaśmiał się, jakby to była dziecinna igraszka. W końcu kontratakował. Niczym tancerz poruszał się wokół jaszczura uderzając tam, gdzie wróg był akurat najbardziej odsłonięty i gdzie mogło zaboleć najbardziej. Jednak łuski dobrze potwora chroniły przed pięściami, czy nogami blondyna. Archibald po kilku minutach takiego starcia widocznie zaczął się męczyć, a bestia wraz z rosnącą furią przyspieszała. W końcu wykonała błyskawiczny obrót i powaliła Archibalda potężnym ciosem ogona. Jaszczur syknął przeciągle. Zirytowany młodzieniec otarł z ust krew, po czym podniósł się.

– Śmiejesz się, co? Myślisz, że to już koniec, że wygrałaś marna porażko? – warknął, a jego zielone oczy rozbłysły w ciemności szmaragdową barwą. – Dość zabawy!

Jaszczur zaatakował, wykonując kolejny potężny wyskok, ale Archibald ze stoickim spokojem nie ruszył się z miejsca. Gdy bestia była tuż przed nim, złapał ją za gardło, zatrzymując atak. Robert aż mrugnął kilkakrotnie, bo nawet nie zauważył kiedy to się stało. Jak to możliwe? Skąd ta siła? – myślał, chociaż jego umysł nie potrafił podać wiarygodnej odpowiedzi. Tymczasem Archibald z przerażającym uśmiechem na ustach, zrobił krok i pchnął, wciąż z ręką na szyi jaszczura. Potwór uległ i został wgnieciony w beton. Blondyn odskoczył nim potwór zdołał się podnieść, machając przy tym na oślep pazurami i kłapiąc paszczą. Jego furia sięgnęła najwyższego poziomu, kiedy liczy się tylko śmierć przeciwnika, a własny stan się ignoruje. Rycząc rzucił się do szaleńczej szarży. Nagle jednak ryk przestał wyrażać wściekłość, a ból. Blondyn stał obok jaszczura z dłonią na rękojeści noża. Jego ostrze tkwiło w piersi potwora, w jego sercu. Gdy szybko uciekające życie rozkurczyło mięśnie, pokryte łuską ciało zaczęło opadać na kolana. Archibald wyrwał wtedy swą broń, zakręcił nim w palcach, pędem powietrza oczyszczając ze świeżej krwi i schował do pochwy. Potem pchnął jaszczura, który upadając, wydał swój ostatni oddech.

„Co to było?” – myślał Robert, próbując się podnieść. Poczuł ból w klatce piersiowej. Prawdopodobnie cios potwora złamał mu któreś żebro. Jego przerażenie jeszcze nie minęło do końca. Świadomość ledwie dopuszczała do siebie to czego był świadkiem. W końcu, opierając się o ścianę, wstał na nogi. Spostrzegł, że z ciała potwora odpadają łuski, a mięśnie kurczą się. Po chwili na ziemi leżała naga dziewczyna, ta sama, której chciał jeszcze nie tak dawno pomóc. Światopogląd Roberta został mocno wstrząśnięty. Myślał, że Coldens jest wolne od tych magicznych potworności szalejących po świecie, a jednak widział coś, co tylko tą złowrogą dla coldenczyków siłą można wyjaśnić.

– Co… co się stało? – szepnął ze strachem do Archibalda.

Postawa twardego przełożonego, chcącego uczynić z blondyna część miejskiego organizmu prysła. Młodzieniec bezceremonialnie kopnął ciało, jakby chciał sprawdzić, czy jaszczur naprawdę nie żyje. To poruszyło Roberta. Potwór potworem, ale to teraz było ludzkie ciało.

– Przestań! – zawołał.

Archibald zaśmiał, jakby usłyszał dobry żart.

– Robercie, współczujesz pan potworowi, który chciał pana zabić? – zapytał, odwracając głowę w stronę urzędnika.

Jego spojrzenie wzbudzało niepokój u Roberta. Mężczyzna nigdy nie spotkał zabójcy, ale miał wrażenie, że tak właśnie patrzyłyby oczy kogoś, kto lubi zabijać. Kim ten Archibald jest? – powróciło stare pytanie.

– Tak – głos mu się załamał, ale odchrząknął i spróbował wziąć się w garść. – Tak, bo to co się z nią stało nie było naturalne. Pewnie jakaś dzika magia wdarła się do Coldens.

– W pewnym sensie masz rację. – zgodził się młodzieniec, krzyżując ręce na piersi. – Widzisz ta dziewucha była wynikiem eksperymentu, człowiekiem mogącym zamieniać się w humanoidalne zwierzę, chimerą. Była jednak także porażką, bo nie kontrolowała swojej zwierzęcej części. – wyjaśnił, ostatni raz zaszczycając spojrzeniem martwą dziewczynę.

– O czym ty mówisz? Chimera? Tworzenie chimer jest nielegalne! – zaprzeczył Robert, odzyskując nieco odwagi. – Zresztą jaka chimera może się zmieniać na własne życzenie?

– Właśnie taka – Blondyn wskazał palcem na ciało.

Robert tymczasem intensywnie myślał nad tym, co należy uczynić.

– Słuchaj Archibaldzie. Trzeba to zgłosić do służb. Miasto musi wiedzieć o nowym zagrożeniu – zauważył.

Próbował ruszyć w stronę uliczki, ale roześmiany młodzieniec stanął mu na drodze.

– Nigdzie nie idziesz, panie Robercie – rzucił wysokim głosem, machając mu palcem przed nosem.

– O czym ty mówisz? – zdumiał się.

– Mógłbym cię nie zabijać, a chłopaki z firmy po prostu wyczyściliby ci pamięć – rzekł z udawanym żalem. – Widzisz, to co dzisiaj zobaczyłeś nie jest przeznaczone dla oczu szaraczków. Eliminacja jest trochę niewygodna, bo znikający mieszkańcy powodują więcej pytań, ale powiem ci szczerze… – Nagle kobiecą twarz Archibalda wykrzywił grymas nienawiści. – Ty marny, służalczy robaku, że nienawidzę cię. Nienawidzę ciebie tak bardzo, że nie mogę się powstrzymać. Nie mogę powstrzymać Jego, a nawet gdybym mógł, nie odebrałbym nam takiej przyjemności – Blondyn zaśmiał się szaleńczo.

– Błagam… Archibaldzie – jąkał urzędnik, próbując się cofnąć, ale z przerażeniem odkrył za plecami ścianę.

Spojrzał na roześmianego Archibalda i zobaczył w jego ustach zęby zbyt ostre jak na człowieka. Potem usłyszał znajomy odgłos łamanych kości oraz rozciąganych mięśni.

– Co?! Ty… ty jesteś jak… – jęknął Robert rozumując, że jego podkomendny zmienia się w bestię jak tamta dziewczyna, ale nie dokończył pytania.

Nagle poczuł ból po czym zachłysnął się cieczą o metalicznym smaku wydobywającą się z trzewi. Gdy kaszlnął, wypluł szkarłatny płyn, swoją własną krew. Kiedy gasnącymi oczami spojrzał w dół, zobaczył, że pokryta złocistym futrem dłoń Archibalda tkwi w jego brzuchu. Ostatecznie skończył jak podpowiedziała mu wyobraźnia.

– Tak. – przyznał blondyn, kiedy jego twarz wydłużała się przyjmując kształt lisiego pyska o szpiczastych uszach. –Jestem dziełem tego samego eksperymentu. – dodał przekręcając dłoń. Za jego pleców wyłonił się długi, puszysty ogon – Ale ja jestem udany i mam cel istnienia. – syknął, wyciągając brutalnie rękę.

Konający Robert upadł na twarz przed łapami stwora przypominającego humanoidalnego lisa, w którego zmienił się Archibald.

– Dlaczego? – Urzędnik wykrztusił z siebie pytanie.

– Mówiłem ci, robaku – rzekł bezlitosnym głosem lis, a jego szmaragdowe oczy lśniły złowieszczo. – Dla przyjemności! Dla czystej, zwierzęcej radości! – zaniósł się śmiechem i kopnął umierającego przypominającą łapę stopą.

– Archibaldzie… – Ostatnim tchem, Robert Gerson wypowiedział ostatnie słowo.

– Archibald? – zakpił z własnego imienia stwór. – To śmieszne imię pasuje zaiste dla nieślubnego dziecka bogacza, za którego mnie słusznie miałeś, ale teraz niewiele dla mnie znaczy. Teraz jestem łowcą! – zawołał z tryumfem.

Lis skulił się, po czym wykonał potężny skok na najbliższą ścianę. Wbijając pazury w mur, zaczął się wspinać. Chwilę później znalazł się nad placem, milczącym świadkiem nocnego zajścia.

Tak, jestem teraz łowcą. – lis kontynuował swoją myśl, podchodząc do drugiej krawędzi płaskiego dachu, z którego było widać wciąż zatłoczone i niczego nieświadome Marveil Road. – A to jest moja dzicz! – zaśmiał się szaleńczo, spoglądając z góry na goniących za swymi nic nie znaczącymi sprawami obywateli Coldens. Dla niego są zwykłym robactwem, ale pośród lasu wieżowców kryją się ofiary, na które warto zapolować. Żart losu, że wyświadcza przez to tym robakom przysługę. Ciągle chichocząc, zaczął oblizywać ze smakiem dłoń z krwi Roberta. Drugą sięgnął do pasa, po coś co z pozoru przypominało plakietę. Nacisnął przycisk na powierzchni przedmiotu.

– Jaskółko, skasowałem jaszczurkę. Potrzebna ekipa do sprzątnięcia dwóch zwłok – rzekł z dumą do komunikatora.

– Znakomicie, łowco. – odpowiedział mu damski głos, wydobywający się z plakietki.

– Poza tym dzisiejszej nocy zwolniło się miejsce w urzędzie miejskim. Chcę je zająć – dodał tonem żądania.

– Dostaniesz je w drodze wyjątku, ale nie będziemy tolerować robienia kariery na trupach twoich przełożonych. To że masz pozwolenie na eliminację świadków, nie znaczy, że możesz zabijać jak popadnie.

– Uwolniłem tylko starego kawalera od nędznego żywota i zawracania innym dupy. Toż to dobry uczynek – odparł z udawaną skromnością Archibald.

– Jesteś szalony – stwierdziła Jaskółka.

Lis tylko uśmiechnął się  i wyłączył komunikator.

Teraz był wolny, noc wciąż jeszcze młoda, a raz przebudzona bestia nie da się tak łatwo uśpić. Łowca ma jeszcze dużo czasu, aby zapolować.

 

Poprzednia część

Początek

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Jęki w zaułku, cz. 3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s