Jęki w zaułku, cz. 2

Odkryłem, że nie potrafią nadać temu opowiadaniu zadowalającego mnie tytułu oraz sklasyfikować jego gatunku. Po tej części przekonacie się, że ma trochę elementów horroru i gore. Zapraszam do czytania.

2.

Marveil Road ciągnęło się długo przez miasto. Maszerujący dokądś tą ulicą Robert wyjątkowo szybko pochłonął obie porcje niewybrednego dania, po czym bezceremonialnie oblizał palce, a papier wyrzucił do mijanego kubła na śmieci, jak przystało na porządnego obywatela. Po drodze mijali niezliczone twarze, które dziś widzą pierwszy raz i już nigdy więcej ich nie zobaczą. Dla Archibalda prawie wszyscy mieszkańcy Coldens zmierzają dokądś prędkim krokiem, ale tak naprawdę nie mają celu innego poza pozbawionym sensu trwaniem w tym rozległym labiryncie ciasnych uliczek. Nienawidził tego miejsca. Niezliczone automobile cuchnęły i nieustannie hałasowały silnikami oraz klaksonami, a niewielu kierowców kłopotało się omijaniem kałuż, by oszczędzić przechodniom prysznica brudnej wody. Dlatego Archibald starał się trzymać jak najdalej od jezdni. Tym razem to Robert się zaśmiał. – Nie tylko wygląda, ale i zachowuje się jak dama bojąca się pobrudzić. – zastanawiało go jak coś takiego mogło się uchować. Bez wątpienia nie pochodził z Coldens. Ostatnio nawet wymyślił teorię, że jego podwładny jest w istocie ekscentrycznym bękartem jakiegoś bogacza, ale nadziany rodzic postanowił przestać łożyć na dziwne pomysły nieprawego potomka i znaleźć mu prawdziwą pracę. – Ale to nic. Już ja go wyszkolę. – pomyślał urzędnik.

Nagle jednak Robert stanął i zaczął się rozglądać dookoła. Wydawało mu się, że usłyszał coś dziwnego, jakby czyjeś pełne bólu jęki. Odgłosy się zaraz powtórzyły. Bez wątpienia ktoś cierpiał i w dodatku kobieta! Szukając źródła dźwięków, dojrzał w pobliżu ciasny zaułek pomiędzy dwoma wieżowcami.

– Panie Robercie, cóż pana zatrzymuje? – zapytał ponaglająco blondyn, odwracając się ze zniecierpliwioną miną.

W jego ustach „pan” brzmiało jak obelga.

– Nie słyszałeś, Archibaldzie? – zapytał starszy mężczyzna. – Posłuchaj tylko!

Młodzieniec odgarnął jasne włosy i nadstawił ucha. Po chwili kiwnął głową.

– Faktycznie – zgodził się. – Pewnie jakiś narkoman przedawkował i teraz zdycha. Może pójdziemy dalej, albo mnie pan raczy puścić wolno?! – zażądał.

Słysząc rozkazujący ton w głosie Archibalda, Robert poczuł gniew. To ja tu jestem od wydawania poleceń, nie jakiś żółtodziób!” – uroił sobie. Pewnie gdyby nie ten przypływ emocji, mężczyzna faktycznie poszedłby dalej, ignorując dla własnego bezpieczeństwa te jęki. Wedle jego przekonań, normalnie należałoby zawiadomić służby, ale teraz nie miał takiego zamiaru.

– Musimy to sprawdzić, Archibaldzie! Ktoś może potrzebować pomocy! – odparł, starając się być stanowczym.

– To idź panie sobie tam sam skoro tak bardzo chce spełniać dobre uczynki. Ja mam lepsze rzeczy do roboty – odmówił opryskliwie Archibald.

Robert omal nie zdzielił tego aroganckiego młodzieńca w twarz, ale powstrzymał się. Ponownie spojrzał w ciemną uliczkę i zadrżał. Znał tę okolicę od piętnastu lat, więc wiedział, że dla praworządnego obywatela Coldens nie jest bezpiecznie szwendać się po ciemnych zaułkach ani o tej porze, ani żadnej innej. Jednak słowo się rzekło i nie chciał pokazać swojemu podwładnemu, że boi się wejść tam samotnie. Prosząc Archibalda o towarzystwo, albo rozmyślając się, okazałby słabość. W końcu teatralnie machnął ręką, że poradzi sobie bez takiego żółtodzioba, a następnie ruszył w stronę wylotu uliczki. Marveil Road wprawdzie nie było szczególnie czystą ulicą. Tysiące, które nią przechodzą każdego dnia, zostawiają po sobie mnóstwo śmieci, ale służby sprzątające dzielnie walczą, by miejsce to nie zmieniło się w jedno wielkie wysypisko. Inna sprawa ma się z bocznymi uliczkami, które sprząta się sporadycznie. Tam pomiędzy budynkami zawsze robi się śmietnik. Brudna ciemność rozświetlana przez nieliczne, słabe latarnie przytwierdzone do ścian nie zachęcały do zbaczania z głównej ulicy. Robert tylko na chwilę zwolnił, by przełknąć z nerwów ślinę, ale nie oglądając się za siebie, zszedł z Marveil Road, zmierzając do źródła jęków w zaułku.

Pełne bólu odgłosy, które musiała wydawać z siebie kobieca pierś, stawały się głośniejsze z każdym krokiem. Słyszał je pomimo chlupotania ledwie widocznych przy tym oświetleniu kałuż, w które co chwila wdeptywał. Teraz jednak nie miał wątpliwości. Ktoś tam cierpiał. Wmawiając sobie, że pomagając komuś, może pomóc „organizmowi miejskiemu”, powściągnął narastający strach. Bo z jakiegoż powodu ktoś tam jęczy z bólu? – zastanawiał się. W końcu to mogli być bandyci, albo jakieś groźne stworzenie, które próbowało przetrwać na ulicach Coldens. Wreszcie Robert dotarł na niewielki, opustoszały placyk otoczony ściśle ścianami wieżowców, gdzie krzyżowały się cztery uliczki. Ku uldze urzędnika w okolicy nie było widać rzezimieszków, śladów krwi, czy nawet narkomanów, albo bezdomnych. W sumie to nawet dziwne – przyszło mu do głowy. Jednak szybko przestał się nad tym zastanawiać. Bowiem w rogu placyku leżała młoda, ciemnowłosa dziewczyna w dodatku odziana całkiem porządnie, lepiej od samego Roberta. Nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat. Pewnie chodziła jeszcze do jakieś elitarnej szkoły dla bogatszych coldenczyków. Nawet nie mający pojęcia o medycynie urzędnik widział, że ona cierpi. Wyraźnie skręcała się z bólu niewiadomego źródła i przeraźliwie jęczała. Robert zmartwiony się tym widokiem, ostrożnie zbliżył się do dziewczyny.

– Panienko? – zapytał, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę. – Wszystko dobrze? – Wiedział, że to było głupie pytanie w tej sytuacji, ale mężczyzna nie wiedział co innego mógłby powiedzieć.

Dziewczę nie odpowiedziało mu. Jej ciałem wstrząsały drgawki, a skóra była mokra od potu.

– Panienko? – powtórzył, klękając tuż przy niej.

Powoli skierował dłoń w stronę chorej. Dziewczyna nagle obróciła głowę i spojrzała na niego przerażonymi oczami. Zaskoczony Robert aż podskoczył.

– To boli! – wyjęczała głośno. – Bardzo boli! Proszę, pomóż mi! – błagała.

Zwykle twarde serce urzędnika aż się ścisnęła. Ta dziewczyna mogła umierać tutaj, na jego oczach! Musi coś zrobić! Musi wezwać pomoc! Cholerny Archibald! Gdyby tu był, mógłby go wysłać, by pobiegł do budki telefonicznej wezwać pogotowie, a sam zostałby z chorą! Ale jest sam! Co robić? Co robić? – głowił się Robert. W końcu zrozumiał, że wahaniem i nic nie robieniem nie pomoże.

– Niech panienka wytrzyma. – zwrócił się do drżącej dziewczyny. – Zaraz wezwę pomoc. –Mówiąc to, chciał ją dotknąć, by dodać jej otuchy.

Ledwie jednak położył dłoń na jej spoconej ręce, ona zerwała się tak nagle, że pchnięty Robert upadł. Dziewczyna wstała na klęczki, po czym złapała się za głowę. Z jej gardła wydobył się przeszywający uszy krzyk.

– Panienko? – jęknął oszołomiony urzędnik, siadając na betonie.

– Nie! – krzyczała na cały głos. – Nie chcę! Odejdź!

Zabrzmiało to jakby walczyła z czymś w swoim umyśle. Czyżby atak choroby psychicznej? Jeśli tak, ta osoba może być niebezpieczna dla siebie i otoczenia! – zmartwił się. Wtedy dziewczę spojrzało na Roberta rozszerzonymi, brązowymi oczami. Płakała.

– Uciekaj! Teraz! Dłużej nie powstrzymam tego! – Wyszlochała, łapiąc się za brzuch.

Wstrząsnęły nią jeszcze silniejsze drgawki. Wyglądało to, jakby zaraz miała wyzionąć ducha.

– Co się dzieje, panienko? – zapytał mężczyzna, wstając. – Może mogę pomóc?

– Nie! Uciekaj! To chce wyjść! Na bogów, uciekaj… – wycharczała, kuląc się.

Robert ponownie chciał podejść, ale to co się w tym momencie stało, zszokowało go do tego stopnia, że sam omal nie zszedł na zawał serca. Żakiet na plecach dziewczyny nagle pękł, kiedy wyrosło z nich coś co przypominało garb groteskowo obciągnięty za ciasną skórą. Wówczas dziewczyno ponownie szeroko rozwarła usta jak do krzyku, ale paskudny odgłos jaki się wydobył z jej trzewi bardziej przypominał ryk zwierzęcia. Po chwili dołączył do tego odgłos pękającej tkaniny na jej drżącym gwałtownie ciało. Ona… puchnie? – zaskoczyło w przerażonym umyśle cofającego się Roberta. – Nie! Raczej… rośnie! – doszedł do tego niesamowitego wniosku. Ale miał rację. Jej ręce, jej nogi, jej brzuch, wszystko wydłużało się, poszerzało, a towarzyszył temu okropny dźwięk jakby pękających kości i mięśni. Ubrania, z których szybko wyrastała, poszły w strzępy. Skóra stawała się za ciasna, skrzypiała jak zbyt rozciągnięta szmata gotowa zaraz pęknąć. Z końcówki jej pleców nagle coś wyrosło przebijając skórę. Urzędnik omal nie zwymiotował. To ogon! Pokryty łuską ogon! – uzmysłowił sobie. Wtem z głowy spadły jej wszystkie włosy, a po chwili wśród bolesnych porykiwań jej twarz zaczęła się wydłużać, tracić ludzkie kształty. Ostatnie ludzkie nuty z jej głos zniknęły. Wreszcie skóra na głowie pękła w szkarłatnym obłoczku krwi. Kiedy ten opadł, na Roberta patrzyły nie oczy człowieka, ale gada. Cała głowa wyglądała teraz jakby należała do pokrytego łuską, zimnokrwistego stwora. Potwór wbił palce, których paznokcie stały się pazurami w napiętą skórę na piersi i rycząc rozerwał ją. Rwał aż pozbył się całej, jak groteskowego, zbyt ciasnego kombinezonu. Przed Robertem nie stała teraz osiemnastoletnia dziewczyna tylko ohydny, humanoidalny jaszczur!

Mężczyzna był tak wstrząśnięty, zdrętwiały i bliski wymiotów, że obserwując okropną przemianę, ledwie się poruszał. Nie dotarł nawet do wylotu którejś z uliczek. Od instynktownego strachu zmiękły mu kolana. Ledwie trzymał się na nogach. Tymczasem gad oglądał swoje ciało, jakby zaskoczony tym wszystkim co się z nim stało, ale ostatecznie zadowolony, co wyraził głośnym rykiem. Na pewno ktoś go usłyszał, ale przyzwyczajeni do kakofonii różnych odgłosów coldenczycy nie zareagują. Robert był sam na sam z drapieżcą. Widział to w gadzich oczach, gdy spojrzały na niego, błysk morderczej intencji. Urzędnik, jak zahipnotyzowany nie mógł oderwać oczu od potwora i tylko cofał się niezdarnie w stronę najbliższej uliczki. Stwór postąpił krok ku niemu, szykując szpony do ataku. Mężczyźnie cała krew odpłynęła z twarzy, gdy w przypływie straceńczej desperacji rzucił się do ucieczki. Wystarczył jednak jeden skok jaszczura, by ten dopadł do Roberta i potężnym ciosem posłał go na ścianę. Ból na moment go oszołomił. Leżąc pod murem oraz patrząc na bestię, oczami wyobraźni widział już jak te pazury rozdzierają go na strzępy, a istota pożera martwe ciało. Nagle jednak kątem oka złowił kształt poruszający się w zaułku. To stało się błyskawicznie. Potwór otrzymał cios tak potężny, że poleciał na środek placyku, ale utrzymał się na łapach. Z zaułka wyłonił się znajomy, jasnowłosy młodzieniec o kobiecej urodzie.

– Nie spodziewałem się spotkać porażki łażąc za tym śmieciem – zaśmiał się przybysz, rozpinając koszulę i ujawniając wyćwiczoną klatkę piersiową o idealnie wyrzeźbionych mięśniach brzucha, na której wisiał ściśle przylegający pas z pochwą na długi nóż.

Jaszczur syknął na niego wściekle.

– Co? Bolało? A to tylko przedsmak mojej siły! – uśmiechnął się sadystycznie, odrzucając ubranie.

– Archibald? To ty? – wysapał jeszcze bardziej zdumiony urzędnik, zapominając na moment o strachu.

 

Następna część – wkrótce

Poprzednia część

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s