Disneyowski maraton 14 – Kopciuszek

Poprzednio opisywałem w ramach maratonu ostatni z serii filmów kompilacyjnych wydawanych przez Disneya w latach 1942-1949. Owe produkcje są raczej mało znane w Polsce i sam dopiero przy okazji prowadzenia blogów zapoznałem się. Chociaż nie były to animacje broń Boże złe, z pewnością również nie błyszczą w portfolio klasycznych animacji wytwórni Disneya. Teraz jednak mogłem wrócić na bardziej znany grunt trójaktowych, pełnometrażowych filmów:

Oto disneyowska adaptacja klasycznej baśni o Kopciuszku z 1950 roku i zaiste, po kilku latach nie robienia pełnego metrażu, bardzo się postarali podczas powrotu do tej formy filmu.

Fabuła

Biorąc pod uwagę, że baśń o Kopciuszku, tak jak i o Królewnie Śnieżce, należy do ścisłego kanonu bajek dla dzieci, chyba każdy zna tą historię, więc w skrócie nie będę się hamował ze spoilerami. Oto pewien szlachcic ma córkę, którą bardzo kocha. Po śmierci swojej pierwszej żony wierzy, że dziecko nie może wychowywać się bez matki, więc żeni się ponownie z wdową, która sprowadza swoje dwie własne córki, Gryzeldę i Anastazję. Wkrótce potem także ojciec bohaterki umiera, a macocha wraz ze swoimi dziewczętami czynią z niej swoją służącą, która przez to że stale jest czymś utytłana od ciężkiej pracy przezywana jest Kopciuszkiem (zawsze mnie ciekawiło, czy w jakiejś wersji poznajemy prawdziwe imię Kopciuszka). Kopciuszek jednak pokornie akceptuje swój los i spełnia nakładane na nią przez macochę i przybrane siostry prace. Marzy jednak o czymś więcej i w końcu nadarza się okazja. Bal w pałacu królewskim, ale macocha nie zamierza dopuścić pasierbicy na owe wydarzenie. Oczywiście wszystko się odmienia za sprawą zjawienia się wróżki chrzestnej, która magią przywołuje dla Kopciuszka piękną suknię i karetę, ale ostrzega, że czary będą działać tylko do północy. Potem jest bal, miłość od pierwszego wejrzenia, ucieczka o północy wraz ze zgubieniem szklanego pantofelka, a potem dzięki temu pantofelkowi książkę odnajduje Kopciuszka i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Jak mówiłem, klasyka baśni.

Animowana adaptacja podąża bardzo wiernie za literackim oryginałem, oczywiście z typowo disneyowską bajkowością i pominięciem scen brutalniejszych, które można przeczytać w pierwowzorze. Jako suchy tekst, Kopciuszek brzmieć jako coś niezbyt wciągającego, skoro to tak oklepana historia, ale… klasyczne baśnie mają w sobie jakiś czar, który przykuwa uwagę, a wersja Disneya potrafiła uchwycić ten czar, dzięki czemu oglądało mi się film bardzo przyjemnie, chociaż dobrze wiedziałem dokąd zmierza fabuła i nie mogła mnie niczym zaskoczyć. To naprawdę sprawnie poprowadzona historia o małej skali, bez żadnych wielkich wydarzeń i scen akcji.

Postaci

Jest ich naprawdę sporo. Poza oczywistą postacią główną, mamy wiele postaci pobocznych oraz rzeszę postaci tła, które przewijają się w trakcie animacji. Lubię, gdy film sprawia wrażenie, że w jego świecie żyje ktoś oprócz postaci związanych z fabułą.

Jak wypada sama Kopciuszek? Szczerze mówiąc poza innym wyglądem, pod względem charakteru jest niemal identyczna ze Śnieżką z pierwszego filmu wytwórni. Archetyp disneyowskiej księżniczki pełną gębą. Obie to skromne, dobre dziewczęta, które złe macochy zmieniły w służące pokornie pracujące, obie też śpiewają i mają zwierzęcych przyjaciół. Z drugiej strony Kopciuszek ma trochę więcej do roboty w trakcie filmu. Śnieżka dostała księcia i happy end w zasadzie nie robiąc nic ku temu. Kopciuszek przed otrzymaniem nagrody za dobroć od wróżki, sama próbuje dostać się na bal. Niemniej trudno powiedzieć, by była czymś więcej niż wizytówką filmu. Rysownicy bez wątpienia się postarali by wyglądała pięknie, szczególnie w wyczarowanej przez wróżkę sukni. W sumie to uważam ją za ładniejszą od Śnieżki i w sumie to nawet za jedną z najładniejszych disneyowskich księżniczek.

Jak już mówiłem, postaci pobocznych jest sporo. Sporo widzimy na ekranie dwie myszki, Jacka i Kajtka. Można by się spodziewać, że to będzie tutejszy duet komediowy, ale… nie. Myszki, jak i większość zwierzątek w filmie są tak narysowane i mają takie charaktery, by były po prostu urocze. Ot można powiedzieć, że chudy Jacek to ten bardziej wygadany, a grubszy Kajtek bardziej niezdarny. Duetem komediowym okazują się król oraz stary książę (jak zwykle problemem jest, że angielskie słowa duke i prince to po naszemu książę) i uwielbiam tych gości. Zupełnie kradną show, gdy tylko pojawiają się. Dostarczają mnóstwa śmiechu, szczególnie w gorącej wodzie kąpany król, który bardzo ekspresyjnie wyraża swoje emocje. Za to książę-przystojniak jest równie nieobecną i nudną postacią co jego odpowiednik ze Śnieżki. Książę wypowiada chyba ze 2 zdania przez cały film. W końcu jest też wróżka, która ma postać przemiłej, nieco roztrzepanej starszej kobieciny w szarej szacie (jako miłośnik fantastyki mógłbym się spierać, że jest bardziej czarodziejką, bo wróżka to mała istotka ze skrzydełkami, ale cii).

Jeśli idzie o ciemniejszą stronę obsady to mamy Gryzeldę i Anastazję. Obie mają odpowiednio brzydkie projekty wyglądu i odpowiednio paskudne charakterki. Niestety pod względem osobowości są nie do odróżnienia od siebie, ale cóż, spełniają swoje zadanie bycia negatywnym przeciwieństwem dobrego Kopciuszka. Kot Lucyfer jest po prostu złym zwierzęciem do ganiania myszy i dostawania bęcków, gdy to mu się nie udaje. Ot element paru scenek komediowych. Nie lubię za bardzo jego wyglądu. Świetny jest za to główny czarny charakter, macocha, tudzież hrabina Tremaine. Ma świetny projekt nad wyraz dumnej, podstarzałej arystokratki, która na wszystko patrzy z wyższością. W parze do wyglądu idzie okrutny, egoistyczny charakter kobiety. Wszystko dla jej córek, nic dla pasierbicy. Biorąc pod uwagę, że jest zwykłą osobą, bez nadprzyrodzonych mocy, czy diabolicznych planów w filmie Disneya i nadal jest świetną postacią, naprawdę dobrze świadczy o scenariuszu oraz rysownikach. Jej pełne pogardy, czy złośliwości miny są po prostu świetne.

Wygląd

Film pod względem wykonania i estetyki jest po prostu świetny. Tła znowu przypominają znakomite malowidła o dobrze dobranych kolorach oraz wielkiej ilości szczegółów. Jeśli idzie o świat przedstawiony to jednak szału nie ma. Świat filmu zasadniczo wzorowany jest na XIX wiecznej Europie. Większość filmu spędzamy w wiejskiej, arystokratycznej posiadłości, która wygląda całkiem wiarygodnie ze wszystkimi swoimi zdobieniami. Wiele obiektów widać w powiększeniu w scenach z udziałem myszy, to też dobrze wygląda. Lasy, czy miasto pojawiają się tylko gdzieś tam w tle. Odwiedzamy też zamek, który jest większy i bardziej zdobny od posiadłości. Wpisuje się to w kanwę bajkowości, ale w sumie niewiele jest obrazków, które by były, wiecie, szczególne. Ja widziałem tylko dwie takie: scenę, gdy wróżka czarowała oraz taniec z księciem.

Postaci ludzkie są narysowane bardziej w realistycznej manierze (nie licząc córek hrabiny i króla, którzy są przerysowani) i cieszyło mnie, że nie żałowano postaci tła w scenach pałacowych. Widzimy stojących na korytarzach strażników, a na balu, masę ludzi. Zwierzątka są bardziej kreskówkowe, szczególnie ptaszki i myszki, które odwiedzają Kopciuszek. Mają nawet ubranka, które dziewczyna im szyje. Co ciekawe, tylko myszki trochę zantropomorfizowano. Slapstick kreskówkowy jest trochę na marginesie i wiąże się zwykle ze scenami ucieczki myszy przed Lucyferem lub z królem i starym księciem.

Niemniej, choć nie ma w sobie za bardzo wyjątkowych scen, to bardzo ładny film, ze ślicznymi tłami i świetną, płynną animacji postaci oraz wykonywanych czynności. Naprawdę miło popatrzeć, jak zwierzątka faktycznie, na naszych oczach szyją sukienkę dla zwierzątek oraz bardzo mi odpowiadało, że rzecz nie rozgrywka się w średniowieczu, a w czasach przypominających XIX wiek. Dzięki temu odróżnia się na tle Królewny Śnieżki, czy późniejszej Śpiącej Królewny.

Muzyka

Jest dobra, choć jak tła, nie wyróżnia się. Nie jestem dobry w opisywaniu muzyki, ale mogę rzecz, że według mnie każda melodia pasowała do swojej sceny, ale nie potrafię żadnej zanucić po seansie, czy coś o niej powiedzieć.

Za to wróciły piosenki i mamy ich aż pięć. Pierwszą słyszymy już podczas listy autorów w otwarciu. Po prostu śpiewają w niej o Kopciuszku, przygotowując nas do tego, co obejrzymy. Ładne, ale nic poza tym. Parę minut później Kopciuszek śpiewa po pobudce piosenkę o snach. Ponownie po prostu ładne. Potem mamy piosenkę o słowiku, którą zaczyna śpiewać Gryzelda i można stracić uszy z powodu jej fałszowania, ale potem śpiew przejmuje Kopciuszek i robi się pięknie. Lubię tą piosenkę. Jest ładna, spokojna i kojąca oraz towarzyszy jej miła dla oka animacja. Następna jest piosenka o pracy myszek, która ma świetne, żywe tempo i ją lubię, mimo piskliwych głosików myszek. Wreszcie piosenka Bibbidi-Bobbidi-Boo wróżki, która jest chyba najbardziej znaną piosenką z filmu. Faktycznie jest fajna i towarzyszy jej świetna animacja czarowania. Na koniec nie mogło zabraknąć typowej piosenki o miłości do tańca księcia i Kopciuszka. Eh. Nic ciekawego. Niemniej piosenki są ładnie odśpiewane i pasują do tonu filmu, więc nie będę żadnej beształ.

Dubbing

Jak to ze starymi filmami Disneya, mamy w Kopciuszku do czynienia z dwoma dubbingami, z 1961 i 2012. Oczywiście lepiej znam ten starszy i w sumie naprawdę mi się podobał. Grana przez Marię Ciesielską Kopciuszek czasami wypowiada się z dziwną tonacją, ale ogólnie głos pasuje. Zofia Grabowska brzmi odpowiednio wyniośle i złowieszczo jako macocha, a ponoć również podkładała głos wróżce. Jeśli nie ma błędu w tej informacji to naprawdę wow, bo nie da się  stwierdzić, że to głos jednej osoby. Uwielbiam Stanisława Łapińskiego jako króla. Głos pasuje świetnie i znakomicie wypowiada dialogi postaci. Pozostali również są okej, choć można się czepić, że myszki są zbyt piskliwe, ale ja w sumie to lubię, mimo że czasem ciężko zrozumieć co mówią. Według znalezionych przeze mnie informacji piosenki śpiewa m.in. Irena Santor. Do dialogów też nie można się przyczepić. Raczej wszystko brzmi okej, a dialogi króla ze starym księciem są przezabawne.

Z tej okazji spojrzałem sobie jak wypada nowszy dubbing. Nie wiem, czy to z przyzwyczajenia, ale wolę Ciesielską jako Kopciuszka niż Angeliką Kurowską. Myszy łatwiej zrozumieć w tej wersji, ale jak przed chwilą wspomniałem, naprawdę ich piski ze starego dubbingu lubiłem. Hrabina brzmi moim zdaniem za młodo, choć jest odpowiednio pyszna. Ale Jan Kulczyński nie umywa się do Łapińskiego w roli króla. Niemniej głosy są dobrze dobrane, piosenki dobrze brzmią, a choć tłumaczenie się różni względem wersji z 1961, nie jest jakoś drastycznie inne.  Zatem to w zasadzie kwestia gustu i przyzwyczajenia, która wersja lepsza. Dodam tylko, że moim zdaniem Bibbidi-Bobbidi-Boo jest jednak lepsze w starej wersji dubbingu.

Ciekawostka: Można znaleźć również wersję z polskim lektorem.

Morał i słowo na koniec

Jakiż jest morał z Kopciuszka? Można się śmiać, że błędnie wskazuje, że należy czekać aż wróżka przyjdzie odmienić nasz zły los. Nie można jednak zapominać, że czary wróżki i happy end były nagrodą dla Kopciuszka za jej pokorę, cierpliwość oraz dobroć dla wszystkich. Nawet psu zakazała nękać Lucyfera, bo uważała, że domownicy powinni chociaż próbować żyć w zgodzie. Zatem morał chwali pozytywne cechy i je nagradza.

Reasumując. Kopciuszek to świetny film i bardzo wierna adaptacja klasycznej baśni. Jest uroczy, ładny, zabawny oraz zawiera bardzo mało brutalności. I to jest bardzo świetne, bo pokazuje dzieciakom, że zło niekoniecznie bierze się z przemocy, że tak można komuś niszczyć życie nie dotykając go. Hrabina nikogo przez cały film przecież nie krzywdzi fizycznie. Jak najbardziej polecam i trochę z Kopciuszkiem zostanę, bo ma aż dwa sequele. Zatem…

Kolejny film w maratonie to będzie Kopciuszek 2.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s