Disneyowski maraton 13 – Przygody Ichaboda i Pana Ropucha

Uff, w końcu dotarłem do ostatniego filmu kompilacyjnego należącego do kanonu animacji Disneya:

A więc, oto Przygody Ichaboda i Pana Ropucha z 1949 i tym razem powiem wam, że to nie jest dla mnie nowość. Zgadza się, już go kiedyś widziałem, choć wiele nie zostało w pamięci. Na przykład: kompletnie nie pamiętam w jakiej wersji językowej oglądałem go lata temu. Czy już wtedy oglądałem po angielsku, a może był z polskim lektorem, albo z napisami? Zupełnie nie potrafiłem sobie tego podczas seansu przypomnieć. Jednak wedle tego co przeczytałem w sieci, raczej nie mogłem oglądać Przygód Ichaboda i Pana Ropucha z dubbingiem, bo w ten sposób film w naszym kraju miano wydać dopiero w grudniu zeszłego roku!

W każdym razie ten film kompilacyjny składa się tylko z dwóch animacji, trwających mniej więcej po półgodziny. Wbrew tytułowi pierwsza jest o Ropuchu i jest disneyowską adaptacją książki: O czym szumią wierzby, a druga adaptacją opowiadania: Legenda o Sennej Kotlinie. Zarówno przed początkiem pierwszej animacji, jak i pomiędzy nimi widzimy krótkie wstawki narracyjne z jakiejś biblioteki.

Sekwencja 1

O czym szumią wierzby, słynna dziecięca powieść, która była ekranizowana już wielokrotnie i… której nigdy nie czytałem. Aż mnie zastanawia jak to jest z popularnością tej pozycji w naszym kraju. W każdym razie, przelotnie widziałem tylko jakąś aktorską ekranizację. Zatem nie jestem ekspertem ani od książki, ani od jej ekranizacji, ale tutaj omawiam wrażenia z półgodzinnej, disneyowskiej adaptacji dzieła, więc do rzeczy.

Ropuch jest impulsywnym i zarozumiałym dziedzicem wielkiej fortuny, której klejnotem koronnym jest Ropuszy Dwór, najwspanialszy budynek nad rzeką. Ma on trzech przyjaciół: Szczura, Kreta oraz starego Borsuka, którzy nieustannie próbują wbić do głowy Ropucha odrobinę rozsądku. Osią fabuły jest łatwość z jaką Ropuch ekscytuje się wszelkimi nowymi rzeczami jaki zobaczy. Na samym początku animacji rozbija się po okolicy cygańskim wozem, a chwilę potem marzy już o samochodzie i właśnie próba zdobycia pojazdu staje się przyczyną wielkich kłopotów Ropucha. Ten trafia do więzienia, ucieka z niego w damskich ciuchach, a na koniec próbuje odzyskać swój dwór z łap wrednych łasic.

Chociaż nie widzimy ich długo, są to bardzo dające się lubić postaci z wyraźnymi charakterami. Szczur to spokojny dżentelmen, Kret jest miły i naiwny, a Borsuk to surowy starzec. Ciekawy jest w ogóle sam świat przedstawiony. Bohaterowie są bowiem antropomorficznymi zwierzętami, ale dookoła nich żyją normalni ludzie i panują ludzkie porządki. Zwierzęta także zachowują się bardzo ludzko oraz podlegają prawu. Z drugiej strony zachowano fakt, że zwierzaki są jednak dużo mniejsze od ludzi. Tworzy to całkiem specyficzne, bajkowe uniwersum.

Akcja sprawnie rozwija się w tej krótkometrażówce. Wydarzenia szybko następują po sobie, nie dając czasu na nudę, ale za to pojawia się sporo okazji do śmiechu. Generalnie dobrze mi się Ropucha oglądało. Jednakowoż, nie są to żadne wyżyny możliwości Disneya. Tła są ładne, ale nie ma tu nic spektakularnego, zapadającego w pamięć. Animacja jest płynna, ale wykonana w manierze kreskówkowej. W zasadzie wszystkie postaci narysowano w kreskówkowym stylu, więc absurdalnego rozciągania ciał, dziwnej mimiki, czy innych typowo kreskówkowych głupotek tu bez liku. Czy to dobrze, czy źle, zależy od gustu. Mi nie przeszkadzało. Do tego przygrywa nam całkiem porządna, instrumentalna muzyka, szczególnie intensywna w momentach akcji, których jest kilka w animacji.

Ogólnie rzecz mówiąc, porządna rzecz, chociaż bez szaleństw.

Sekwencja 2

A potem oglądamy adaptację Legendy o Sennej Kotlinie. Również nie znam oryginału, ale elementy opowiadania przewinęły się w naprawdę wielu dziełach kultury popularnej. Stąd bowiem pochodzi postać Ichaboda Crane’a oraz Jeźdźca Bez Głowy. Jaka jest animacja? Bardzo przyjemna. Z dwóch umieszczonych w filmie, ta jest bez wątpienia lepsza.

Tak więc Ichabod Crane jest nauczycielem, który sprowadza się do Sennej Kotliny, aby nauczać w miejscowej szkole. Człek to wyjątkowy, o posturze przypominającej stracha na wróble. Jest wysoki, chudy, ma wielki nos oraz nieskończone pokłady cwaniactwa i ambicji. Ichabod dobrze traktuje dzieci z bogatszych domów, a potem wprasza się na darmowe obiadki u ich rodzin. Potem poznaje Katrinę van Tassel, jedyne dziecko najbogatszego człowieka w okolicy i wraz z miejscowym osiłkiem Bromem van Bruntem staje w szranki o jej względy. Szczerze mówiąc, Ichabod jak na standardy Disneya, jest wręcz wyjątkowo negatywnym bohaterem. To nie jest dobry człowieczek, to cwaniaczek, który chce wyjść za Katrinę wyłącznie dla pieniędzy jej ojca. Ba, nawet wyobraża sobie siebie jako właściciela fortuny zastępującego teścia, chociaż ledwie poznał jego córkę. Poza tym wierzy w całą masę przesądów. Panowie Ichanod i Brom do ostatniego starcia o rękę Katriny stają podczas halloweenowego przyjęcia u van Tasseli, gdzie Crane oczarowuje dziewczynę tańcem i szarmanckością, a Brom postanawia zabłysnąć (i przy okazji wystraszyć przesądnego Ichaboda) opowiadając straszną opowieść o Jeźdźcy Bez Głowy. Prowadzi to do znakomitej sceny pościgu Jeźdźca za wracającym do domu Ichabodem. To naprawdę dobrze zaanimowana i dynamiczna sekwencja, a poprzedza ją niemniej dobra scena budowania napięcia pod wejście złowrogiego upiora. Świetne zwieńczenie całego filmu.

Co można jeszcze powiedzieć o animacji? Po pierwsze, nie ma w niej dialogów. O tym co się dzieje opowiada narrator oraz piosenki. Ciekawy zabieg, który pasuje do takiej formy adaptacji dzieła literackiego. Poza tym postacie ludzkie są tu bardziej realistyczne niż w Ropuchu. To znaczy dalej są disneyowsko przerysowane (Ichabod ma uchla jak talerze radarowe), ale bardziej przypominają istoty ludzkie niż kreskówkowe istoty człowieko-podobne. Animacja również wydaje mi się lepsze no i tła są ciekawsze. Tu jest na czym zawiesić okiem, czy to malunkami XVIII-wiecznej, amerykańskiej wsi, czy mrocznymi sceneriami podczas scen z Jeźdźcem. Muzyka również brzmi mile dla ucha, choć piosenki nie są jakieś szczególne. Poza tym jest tu całe mnóstwo humoru sytuacyjnego. Zaiste, śmiałem się głośno podczas oglądania.

Innymi słowy, świetna animacja.

Słowo na koniec

Przygody Ichaboda i Pana Ropucha jako całość są naprawdę solidnym kawałkiem animacji. Oba elementy składowe zapewniają sporo dobrej zabawy. Gdyby jednak je rozbić, połowa filmu o Ichabodzie zdecydowanie wypada lepiej. Jest ładniejsza, śmieszniejsza i ciekawsza. Niemniej naprawdę polecam obejrzeć. Chociaż angielski w filmie czasem ciężko zrozumieć, nie przeszkadza to w cieszeniu się z seansu.

A teraz powrót do właściwych filmów trójaktowych i zacznę oczywiście od Kopciuszka.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s