Disneyowski maraton 12 – Melody Time

Czas wrócić trochę do disneyowskiego maratonu póki mam chwilę czasu. Dziś odrobina łączenia animacji z muzyką i piosenką za sprawą:

Melody Time z 1948 to kolejny film kompilacyjny, kolejny film muzyczny od wytwórni Disneya i kolejna nowość dla mnie. Podobnie jak w Fanazji i Make Mine Music na ekranie zobaczyłem animację współgrającą z lecącą w tle muzyki, ale tym razem są to amerykańskie piosenki folkowe oraz ówczesna muzyka popularna. Co ciekawe spotkałem się z informacją, że Melody Time trafiło do Polski jako Kolorowe Melodie i w naszej wersji udział wzięła np. Irena Santor. Chciałbym tego posłuchać, ale niestety nie mogłem znaleźć jakiegokolwiek fragmentu w sieci z polskim dubbingiem. Szkoda.

Sekwencja 1

Po piosence i krótkiej scence narracyjnej zapoznającej nas z tematyką filmu (Narrator potem jeszcze wraca, aby objaśniać co w danej sekwencji będzie się działo), zostajemy przeniesieni do pierwszej animacji. Widzimy tam zimową scenerię oraz młodą parkę jadącą sobie saniami na łyżwy, a obok przechadzają się inne parki, ale zwierzątek. Przygrywa nam piosenka o miłości, zimie i grudniu, która kończy się, gdy chłopak i dziewczę oraz królik i królica sprzeczają się po małym wypadku w trakcie ślizgania się po zamarzniętej rzece. Oczywiście kończy się to małą katastrofą, ale ze szczęśliwym zakończeniem. Animacja jest całkiem miła dla oczu, ale głównie za sprawą ładnych, ciekawych stylistycznie, choć niezbyt szczegółowych teł. Mniej podobały mi się postacie i ich animacje. Być może celowo wyglądają jak lalki, a być może po prostu się nie postarano. W każdym razie taki uproszczony styl mi nie odpowiadał, a wspomniane króliki były wręcz brzydkie. Ruch tych postaci również nie jest szczytem możliwości Disneya. Niemniej dzięki dobrej piosence, całkiem przyjemnie się oglądało.

Sekwencja 2

Coś ciekawego, choć krótkiego. Oto mały robaczek ucieka przed próbującymi go brutalnie zamordować, ożywionymi, zmieniającymi kształt klawiszami z pianina, a w tle przygrywa skoczna wariacja na temat „Lotu Trzmiela” Korsakowa. Niezwykle dynamiczna i abstrakcyjna animacja, która przyciąga wzrok.

Sekwencja 3

I jako trzecia pojawia się krótkometrażówka o Johnnym Appleseedzie. Ma narrację, dialogi oraz rozwój fabuły. Bodajże bazuje na amerykańskiej legendzie, ale kompletnie nie znam się na pionierach zdobywających Północną Amerykę, więc nie wnikam. Niemniej tym razem mamy tła zrobione w ciekawym, kolorowankowym stylu oraz tym razem ładnie narysowane i zaniomwane, ludzkie postacie. Oba elementy dobrze się komponują, więc mile się na to patrzy. W każdym razie Johnny jest sadownikiem hodującym jabłonie, który chciałby ruszyć z pionierami w dzicz, ale obawia się tego. Jednak za sprawą swojego anioła stróża podróżuje na zachód z myślą, że ma misję od Boga, a więc założyć jak najwięcej sadów ku radości wszystkich. Animacja chwilę trwa i ma kilka miłych dla ucha piosenek. Tutaj nie mam wątpliwości, że animacja istnieje w polskiej wersji, ale oglądałem ją w zupełnie innej kompilacji.  To dobra polska wersja. Jak najbardziej polecam obie wersje. To ciepła, śliczna animacja z morałem.

Sekwencja 4

A teraz śpiewana bajeczka o ożywionym, młodym holowniku imieniem Mały Toot. Zaiste, animatorzy Disneya mieli fantazję ożywiać naprawdę wiele rzeczy i dodawać im urocze nosy oraz oczy. Statków nie ominęli. W każdym razie Mały Toot jest beztroskim brzdącem, bardziej przeszkadzającym niż pomagającym w porcie, a fabuła idzie zwyczajnym rytmem. Toot w swej beztrosce robi coś złego, ucieka i się boi nieznanego świata, ale na koniec dokonuje heroicznego czynu, którym zyskuje wybaczenie. Mimo dziwacznego wyglądu ożywionych holowników, dobrze mi się oglądało tą krótkometrażówkę. Ma trochę humoru, fajną piosenkę zmieniającą rytm w trakcie animacji oraz kilka kreatywnych scenek. Wydaje mi się, że widziałem ją już kiedyś w paśmie krótkometrażówek Disneya nadawanym swego czasu przez TVP1 w ramach wieczorynki.

 

Sekwencja 5

O kurczę, nie sądziłem, że Melody Time mnie czymś zaskoczy, a tu niespodzianka. Piąta sekwencja w filmie jest krótką, muzyczno-animowaną adaptacją poematu zatytułowanego po prostu „Trees”, a zatem możemy się spodziewać… drzew i to wielu. Jednak sposób wykonania teł, animacja, operowanie światłem i cieniem, czy jakość przemykających gdzieś tam w dali zwierzątek sprawia, że efekt jest piękny. Można się wzruszyć. Wizualnie najlepsze co Melody Time ma do zaoferowania.

 

Sekwencja 6

W tej sekwencji twórcy zaliczyli powrót do motywów brazylijskich rodem z Saludos Amigos i Trzech Caballeros. Oto strapieni idą sobie Kaczor Donald i papuga Jose, ale spotykają na swojej drodze piskliwego ptaka (Poboczna postać z Trzech Cabbaleros, nawiasem mówiąc), który ich rozrusza rytmami samby. Początek był wcale niezły. Nieprzesadnie dynamiczna piosenka o sambie i trochę abstrakcyjnej animacji. Potem jednak zaczyna się odjazd i… to czego się obawiałem, czyli minipowtórka chaosu z Trzech Caballeros. Na szczęście tutaj dźwięk oraz chaotyczna animacja nie atakują w takiej samej skali, a abstrakcja, chociaż miejscami naprawdę przesadzona, pozwalała mi to zdzierżyć. Uh, chyba nie polecam.

 

Sekwencja 7

Na koniec Melody Time rzuca nas na dziki zachód w tej długiej sekwencji. Zaczynamy od naprawdę ładnych teł amerykańskiej pustyni o zmroku, po których biegają zwierzątka i przygrywa nam spokojna piosenka. Ładna rzecz. Potem dostajemy scenkę z żywymi aktorami w strojach cowboyów śpiewających country i opowiadających dzieciom opowieść o Pecos Billu. Niezbyt ciekawa rzecz. Pecos Bill wedle ich słów (oraz oczywiście kreskówkowej animacji) to wychowany przez kojoty niezwyciężony i niepokonany, największy cowboy wszechczasów. Jego niedorzecznym zasługom towarzyszy skoczna piosenka oraz równie niedorzeczna animacja pełna gagów. Jest się z czego pośmiać, ale… uciekają te śliczne tła z początku sekwencji. Potem mamy jeszcze piosnkę miłosną i naprawdę zabawne zakończenie całej historii. Cóż mogę rzec, ostatnia sekwencja była ok, ale jak na mój za bardzo kreskówkowa jak na zakończenie. Myślę, że powinni byli dać na koniec coś ładnego i spokojnego, jak Trees.

Słowo na koniec

Seans Melody Time był w sumie ciekawym doświadczenie. Animacje są bardzo różnorodne, w większości dobrze wyglądają, a piosenki i muzyka brzmią mile dla ucha. Jednakże poza sekwencją z drzewami nie ma tutaj niczego szczególnie niesamowitego. Niemniej fanom klasycznej animacji polecam obejrzeć, jeśli nie widzieli. Ponad godzina dobrej zabawy.

Teraz obejrzę Przygody Ichaboda i panda Ropucha.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s