Disneyowski maraton 8 – Trzej Caballeros

I kolejny disneyowski film pierwszy raz oglądany przeze mnie i kolejny nie wydany w Polsce.

Trzej Caballeros z przełomu 1944 i 1945, tak jak Saludos Amigos, przedstawia kulturę krajów Ameryki Południowej, więc jest niejako kontynuacją tamtego filmu. Spotkałem się z tym, że nazywa się go pierwszym disneyowskim sequelem, choć dla mnie jedyną nicią powiązania jest ta sama tematyka. Saludos Amigos był bardziej dokumentem z animowanymi sekwencjami, a Trzej Caballeros jest filmem animowanym o wartościach edukacyjnych. Jednocześnie tutaj również nie ma ciągłej fabuły takiej jak w Bambim i wcześniejszych filmach. W każdym razie widzimy Kaczora Donalda przebywającego chyba w jakimś kolorowym, pustym limbo, który dostał paczkę z prezentami z Ameryki Południowej. Scenki z Donaldem łączą poszczególne animacje, ale nie prowadzą do jakiejś finałowej konkluzji, więc całość jest bardziej niczym show.

Prezenty są trzy i otwarcie każdego rozpoczyna jakby kolejną część filmu. Tym razem różnych sekwencji animowanych jest cała masa, krótszych i dłuższych, w dodatku często przechodzą jedna w drugą, więc nie będę omawiał każdej z osobna, bo jest tego za dużo, a skupię się na poszczególnych częściach filmu. Animacje są różne różniste: krótkometrażowe historie, zwariowane sekwencje z kreskówkowym slap-stickiem, abstrakcyjne animacje czy piosenki opatrzone tańcem żywych aktorów.

Część 1

Donald wypakowuje z pierwszej paczki projektor oraz ekran. Za ich pomocą wyświetla filmy. Mamy tam krótkometrażówkę z pingwinem chcącym dostać się co ciepłych krajów i kolejną z małym gaucho, który oswoił latającego osła. Pojawia się też animacja z kolorowym ptactwem rodem z Amazonii. W sumie ogląda się to całkiem nieźle. Jest trochę kreskówkowego humoru i kolorowych obrazków. Ta część podobała mi się najbardziej.

Część 2

Drugi prezent przysłany z Brazylii zaczyna płonąć i sam wyskakuje z paczki. Donald zrywa papier i znajduje książkę, w której siedzi mały Jose, czyli zielona papuga z poprzedniego filmu. I kurczę jakże on ma świetnie dobrany głos. Tutaj pojawiają się najładniejsze obrazki, gdy papuga śpiewa o Bahii w Brazylii całkiem ładną piosenkę. Potem śpiewa jeszcze trochę, dostajemy trochę surrealistycznej animacji z pociągiem, a potem… dostajemy pierwszą sekwencję musicalową z żywymi aktorami. Od tego momentu film to prawie same piosenki oraz muzyka. Tylko że kolejne piosenki, oczywiście inspirowane muzyką latynoską, jakoś mi już nie przypadły do gustu, a i numery taneczne w częściach musicalowych nie są zbyt bogate i nużą.

Część 3

Donald i Jose otwierają ostatni prezent wysłany z Meksyku i… film staje na głowie, dosłownie. Najpierw mamy trochę wizualizacji lecącej w tle muzyki, ale potem wyskakuje pewien meksykański kurczak i wylał się na mnie chaos pełen surrealistycznych animacji, kreskówkowego absurdu, bombardujących uszy kakofonią muzyki, krzyków „trzech caballeros” i innych odgłosów. Wszystko poprzetykane meksykańskimi tańcami i śpiewami żywych aktorów. W moich oczach zlało się w to jeden kolorowy, nieznający ciszy oraz postoju bałagan na kółkach. Autentycznie zacząłem wtedy tracić chęci, by film pociągnąć do końca, ale zostało raptem kilka minut, więc wytrzymałem. Jak już wspominałem we wstępie, w sumie nie ma tutaj jakiegoś wyróżnionego finału, jakiejś konkluzji. To taka co raz bardziej szalona wycieczka przez Amerykę Południową. Acha, ten meksykański kurczak ma na imię Panchito i tutaj debiutował.

Małe podsumowanie

Tak więc Trzej Caballeros jest dłuższy i bardziej godny nazwy pełnometrażowego filmu animowanego, a mimo to… oglądało mi się go gorzej od Saludos Amigos. Forma tamtego filmu choć nie atrakcyjna to nie męczyła. Tutaj pierwsza połowa jest okej, a potem dzieje się chaos. Inaczej nie mogę nazwać tego hałaśliwego, kolorowego, animowanego bałaganu. Tak bardzo bolały od tego uszy, a od absurdalnych animacji można było się złapać za głowę. W dodatku mimo kreskówkowego slap-sticku nie śmieszy zbyt często, a Donald zachowuje się jak pies na baby i leci do każdej kobitki, które są żywymi aktorkami, więc wygląda to co najmniej niepokojąco. Szczerze mówić nie widziałem w Trzech Caballeros poza paroma tłami w pierwszej piosence papugi żadnego momentu, którzy przykułby moją uwagę swoim wykonaniem i w zasadzie nie mam czego tu polecić. Muszę go uznać za jeden ze słabszych filmów Disneya.

Następnie obejrzę Make Mine Music.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s