Bestie z Doliny Reksońskiej, rozdział II

Rozdział II

Droga do doliny

Rodzeństwo Mogritzów nie kazało swojej misji czekać. Ledwie w domu zakonnym zakończyło się poranne nabożeństwo, wskoczyli na otrzymane od brata Tadeusa konie i skierowali się w stronę północnej bramy Falbedre. Po drugiej stronie muru obronnego szeroka gruntowa droga wiodła poprzez pola uprawne, dla których rolnicy zagrabili całość równinnej przestrzeni wokół miasta. Z poważnymi minami Mogritzowie przyjrzeli się swojej trasie. Nawet z tego miejsca dało się dostrzec, że czekająca ich podróż nie będzie prostą przeprawą, ale byli dalecy od narzekania. Chociaż tak różni od siebie, oboje czuli powołanie do wspierania silnym ramieniem tych, którzy nie mogli obronić samych siebie. Elaine dodatkowo widziała w tym misję od boga światła, a Erwen satysfakcjonującą pracę, dla której warto poświęcić życie. Żadne z nich nie chciało, by ich misja w Dolinie Reksońskiej skończyła się fiaskiem. Wreszcie z uśmiechami na zdeterminowanych twarzach popędzili konie. Pierwszy dzień okazał się wręcz miłą przejażdżką, a noc mieli okazję spędzić w dużej, przytulnej karczmie pośród falbedrańskich pól, gdzie ochoczo ugoszczono paladynów.

Jednakże intensywnie wykorzystywane rolniczo, bardziej płaskie okolice Falbedre następnego dnia szybko zostawili za sobą, a wkroczyli w obszar dający się nazwać dziczą, o którą cywilizacja jeszcze się nie upomniała. Podróż poprzez Serir jest wymagająca, wyczerpująca i niebezpieczna. Ich wierzchowce to wspinały się w górę po stromych zboczach, to schodziły w dół po osypujących się spod kopyt kamieniach. Męczyło to zwierzęta, więc paladyni nie mogli przesadzić z ich popędzaniem, bo nie mieliby gdzie wymienić kontuzjowanych lub martwych koni. Nie tylko różnice wysokości stanowiły problem. Otoczyły ich gęste, iglaste lasy pełne jodeł, świerków i dzikich bestii, a kiepska droga zmieniła w jeszcze gorszą, wąską ścieżkę wijącą się pomiędzy wzniesieniami ciągnącymi się hen daleko aż do Gór Barierowych.

Im dalej na północ, tym co raz rzadziej trafia się na przyjazne miejsca. Drugą noc udało im się jednak spędzić u spotkanych po drodze gościnnych ludzi zamieszkujących jedną z leśnych osad. Takich niewielkich wiosek, żyjących głównie z myślistwa, owoców lasu oraz drewna istniało kilka rozsianych po północnym Serirze, ale były od siebie znacznie oddalone. Nie dotarli do kolejnej podczas trzeciego dnia podróży, przez co spali pod gołym niebem, ukołysani niepokojącymi odgłosami nocy dobiegającymi spośród drzew. Czwartego dnia również spali na świeżym powietrzu, albowiem do wioski dotarli zbyt wcześnie, aby pozwolić sobie na odpoczynek. Bestie Seriru nie omieszkały tej czwartej nocy nie spróbować zakąsić dwójką sług Elzarusa, ale nie dały rady dwójce paladynów.

Erwen i Elaine nie wiele rozmawiali ze sobą podczas podróży. Teraz liczyło się przede wszystkim czekające ich zadanie. Jednak zasób ich wiedzy pozostawał wciąż niewielki mimo prób wyciągnięcia dodatkowych informacji od spotkanych mieszkańców Seriru. Słyszano tu plotki o pladze zniknięć nawiedzających Dolinę Reksońską, ale wyjaśniano je bajecznymi opowieściami o strasznych potworach, które wypełzają z otchłani pod Górami Barierowymi, by plądrować południowe ziemie. Nic pomocnego.

Piątego dnia podróży Mogritzowie stanęli wreszcie na skraju owej dotkniętej tajemniczą, nieczystą siłą Doliny Roksańskiej. Okazała się całkiem rozległa, a kształt miała owalny. Z poziomu skarpy  paladyni widzieli różnobarwne plamy pośród zieleni lasu świadczące o osadnictwie tego wycinka dzikiej północy kontynentu. W sercu doliny znajdowało się jezioro, a nad nim tak duże skupisko zabudowań, że nie mogły się skryć pośród roślinności. Oto Stara Polana, dla miejscowych prawdziwa metropolia. Rodzeństwo dłuższą chwilę stało nad przepaścią, wyczulając zmysły. Zakon Świetlistej Włóczni szkolił swych członków w odszukiwaniu bezpośrednich oznak działania mroku lub chaosu, ale ci nie dostrzegali teraz blizn wpływu tych przeciwnych światłu sił. Jednak to nic nie przesądzało. Obie potrafiły działać subtelnie, gdy wymagała tego sytuacja. Paladyni nie mogli jednak marnotrawić więcej czasu na obserwacje. Wyszukawszy odpowiednią ścieżkę, zeszli do doliny.

Niewiele ujechali przed ujrzeniem pierwszej reksońskiej wioski. Paladyni od razu zauważyli, że coś jest nie tak z tym miejscem. Nie słychać było jakichkolwiek odgłosów ludzkich, czy zwierzęcych, nikt się nie kręcił na okolicznych polach, a w powietrzu wisiało coś złowróżbnego. Rodzeństwo zeskoczyło z koni, po czym ukryło je w pobliskich zaroślach. W swych pancerzach i szatach ze znakami zakonu, z bronią w dłoniach skierowali się w kierunku milczących zabudowań. Elaine dzierżyła buławę oraz tarczę, Erwen długi miecz. Minęli pierwsze gospodarstwo. Nie musieli wchodzić do środka, aby ustalić iż plotki i posłańcy z doliny mówili prawdę. Nawet zza płotu widzieli, że stan domostwa pasuje do opisu gospodarstw, które padły ofiarą wrogiej siły. Wyrwane drzwi, rozbite okna, a w środku ruina oraz ślady krwi, ale ani śladu zwłok. Każdy kolejny budynek obok którego przechodzili wyglądał podobnie. Zupełnie jakby orszak upiorów przemierzył osadę, nie pozostawiając po sobie żadnych oznak życia. „Plugawe to istoty tutaj zawitały, ale całkiem porządnickie” – szepnął z cyniczną miną Erwen do swej siostry, a ta potaknęła. „Zgadza się, bracie. Nie widzę tu nic, co pozwoliłoby w pełni zidentyfikować zagrożenie. Jedno jest pewne. Wróg włada siłą fizyczną, a nie magiczną.” – stwierdziła, oglądając z bliska jedno z wnętrz.

Wtem usłyszeli głosy dobiegające z nieodległego centrum wsi. Kilka wyjątkowo niskich, pewnych siebie oraz jeden kobiecy, przerażony. Paladyni zatrzymali się w zdumieniu tylko na chwilę. Rozumiejąc, że szybkość działania jest tutaj niezbędna, ruszyli biegiem, stając dopiero przy ścianie jednej z chat okalających kolisty plac. Wyglądając zza rogu, ujrzeli tam leżącą w błocie młodą elfkę oraz dwójkę przerażonych, ludzkich dzieci, starszą dziewczynkę i młodszego chłopca, próbujących ją podnieść. Nad nimi stała piątka rosłych, roześmianych humanoidów o zielonej cerze, czarnych kudłach i imponującym uzębieniu. Orkowie, nosili na sobie skóry zwierzęce, a toporną broń wykonali ze złomu skradzionego cywilizowanym mieszkańcom wzgórz.

– Coś zostać dla nas, co chłopy? – zarechotał jeden z zielonoskórych w łamanej mowie imperialnej do trójki najprawdopodobniej jedynych ocalałych mieszkańców, którzy drżeli z przerażenia – Bachory do jedzenia. Kobieta-długouch do zabawy – dodał, oblizując się obrzydliwie.

Erwen poczuł, że w jego siostrze wzbiera gniew na widok tej bezsensownej, prymitywnej brutalności. On sam również czuł niesmak, patrząc na tą scenę. Tymczasem elfka, zasłoniwszy dzieci swoim ciałem, zaczęła wołać o pomoc. Zieloni skwitowali to kolejną salwą śmiechu.

– Milczeć, długoucha! – warknął pewnym siebie tonem herszt, chwytając kobietą brutalnie za włosy.

Silnym szarpnięciem ponownie rzucił ją na błoto. Elfka nie poddała się jednak bezradności. Łapiąc brutala za nogę, kazała uciekać dzieciom, ale inny ork paroma susami zagrodził im drogę.

– Głupia! – przywódca barbarzyńców uderzył kobietę w twarz, choć hamował się, by jej nie zabić. – One i tak umrzeć, gdyby uciec, bo nie być tu nikt żywy poza orki, długoucha i bachory ludzi!

– Jesteś tego pewien, orku? – rozległ się głos Erwena.

Paladyni mieli dość oglądania tej scen. Wystąpili otwarcie z ukrycia. Nadszedł czas wypełnienia ustępu kodeksu nakazującego chronić słanych. Zdumieni barbarzyńcy obejrzeli się natychmiast i zatrwożyli na widok znaku Świetlistej Włóczni. Każdy ork Seriru znał i nienawidził ten symbol.

– Ludzie światła idą! – zakrzyknęli, cofając się od dzieci i szukając wzrokiem dróg ucieczki.

Herszt nie ruszył się jednak z miejsca. Czekał, węszył oraz słuchał. Nic jednak nie zdradzało, by ktokolwiek towarzyszył tej dwójce.

– Durnie nie orki! – krzyknął wściekle na swych podwładnych. – Nie ma ich więcej. Atak! – rozkazał, wznosząc topór.

Tamci odpowiedzieli na okrzyk lidera. Jeden z nich miał prymitywną strzelbę samoróbkę i jako pierwszy chciał się popisać chęcią zabijania. Strzelił kilkukrotnie do stojącego bliżej Erwena, ale śrut odbił się pancerza, nie czyniąc krzywdy rycerzowi. Mężczyzna nawet nie musiał aktywować ochronnej tarczy, którą wbudowano w zbroję. Nie pozbawiło to orków woli walki. W mniemaniu zielonoskórych jeśli czegoś nie można zastrzelić, zawsze można to zarąbać, więc rzucili się na paladynów z toporami oraz maczugami. Rodzeństwo stanęło ramię przy ramieniu i z chłodnym spokojem zawodowców przygotowali się na odparcie dzikiej napaści. Orkowie spuścili na nich grad ciosów, ale wystarczyła chwila, by dwaj z nich padli martwi: jeden z roztrzaskaną czaszką, drugi z dziurą w brzuchu. Siła mięśni nie pomogła im w starciu z wyszkoleniem Świetlistej Włóczni. Herszt w tej sytuacji naparł na słabszą z rodzeństwa Elaine, a pozostałej dwójce wojowników zostawił Erwena. W szaleńczym ataku zmusił paladynkę do defensywy, ale zupełnie zapomniał o drugim przeciwniku. Przypomniał sobie dopiero wówczas, gdy jego pierś na wylot przebiło ostrze Mogritza. Padając, zobaczył jeszcze swoich pociętych pobratymców. „Już po nim, braciszku” – szepnęła, przyglądając się ostatnim drgawkom orka. – „Trochę szkoda, bo moglibyśmy się czegoś od nich dowiedzieć po użyciu odpowiednich argumentów”. „Możesz ich sobie siostrzyczko obejrzeć. Ja tymczasem sprawdzę co z ocalałymi” – mruknął, kierując się do elfki i dzieci. Cała trójka objęła się, ale nie odważyli na ucieczkę. Zszokowani czekali na wynik starcia. Erwen uklęknął obok nich.

– Jak się nazywasz moja droga? Jesteś cała? Co z dziećmi? – zapytał delikatnym tonem, zdejmując hełm.

Elfka próbowała się opanować i spojrzała na mężczyznę. Jak na tą rasę przystało, miała piękną twarz oraz aksamitne włosy, chociaż szpeciły ją teraz wszędobylskie błoto oraz krwawy siniec na policzku powstały po ciosie orka. Widząc ludzką, przyjazną twarz, powstrzymała w końcu drżenie, otarła łzy i odpowiedziała.

– Jestem Matieryen, o panie, a to Bossy i Alis. Im nic nie jest i to dla mnie ważniejsze niż moje zdrowie. Niech wszystkim bogom będzie dzięki za Świetlistą Włócznię, która zjawia się w potrzebie. Już, już moi mili, już po wszystkim – mówiła uspokajająco do dzieci.

Erwen przyglądał się im. Bez wątpienia tą trójkę łączył silny związek emocjonalny, ale raczej nie rodzinny.

– Jesteś zdaje się ich niańką, tak? – zauważył.

Nie chciał od razu stresować kobiety pytaniami o los wioski. Kobieta uśmiechnęła się słabo.

– Tak, panie, to dzieci sołtysów, u których służyłam i kocham tą dwójkę jak własną rodzinę – rzekła, po czym zrobiła żałobną minę. – Teraz chyba będą moimi dziećmi. Chyba nikt inny nie przeżył nocy, tak jak mówił ten… ten ork – głos się jej załamał, ale udało się jej utrzymać nerwy na wodzy.

– Przykro mi to mówić, ale to bardzo możliwe – zgodził się z nią Erwen, korzystając z tego, że  Matieryen sama przywołała ten temat. – Przeszukaliśmy już bez rezultatów połowę wioski i nie zanosi się, by druga połowa znajdowała się w lepszym stanie. Co tu się w ogóle stało?

– Ja… nie wiem – jęknęła kobieta, znowu zaczynając drżeć.

– Proszę cię Matieryen, spróbuj sobie przypomnieć – do rozmowy włączyła Elaine. – Jesteśmy paladynami i przysięgam na imię Elzarusa, pana światła, że przybywamy z pomocą.

– Ale… ale ja naprawdę… – wyglądało na to, że zaraz stracą z nią kontakt, ale do rozmowy włączyło się jedno z dzieci.

– Ale ciociu! – zawołała nieoczekiwanie dziewczynka, Alis, wyrywając się z objęć niańki. – Przecież słyszeliśmy! Tylko tak bardzo się bałaś, że tylko się modliłaś, że może nie zauważyłaś. Ale ja słyszałam i pamiętam!

– Alis… – zdumiała się elfka, ale potaknęła ruchem głowy. – Możesz mieć rację, kochanie. Tylko modlitwa pomogła mi wtedy nie oszaleć – wyciągnęła dłoń, by pogładzić Alis po główce.

– Możesz mi opowiedzieć co słyszałaś, drogie dziecko? – Erwen zagadnął do dziewczynki.

– Mogę, ale Bossy chce wiedzieć, czy pan rycerz zabija też inne potwory? – zapytała, spoglądając na brata, który spłonął rumieńcem.

– Zgadza się – kiwnął głową do chłopca. – I postaram się, by zapłaciły za to co tu zrobiły.

– To teraz powiem. Więc to było wczoraj, panie rycerzu, wieczorem. Bawiliśmy się w domu z ciocią, a mama robiła wieczerzę dla nas i taty. Zrobiło się najpierw tak bardzo cicho, że słychać było trzeszczenie podłogi pod nami, a wtedy w wiosce ludzie zaczęli krzyczeć, tak bardzo głośno. Mama poszła sprawdzić co się dzieje, ale ciocia zaczęła się bardzo trząść, tak jak przy tych niedobrych orkach i kazała nam iść do piwnicy. My nie chcieliśmy, fajnie się bawiliśmy, więc… – na moment dziewczynka się zawahała, nie chciała nic mówić złego o opiekunce, ale zdołała się przemóc. – Wtedy ciocia mnie zbiła i pociągnęła razem z braciszkiem tam na dół. Tam wcisnęliśmy się w kącik i słyszeliśmy. Ciocia się modliła, Bossy płakał na kolanach cioci i ja też bardzo się bałam, ale słuchałam. Coś było w naszym domu. Głośno wąchało i drapało chyba po ścianach, ale nie znalazło piwnicy. A potem zrobiło się cicho i zasnęliśmy.

– Chyba to prawda. Pamiętam, że strach odbierał mi zmysły – kontynuowała dalej Matieryen. – A gdy rano wyszliśmy, zobaczyliśmy te nie mniej przerażające, puste ruiny oraz tych… szabrowników – wzdrygnęła się, myśląc o tym, co by orkowie im zrobili, gdyby dostali się w ich zielone łapy.

– Zatem nie widzieliście kto zniszczył wioskę? – spytał Erwen.

Pokręcili głowami. „Niech to!” – niemo poruszył wargami paladyn w przypływie złości. Dalej nic nie widzieli o co raz groźniejszym sprawcy ataków, chociaż otaczała ich cała zrujnowana osada, której mieszkańców porwano, żywych lub martwych. Nawet Elaine nie potrafiła wyczytać czegokolwiek ze znalezionych śladów, ani z tego co posiadali martwi zielonoskórzy. Nie było sensu się tutaj kręcić, zwłaszcza że mieli potrzebujących, którym należało pomóc.

– Droga Matieryen, czy w okolicy jest jakieś bezpieczne miejsce, do którego moglibyśmy was odprowadzić? – zapytał się elfki.

– Najbliżej będzie pewnie posiadłość ziemianina – odparła po chwili zastanowienia, choć bez entuzjazmu.

– Ziemianina? Tutaj? – zdziwiła się Elaine, a oblicze zmarszczyła, zła na siebie, że nie wywiedziała się wcześniej, że w tych okolicach urzędują jacyś ziemianie.

Erwen nie okazał aż takiego zaskoczenia co siostra, ale poprosił elfkę, by powiedziała więcej o tej osobie. Matieryen nakreśliła im więc w skrócie postać Arona Kirkela, arystokraty rodem z serca kontynentu, którego rodzina posiadała trochę ziemi w okolicy i próbował wyrwać ją naturze. Kirkel rzekomo nie był najmilszym człowiekiem pod słońcem, zainteresowanym bardziej swoim dobytkiem niż tym co się dzieje poza płotem. Erwen i Elaine zdecydowali jednak, że to będzie kolejny ich punkt na drodze do rozwiązania zagadki. Przynależność do zakonu miała tą zaletę, że otwierała wiele drzwi, a poza odeskortowaniem trójki ocalałych mieli nadzieję na zdobycie choć strzępka informacji. Zabrawszy swe konie z kryjówki, opuścili zniszczoną wioskę w towarzystwie elfiej niański oraz dwójki jej podopiecznych. W przypływie rodzicielskich uczuć, Erwen posadził nawet małego Bossiego przed sobą na koniu, a chłopiec był tym zachwycony i zaczął szczebiotać, że chciałby zostać paladynem jak będzie duży oraz polować na złe potwory. Jednakże nim opuszczone zabudowania zniknęły całkowicie za drzewami, usłyszeli odgłosy licznych kroków. Erwen zsadził Bossiego i polecił Matieryen schować wraz z dziećmi za nimi, a sami rycerze światła stanęli dumnie naprzeciw nadchodzącej grupie. Zza zakrętu w istocie wyszedł oddział uzbrojonych miejscowych, hardych ludzi, elfów i krasnoludów zahartowanych przez serirską dzicz. Trzydziestu ich Elaine naliczyła. Mieli rozmaite strzelby oraz karabiny, a także sporo okutych pałek i toporów. Towarzyszyła im szóstka lepiej przyodzianych jeźdźców. Ci byli wyłącznie ludźmi, noszącymi staroświeckie pancerze ze znakiem herbowym jakiegoś rodu. Dla Erwena jasne było, że należała obstawiać rodzinę Kirkeli. Na przedzie grupy jechał starszy, około czterdziestoletni, wąsaty jegomość o długich włosach i szarych oczach. On oraz jego towarzysze niemało się zdziwili na widok paladynów w pełnych zbrojach. Od razu zaczęli szeptać między sobą, naradzając. W końcu tenże jeździec podjechał i pozdrowił Mogritzów.

– Witajcie, szacowni rycerze Świetlistej Włóczni – rzekł, chociaż ton niekoniecznie wyrażał szacunek. – Jestem kapitan Taron Kirkel, stryj pana Arona Kirkela. Możecie nam zdradzić cóż sprowadza członków zakonu w to miejsce? – zapytał, przyglądając się podejrzliwie rycerzom, ignorując zupełnie trójkę ocalałych mieszkańców wioski za nimi.

Rodzeństwo spojrzało przelotnie na siebie, wzrokiem pytając kto ma się odezwać pierwszy. Erwen uznał, że powinien to być on. Czuł, że wąsaty jegomość jest z tych, którzy kwestionują słuszność dalszego funkcjonowaniu zakonów paladynów.

– Witaj kapitanie Taronie, ja jestem brat Erwen, a to siostra Elaine. Możliwym jest, że już domyślasz się czemu tu jesteśmy – rzekł wskazując na eskortowaną grupkę i pozwalając się rozmówcy wykazać.

Jeździec zmarszczył brwi na ich widok, ale w jego głowie szybko zaskoczyły odpowiednie tryby, kierując na odpowiedź.

– Domyślam – odparł grobowym tonem. – Jak rozumiem dzieci sołtysa i ich długoucha niańka to wszyscy, którzy przeżyli? – Na to pytanie ocaleni schylili smętnie głowy. Rzekomy kapitan poczerwieniał ze złości – Przeklęte bestie! Więc już przestały im wystarczać wędrowcy i samotne domy to zabrali się za nasze wioski! Rycerzu, my jesteśmy tu z tego samego powodu. Jeden myśliwy doniósł nam, że w okolice tej wioski zmierzała banda orków z gór, ale sądziliśmy, że zdążymy przed nimi. Nie mogą być daleko. Te potwory odpowiedzą za tą zbrodnię i wszystkie inne, które spadły na naszą dolinę! Odwdzięczymy się pięknym za nadobne, prawda chłopcy? – zwrócił się do swoich podkomendnych, którzy odkrzyknęli chóralnym „Prawda!”

Ich entuzjazm nie udzielił się paladynom. Wioska nie nosiła śladów orkowej grabieży, a tamtych pięciu musiało przybyć na zwiady. Choć zielonoskórzy wydawali się prostemu ludowi z rubieży odpowiedzią na większość zniknięć oraz napadów, tutaj nie mogli mieć racji.

– Chciałabym zaznaczyć, że choć wpadliśmy w ruinach na paru orków, to trafili tam już po zniszczeniu osady – odezwała się sceptycznym tonem Elaine. – Domów nie spalono, ani nie złupiono. Nie zabrano nic poza ciałami. To nie jest wzorzec działania bandyckich grup orków, ani jakichkolwiek innych bandytów.

Taron wyglądał na wzburzonego tą uwagę, ale opanował wybuch. Nie powstrzymał jednak grymasu pogardy.

– Za przeproszeniem, siostro Elaine, ale znam „wzorzec działania orków” bardzo dobrze z autopsji. Choć tutaj jest ich mnóstwo, to w czasach służby w imperialnej armii odwiedziłem miejsca, gdzie było ich jeszcze więcej – odparł wyniośle.

Brakowało tylko zdania: „co kobiety i paladyni mogą wiedzieć o wojaczce”. Ubodło to uczoną paladynkę. Choć jej brat sam by chętnie postawił do pionu wąsacza, to nie było ani na to czasu, ani na moralizatorskie kazania wyprowadzonej z równowagi Elaine skierowany do szowinistycznych prymitywów z prowincji i konfrontację z grupą obrażonych, uzbrojonych miejscowych.

– Racz wybaczyć kapitanie, ale jesteśmy paladynami. Nie ufamy nigdy pierwszemu wrażeniu, bowiem mroczne siły uwielbiają się ukrywać, podając nam proste rozwiązania, które nie zadziałają – wtrącił się.

Kobieta nie była zadowolona, że wszedł jej w paradę, ale odpuściła. Kirkel również się uspokoił. Uznał, że jako były wojskowy powinien zachować fason.

– Fakt. Widziałem jak zło potrafi mącić w głowach – rzekł dyplomatycznie. – Dlatego myślę, że będzie nam raźniej na duchu, jeśli święci rycerze Elzarusa nas wspomogą w naszej wyprawie na orkowych morderców – nie wyglądał na szczęśliwego, gdy to proponował.

Paladyni spodziewali się tego. Ludzie zawsze próbują wciągnąć świętych rycerzy do swoich walk, a były żołnierz już na pewno widział zalety z posiadania u boku wyszkolonych wojowników, jakkolwiek gardził ich sprawą.

– Z przyjemnością was wspomożemy Taronie, ale eskortujemy tych biedaków na ziemie twego siostrzeńca. Nie chcielibyśmy ich stracić podczas walki – wyjaśnił Erwen, uśmiechając się do elfki i dzieci.

Matieryen uspokoiła się już i odwzajemniła uśmiech. Powstrzymała też wyrywającego się Bossiego, który chciał iść z panem paladynem pomścić mamusię oraz tatusia.

– Racja – mruknął wąsacz, po czym wskazał ręką na dwójkę rolników. – Zaprowadźcie długouchą z dziećmi do posiadłości i ugośćcie. My zapewnimy bezpieczeństwo dolinie.

Matieryen oraz dzieci długo dziękowali paladynom, ale w końcu ruszyli dalej ścieżką wraz z ludźmi Kirkela. Erwen miał nadzieję, że ułożą sobie nowe życie, gdy już zagrożenie minie. Mogritzowie ostatecznie stanęli obok kapitana, który nakazał dalszy marsz. Przeszli obok zrujnowanej wioski. Ślady niegdysiejszych orkowych zwiadowców aż nazbyt dobrze się zachowały. Idąc za tropem, oddział zagłębił się w las. Nie przedzierali się długo przez zarośla. Wkrótce natknęli się na obóz orków rozbity w miejscu rzadziej porośniętym drzewami. Wokół ognisk i skórzanych szałasów zgromadziła się spora banda. Było tego ponad sześćdziesiąt zielonoskórych mężczyzn, kobiet i młodych zdolnych dzierżyć broń. Ich warty wypatrzyły nadchodzący oddział. Wszczęli alarm. Poganiani rozkazami Tarona, roksańczycy ustawili się czym prędzej w szeregu i otworzyli ogień w stronę wrogów, ale dorosłego orka nie tak łatwo powalić kulami. Na szczęście banda miała spore niedostatki w broni palnej oraz miotanej, więc nie mogli odpowiedzieć skutecznym ostrzałem. Dlatego ruszyli do szarży, nie bacząc na rosnące straty od świszczących kul. Kapitan pozostawił strzelców na stanowisku, a sam poprowadził jeźdźców, do których dołączyli paladyni. Uderzyli na zielonoskórych od flanki, roztrącając ich i wstrzymując ich natarcie. Naprzód popędzili wtedy także rolnicy, bijąc toporami, nożami, pałkami lub nawet kolbami strzelb. Zepchnęli swym impetem rozproszonych orków z powrotem do ich obozu, wprost na drogę drugiej szarży. W całym bitewnym zamieszaniu to paladyni siali największe zniszczenie we wrogich szerach i niezaprzeczalnie najwięcej przeciwników pozbawili życia. Zdolności świętych rycerzy stanowiły inspirację dla pozostałych walczących, choć i kapitan Taron okazał się wcale nienajgorszym szermierzem, z zapałem wywijającym pamiątkową, oficerską szablą. Nie chciał wypaść gorzej od Erwena i Elaine w liczbie uśmierconych orków.

Bitwa okazała się krótka i jednostronna. Banda została zmasakrowana, a Taron, nie licząc rannych, stracił przy tym tylko dwójkę podkomendnych. Nie mógł się jednak w pełni cieszyć wygraną. Od razu zaczęto sławić Elzarusa i jego paladynów, mówiąc, że bez ich wsparcia nie poszłoby tak lekko. Elaine zaraz po ustaniu walki zainicjowała modlitwę dziękczynną do pana światła, w której wdzięczni roksańczycy chętnie wzięli udział. Erwen natychmiast zaczął przeszukiwać obóz, szukając żywych orków. Kapitan to zauważył i dyskretnie podążył za nim. W jednym z szałasów paladyn spostrzegł konającego orka, który musiał się wymknąć podczas bitwy. Po ozdobach ze zwierzęcych oraz ludzkich trofeów wnioskował, że to herszt całej bandy. Zielonoskóry spojrzał na paladyna wzrokiem pogodzonego ze śmiercią.

– Zabij jak wojownika, blaszaku! – syknął ork w swoim języku. – Należy mi się!

– Dostaniesz śmierć wojownika, ale wpierw gadaj czemuście zniszczyli tamtą wioskę! – odparł tonem rozkazu Erwen, korzystając z orkowej mowy.

Zdumiało to wodza, ale odpowiedział.

– To nie my, głupi człowieku! Rozejrzyj się po obozie. Nie ma tam nic z tej wiochy. Wysłałem zwiad. Dopiero planowaliśmy splądrować ruiny.

– Jak nie wy to zatem kto, orku? – naciskał Erwen.

Zielonoskóry, potężny wojownik zadrżał z trwogi.

– Coś strasznego, człeczyno. Wszyscy orkowie się tego boją, bo to jest coraz silniejsze. Wkrótce nie zostanie tu żaden żywy, ani ork, ani człowiek. Wszyscy zostaną pochłonięci…. przez… dziką… wściekłość… – w tym momencie ork wyzionął ducha.

Erwen syknął w złości. Gdy wreszcie pojawiła się okazja zdobyć jakieś informacje, informator zmarł przed czasem. Cóż to za dzika i wściekła „siła”? Możliwości jest wiele. Wszystkie nieprzyjemne. Usłyszał w okolicach wejścia hałas przewróconego oręża, ale nie zdziwiło go to. Dobrze wiedział, że miał obserwatora.

– Kapitanie, odłóż szablę – mruknął w stronę wejścia szałasu. – Jako paladyn mam tak często do czynienia z orkami i innymi podłymi istotami, że wręcz musiałem się nauczyć ich języków. Teraz nie ma jednak już z kim rozmawiać. Ich herszt nie żyje.

Taron wkroczył do środka, ocierając zakrwawione ostrze w znalezioną gdzieś szmatę.

– Dobrze wiem ile prawdy jest w stwierdzeniu, iż trzeba dobrze poznać swego wroga – odparł, chowając broń do pochwy. – Ale ani myślałem ich powstrzymywać przed wymordowaniem wszystkich orków. Moi podkomendni stracili krewnych i znajomych w tych ciągnących się od miesięcy atakach. Jeszcze ta stracona w nocy wioska. Wiesz rycerzu, potrzebowali się wyładować. W każdym razie sprawa załatwiona i możecie wracać.

Erwen omal się nie zaśmiał. Cokolwiek stało się w przeszłości, niechęć tego człowieka do paladynów była tak wielka, że wręcz zabawna.

– Nie wydaje mi się – zaprzeczył rycerz, przeglądając rzeczy zgromadzone w szałasie, ale nie znalazł wśród nich nic ciekawego. – Mówiliśmy już panu, kapitanie, że to nie orkowie nękają tą dolinę. Nasze śledztwo w celu ustalenia sprawcy dopiero się zaczyna.

Taron zamamrotał coś niewyraźnie. Na pewno nic miłego. Potem przyjął strasznie sztuczny uśmiech.

– Zapraszam was więc do domu mego rodu, byście wypoczęli przed dalszą podróżą w ramach podziękowań za pomoc z orkami – zaproponował.

Mogritz nie spodziewał się nic innego w zamian za pomoc jego i siostry. Gdyby Taron był sam, mógłby do woli ubliżać paladynom, ale w towarzystwie mniej niechętnych podkomendnych, musiał trzymać pozory szacunku, aby morale pozostało silne.

– Taki nasz obowiązek. Pomagać – rzekł Erwen, mijając kapitana. – Chętnie was odwiedzimy.

Na zewnątrz podwładni Tarona przetrząsali obóz i układali orkowe truchła w stos, by je spalić. Paladyn zaciągnął się ciężkim powietrzem o metalicznej woni świeżo przelanej krwi. To było pewne, że ta rzeź nie powstrzyma sprawcy, a najpewniej sprawców zaginięć, a może doda mu jeszcze skrzydeł. Dom miejscowego ziemianina wydawał się dobrym miejscem na następny przystanek przed dalszymi działaniami.

By Galliusz

Następny rozdział – Wkrótce

Poprzedni rozdział

Początek

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s