Bestie z Doliny Reksońskiej, rozdział I

Pamiętacie jeszcze prolog dłuższego tekstu o nazwie „Z nim przyszły bestie”? Projekt ten zmienił nazwę na Bestie z Doliny Reksońskiej, a prolog przeszedł pewne poprawki (do zobaczenia tutaj). Przyszedł czas, aby przeredagować resztę tego tekstu i przed wami pierwszy rozdział, napisany w zasadzie od nowa. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest najlepszy tekst, ale może chociaż jednej osobie się spodoba 😉

Rozdział I

Trudna sytuacja

Brat-dowódca Tadeus rozejrzał się po małym, wyłożonym drewnem pomieszczeniu pełniącym funkcję sali obrad. Większość przestrzeni zajmował prosty, masywny stół, na którym spoczywała mapa okolicy oraz kilka dokumentów zawierających raporty i wiadomości od okolicznych osad. Oprócz brodatego Tadeusa stała przy nim czwórka innych paladynów: drobny z postury zarządca tego skromnego domu zakonnego oraz dwaj zastępcy brata-dowódcy, rosłe, solidne chłopiska. Cała trójka spoglądała z napięciem na Tadeusa, oczekując wyjaśnień. Nie dziwił się im. Wezwał ich w trybie nagłym, ale nie miał wyjścia. Sytuacja robiła się niepokojąca.

– Bracia, pamiętacie… – zaczął Tadeus, opierając się rękoma o stół. – Pierwsze wiadomości o dziwnych zdarzeniach dziejących się na północ od nas?

Zaskoczeni pytaniem bracia-rycerze spojrzeli po sobie.

– Mówisz o Dolinie Reksońskiej, bracie-dowódco? – odparł zarządca domu zakonnego, człek bardziej przyzwyczajony do pióra niż miecza. – Czyż administrator Falbedre nie wysłał tam ponad tydzień temu silnego oddziału milicji, aby zbadali sytuację? Jeśli dobrze pamiętam biuro administratora poleciło nam nie wtrącać się w kompetencje lokalnej władzy w tym przypadku. Zresztą jak zwykle. Najpierw narobią bałaganu, a potem każą nam sprzątać. Coś się zmieniło? Doszliśmy już do tego etapu?

– Istotnie dużo się zmieniło. Przybył nowy posłaniec z Doliny Reksońskiej – odparł ponuro Tadeus.

Jego słowa poruszyły trójkę paladynów, którzy zaczęli się dopytywać o szczegóły wiadomości, którą ten człowiek przekazał i o to gdzież on teraz jest. Dowódca nie miał nic dobrego do powiedzenia w tej kwestii.

– Niestety, ale to niemożliwe aby przekazał swoje wieści także nam, bo tego człowieka nie ma już wśród żywych – wyjaśnił.

– Niech światło Elzarusa oświetli drogę jego duszy – pomodlili się wszyscy za nieznanego im posłańca.

– Wiem tylko tyle ile przekazali mi ludzie administratora, którzy zdążyli z nim pomówić w szpitalu. Tego biedaka i jego towarzyszy dopadła banda orków – mówił dalej Tadeus, a pozostali kiwali ze zrozumieniem głowami. Oberwać od zielonoskórych w tych okolicach jest łatwo. Nieważne jak bardzo administracja regionu próbowała ich wytępić i ile prężyli się paladyni zakonu, oni zawsze wracali, by rabować oraz zabijać – Ledwie uszedł z życiem i chyba tylko dzięki woli Elzarusa starczyło mu go, aby z ciężkimi ranami dotrzeć do Falbedre ze swoją wiadomość. Przed odejściem w Zaświaty przekazał, że tajemnicze ataki w dolinie są co raz częstsze i mocniejsze, orkowie z całego Seriru się burzą, a oddział milicji administratora przepadł jak kamień w wodę po ruszeniu na rekonesans ze Starej Polany. To największa osada w tamtej dolinie i jeszcze jakoś się trzyma, ale burmistrz traci co raz bardziej nadzieję. Ponoć tylko strach przed tym kryjącym się w cieniu zagrożeniem powstrzymuje większość mieszkańców doliny od ucieczki na południe.

– Jak rozumiem administrator nie tylko nie broni nam już działania, ale i prosi o nie? – zakpił jeden z zastępców. – Jak to powiedział brat-zarządca, czas byśmy posprzątali bałagan?

Tadeus skarcił go groźnym zmarszczeniem brwi.

– To nie czas na żarty, bracie. Wygląda na to, że sytuacja w Dolinie Reksońskiej stała się poważniejsza niż wszystkim się wydawało. Serir nie jest bezpieczny, nawet samo Falbedre zmaga się z orkami i innymi potworami, ale to co się tam dzieje to bez wątpienia coś innego od typowych zagrożeń czających się pośród wzgórz. Coś, czym wojownicy światłości powinni się zająć – dodał, uderzając pięścią w otwartą dłoń.

Na chwilę zapanowało milczenie. Wszyscy zastanawiali się, co poza rozproszonymi bandami orków może tak pustoszyć ludność niewielkich wiosek północnego Seriru i jak sobie z tym poradzić. Czarna magia, demony, potwory z Gór Barierowych? Żadna wiadomość z północy nie przynosiła szczegółów co do zagrożenia, a po zaginięciu oddziału milicji, pozostawała tylko jedna opcja. Wyprawa paladynów na północ. Jednakże istniała pewna przeszkoda.

– Zatem powinniśmy wysłać tam teraz kilkoro braci i sióstr paladynów, aby w imieniu pana światła Elzarusa ocalili tamtych ludzi przed złem – ogłosił zarządca.

Zastępcy wraz ze swym dowódcą spochmurnieli po przeanalizowaniu możliwości ich grupy.

– Dowódco, zarządco, mamy za mało ludzi – Mruknął jeden z nich. – Dysponujemy zaledwie jednym pełnym konwentem rycerzy, czwórką paladynów przebywających stale tutaj jako odwód i pięcioma nowicjuszami. Dodając do tego brata-zarządcę, daje nam dwadzieścia dwa miecze na cały region Falbedre, a teraz mamy co robić z tymi wszystkimi bandami zielonoskórych napadającymi na wieśniaków. Póki co, chwała Elzarusowi, jesteśmy w stanie podołać wszystkim wyzwaniom, ale oddelegowanie kogokolwiek do Doliny Reksońskiej może przechylić szalę. Bogowie raczą wiedzieć ile region poniesie szkód nim gubernator, albo zakon przyślą tutaj dodatkowe wsparcie – przedstawił problem, po czym westchnął.

Ponownie zapanowało milczenie, podczas którego próbowano znaleźć rozwiązanie na ten impas. Jedyną słuszną opcją wydawało się poprosić o wsparcie zakon i zaryzykować te kilka dni oczekiwania na ich dotarcie do Doliny Reksońskiej. Tadeus sądził, że tak będzie najlepiej. Paladyn musi pomagać słabym i potrzebującym, ale czasem powinien wybrać mniejsze zło w imię większego dobra. Gdy bracia mieli się już zgodzić na wezwanie zakonu, do środka weszła jedna z nowicjuszek, młoda elfka.

– Wybaczcie bracia, że przeszkadzam, ale mamy gości – oznajmiła onieśmielona.

– Jakich gości, nowicjuszko? – Zapytał z westchnieniem dowódca. – Ktoś od administratora?

– Nie, bracie-dowódco. To… – odparła elfka i się zacięła.

– Na Elzarusa! – zawołał jeden z zastępców. – Wyduś to z siebie dziewczyno!

– To Mogritzowie! – jęknęła wreszcie.

Całą czwórkę zamurowało i spoglądali na siebie jak czwórka nierozgarniętych dzieciaków na widok czegoś nieprawdopodobnego. Ale jak to Mogritzowie? – pytały ich spojrzenia. Bliźnięta Mogritz, brat i siostra znikąd, dołączyli kilka lat temu do Zakonu Świetlistej Włóczni i stali się jego bohaterami, dla których nie istniała niemożliwa do wykonania misja. Osoby tego formatu służą pod samym wielkim mistrzem, który wysyła ich na najtrudniejsze operacje. Co oni mogą robić w Falbedre? – zastanawiał się Tadeus, opuszczając na krzesło. – Czyżby uznano go za niekompetentnego i przybyli odebrać mu funkcję dowódcy, a potem zabrać przed oblicze kapituły i wielkiego mistrza na sąd? Nie, to niemożliwe. Może nie jest wybitnym dowódcą, ale spełnia wszystkie obowiązki zgodnie z kodeksem, a administracja Falbedre nie ma powodu do skarg na działalność zakonu w ich regionie. Elzarus na pewno trzyma pieczę nad nim, skromnym paladynem z prowincji. Chrząknięcie wyrwało go z zamyślenia. To zarządca zwracał na siebie jego uwagę i wskazywał na oczekującą nowicjuszkę.

– Na co jeszcze czekasz, nowicjuszko? Goście czekają. Przyprowadź ich tutaj – Tadeus ponaglił dziewczynę, która pognała do holu wejściowego.

Wkrótce do sali obrad wkroczyli blondwłosi Mogritzowie odziani nie w pozłacane zbroje wykonane przez najlepszych, zakonnych rzemieślników dla czempionów Świetlistej Włóczni, a zwykłe, rycerskie pancerze i tylko tabardy ze znakiem zakonu mówiły o ich przynależności. Brat Erwen to mężczyzna ani pokaźnej postury, ani wzrostu, ale bez wątpienia solidnie zbudowany. Choć nie stanowił wzoru pobożności oraz cnót, słynął ze zdolności bitewnych i dowódczych. Obok niego stała szczupła kobieta podobnego wzrostu, siostra Elaine. Mówiło się, że chodząca z niej encyklopedia, a światło wiary bije od niej tak silne, że sam Elzarus użycza jej wyjątkowo hojnie swej mocy. Tadeus oraz jego towarzysze natychmiast stanęli na baczność przed gośćmi.

– Witajcie w skromnych progach domu zakonnego w Falbedre bracie Erwenie i siostro Elaine! – wygłosił dowódca.

Mogritzowie uśmiechnęli, jakby rozbawieni tą reakcją, co nieco zaskoczyło Tadeusa. „Czemu wszyscy tak reagują na nasze wejście, siostrzyczko?” – szepnął Erwen, rozglądając się po skromnej sali. „Chyba uważają, że jesteśmy kimś więcej niż w rzeczywistości, braciszku” – odparła równie cicho Elaine, podchodząc do stołu.

– Cóż sprowadza tak znamienitych paladynów na takie odludzie? – zapytał zarządca.

– Elzarus mówi, że wszyscy potrzebują opieki, niezależnie od rasy, pozycji społecznej i miejsca zamieszkania – odparła pouczająco Elaine. – Sprowadził nas tutaj, ponieważ mrok zapadł nad pobliską doliną.

Zgromadzeni zaczęli patrzeć na nich jak na oświeconych. Erwen uznał, że to niepotrzebne.

– Moja siostra jak zwykle przekoloryzowuje z tą wolą Elzarusa. Tak naprawdę wysłał nas wielki mistrz Berthold, ale nie zakładam od razu, że nie inspirowała go wola boska – wyjaśnił, na co Elaine i tak odpowiedziała urażonym mruknięciem. – Może Falbedre to odludzie, ale wieści o ciągnącej się pladze zniknięć dotarła nawet do twierdzy Dharim.

Miejscowi rycerze zebrali się w sobie. Tadeus zrozumiał, że czyjakolwiek wola zesłała tu Mogritzów, na pewno Elzarus musiał go inspirować, bo zjawili się w jakże idealnym dla nich momencie. Przecież sami zamierzali przed chwilą prosić o pomoc zakon.

– Niestety nasz obraz sytuacji w Dolinie Reksońskiej nie jest najpełniejszy. Potrzebujemy informacji – rzekła Elaine.

– Tak po prawdzie to sami nie wiele wiemy, siostro Elaine, ale przekażę wam wszystko – odparł Tadeus.

Dowódca opowiedział więc o Dolinie Reksońskiej, odległym i odludnym zakątku Seriru, zamieszkałej przez kilkaset osób w rozproszonych osadach, żyjącej z rolnictwa, łowiectwa i drewna. O tym jak kilka miesięcy temu zaczęli znikać pierwsi mieszkańcy oraz jak stało się to wreszcie prawdziwą plagą. Znikają i ludzie i zwierzęta, a jedyne co po nich znajdują to ślady walki oraz plamy krwi. Cokolwiek tam grasuje, groza sprawiła, że miejscowi wysłali posłańca do administratora z prośbą o pomoc, ale wysłany oddział przepadł bez wieści. Wyraził też panującą powszechnie opinię, że za wszystkim stoją orkowie, którzy stali się wyjątkowo aktywni i próbują zjednoczyć swoje niezbyt groźne w rozproszeniu bandy w większe grupy.

– Faktycznie – przyznał Erwen. – To w istocie mogą być orkowie, jeśli posłuch wśród nich zyskał sobie ktoś sprytny i łaknący wsparcia mrocznych sił, które stara się wybłagać krwawymi ofiarami.

– Jednakże, brakuje na to dowodów. To przykre bracie Tadeusie, że mimo bliskości miejsca zapalnego, wy nic nie wiecie o zagrożeniu – skarciła dowódcę jego siostra.

– Ale siostro Elaine, tamtejsi mieszkańcy to małomówni górale. Przed przybyciem pierwszego posłańca nie było nic wiadomo o sytuacji w dolinie poza plotkami roznoszonymi przez myśliwych, a ja nie miałem kogo tam wysłać. Rajdy orków na wsie i samotne gospodarstwa są teraz tak częste, że moi ludzie są stale potrzebni. Przed chwilą uradziliśmy, że nie możemy nagle oddelegować kilku z nas na misję tak daleko od Falbedre, bo nie będziemy mogli odpowiednio chronić okolic miasta – bronił się dowódca. – Jednak jeśli wy zamierzacie tam iść, jestem was w stanie wesprzeć przynajmniej dwójką paladynów. Nowicjusze powinni sobie poradzić z zastąpieniem ich.

Jego zastępcy mruknęli potakująco, zgadzając się z Tadeusem, ale Mogritzowie pokręcili przecząco głowami.

– Nie potrzebujemy zbrojnego wsparcia od was, bracie Tadeusie – wyjaśnił Erwen. – Wielki mistrz wierzy, że nasza dwójka wystarczy, aby zająć się tą sprawą, ja wierzę w nasze umiejętności, a moja siostra wierzy, że Elzarus nam pomoże. Skoro już powiedziałaś co tobie wiadomo o zniknięciach, powiedz o tym jak można tam dotrzeć najszybciej.

Tadeus nie potrzebował się nawet zastanawiać.

– Nie dojedziecie tam pojazdem, drogi na to nie pozwalają, ani nie polecicie, bo nie istnieją tam lądowiska, a ktoś wymyślił, że latanie nad Serirem może denerwować zielonoskórych i potwory. Pozostają konie.

– Tego zatem od ciebie potrzebujemy. Koni i prowiantu – odparł Erwen. – A dalej sobie poradzimy.

– Oczywiście, dostarczę koni, ale naprawdę chcecie iść tam sami? Elzarus mi świadkiem, że to nieodpowiedzialne. Moim zdaniem powinno wysłać się tam co najmniej połowę konwentu – zauważył.

– Bracie-dowódco mamy swoje rozkazy i nie masz kompetencji ich kwestionować! – upomniała go surowo Elaine.

Tadeus natychmiast się skulił i błagał o wybaczenie. Erwen sprawdził przebieg służby tego brata-dowódcy i wiedział, że choć jest skuteczny w tym co robi, zupełnie brak mu ambicji oraz odwagi by być kimś więcej niż dowódcą domu zakonnego na skraju cywilizacji.

– Wystarczy – przerwał mu. – Potrzebujemy koni aby dotrzeć do Doliny Reksońskiej, prowiantu na drogę oraz noclegu na tę noc. To wszystko, bracie-dowódco.

– Osobiście o to zadbam! – oświadczył stanowczo Tadeus.

To rodzeństwu wystarczyło. Oznajmiwszy, że wrócą na wieczerzę oraz wieczorne modły w kaplicy zakonu, wyszli z budynku. Wokół nich wznosiło się Falbedre, miasto wyglądające zgoła inaczej niż metropolie z serca kontynentu. Skupiono je na niewielkiej przestrzeni na jednym ze wzgórz otoczonym niczym w dawnych czasach murem obronnym, ale wzniesionym z betonu i stali z pomocą nowoczesnych technik budowlanych. Oboje dobrze znali raporty z tego regionu i wiedzieli, że ten mur ma co robić. W Serirze zdarzają się nawet oblężenia przez orków, albo wizyty gości spoza kontynentu. Kiwając do siebie porozumiewawczo głowami, ruszyli wąską uliczką w miasto. Nie byli turystami, ani żółtodziobami na pierwszym przydziale, ale nie mieli ochoty zamykać się w domu zakonnym.  Otaczały ich niskie kamienice o grubych murach i małych oknach wznoszone tradycyjnie z kamiennych bloków, pośród których jeździły nieliczne pojazdy oraz przechadzała się mieszanka ludzi, elfów i krasnoludów. Miejscowa siedziba zakonu nie wyróżniała się na tym tle niczym poza białymi chorągwiami Świetlistej Włóczni. Rodzeństwo nie wdawało się z miejscowymi w polemiki, ale po tym jak uprzejmie się do nich kłaniali oraz schodzili z drogi, było wiadome, że w Falbedre zakon jest szanowany. Erwen już dawno zauważył zależność, że im jakiś region jest bogatszy i bezpieczniejszy, tym bardziej paladyni są uważani za zbędny relikt przeszłości. „Nudne to miasto, siostrzyczko” – szepnął do swojej siostry, gdy na miejskim rynku obserwowali straganiarzy zbierających swoje stoiska. – „Muszę się zgodzić braciszku. Bogowie nie raczyli obdarzyć go swoim własnym, specyficznym charakterem. Falbedre nie ma nic ciekawego do zaoferowania nawet dla mnie. Może poza widokiem.” – odparła, wskazując głową na północ. Nawet z poziomu ulicy na północy dało się dojrzeć potężne pasmo górskie dominujące horyzont, Wielkie Góry Barierowe. „Jak zawsze imponują, a będziemy podziwiać je jeszcze z bliższej odległości. Dawno nie byliśmy w Górach Barierowych” – przypomniał jej, wspominając stare dzieje. Elaine odwróciła się od rynku i widoku na góry. Zbliżała się pora wieczornego posiłku, a potem modłów. Tym razem Erwen nie będzie się w stanie wymigać innymi ważnymi obowiązkami.

By Galliusz

Następny rozdział

Poprzedni rozdział

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s