Zielone Drzwi

Wrzucam wam dziś do czytania taką krótką historię. Mam nadzieję, że temu kto przeczyta, to się spodoba.

 

Zielone Drzwi

 

Pewien człowiek całe życie mieszkał w wielkiej Saratodze. Nie posiadał wiele i nie znaczył wiele. Miał skromne mieszkanie w jednej z kamienic, a dziś jak co dnia wyszedł z domu. Odetchnął porannym, zadymionym powietrzem, po czym rozejrzał się po zabłoconym podwórzu otoczonym ceglanymi budowlami. Jak wielu mu podobnych, tenże człowiek pracował w fabryce. Musiał tam zaraz iść, na wiele godzin, ale widział w tym sens. Zarabiał wszakże na utrzymanie swej rodziny. To osładzało mu ciężką harówkę.

Pewien człowiek ruszył spod domu ku przejściu z zacisznego, choć zabłoconego podwórza w zakurzony, gwarny labirynt saratoskich ulic. W tunelu jak zwykle rozstawił się chłopak sprzedający poranną gazetę. Mężczyzna rzucił mu kilka drobniaków w zamian za te kilka stron papieru zapisanych wydarzeniami z wielkiego miasta i jeszcze większego świata. Robotnik jest tylko malutkim trybikiem w wielkiej maszynerii, ale również jego ciekawi, jak reszta tego urządzenia zwanego światem pracuje. Spoglądając na nagłówek, wyłonił się na właściwej ulicy, a jego uszy zbombardował hałas kroków przechodniów oraz warkot silników toczących się pojazdów. Był do tego przyzwyczajony. Żył tym hałasem z dnia na dzień od swego urodzenia.

Pewien człowiek przeżył coś, co złamało jego dzienną rutynę. Coś śmignęło obok niego, coś smukłego i żółtego w brązowe plamy. Śmignęło tak blisko, że potrącając człowieka, wyrwało mu z ręki gazetę, która wpadła w kałużę po nocnym deszczu, a on z wrażenia upuścił teczkę z drugim śniadaniem. Śmignęło tak szybko, że zniknęło nim potrącony człowiek zdążył zareagować. Z ogłupiałym wyrazem twarzy spojrzał on za tym żółtym czymś, ale niknące w tłumie plecy i ciągnący się za nim ogon to wszystko co zobaczył. Ciężkie tryby mózgu wreszcie zaskoczyły, a człowiek podniósł gniewnie do góry pięść.

– Przeklęty zwierzoczłek! A żebyś się tak wywalił i durny pysk se rozbił! – krzyknął pewien człowiek, ale stanowczo za późno.

Inni przechodnie tylko spojrzeli na pewnego człowieka. On, naraziwszy się na śmieszność, spłonął rumieńcem. Zebrał z ziemi teczkę, a po chwili wahania sięgnął i po gazetę. Strzepnąwszy trochę wodę, wsadził ją sobie pod pachę. W końcu już zapłacił, a on nie lubi marnowania pieniędzy.

Pewien człowiek, zagniewany tą poranną niespodzianką, poszedł dalej do pracy.

*

A Aissiri biegła dalej, nie zauważając nawet potrąconego robotnika, ani tragicznego losu jego gazety, ani jego złego życzenia pod jej adresem. Od czubków palców po końcówki uszu, całe jej kocie ciało wypełniała ekscytacja rodząca się z prostej czynności jaką jest pędzenie o poranku ulicami Saratogi. Nawet strój miała lekki, ot krótkie spodnie i cienką kurtkę, by nie przeszkadzały w biegu. Młodej tsaji nikt nie gonił, z nikim się nie ścigała, a chociaż była z kimś umówiona, nie potrzebowała tak gnać, by zdążyć. Ale co zrobić kiedy bieganie jest czymś co kochasz? Kiedy wymijanie przechodniów i aut niczym przeszkód na torze napełnia cię dziką radością? Kiedy skakanie po schodach oraz wchodzenie w ostre zakręty stanowi wyzwanie dla twojej zwinności? Aissiri korciło nawet ulec zwierzęcej, pierwotnej pokusie, aby na moment porzucić nabytą podczas długiej ewolucji jej gatunku zdolność chodzenia na dwóch nogach na rzecz pełnego, czterokończynowego napędu. Ale czy nie naraziłaby się na śmieszność wśród jej podobnych? Zwierzoczłecy Saratogi nie pochwalają ulegania instynktom. Mówią, że to nie przystoi cywilizowanym istotom zamieszkującym takie wielkie i wspaniałe miasto. Aissiri była wprawdzie migającą się od obowiązków nastolatką, ale przecież nie chciała być wytykana palcami jako dzikuska! Pojawiła się jednak inna możliwość, aby dać ujścia rozpierającym emocjom. Uliczka, w którą wbiegła, kończyła się schodami. Rozpędzona tsaji dobiegła do nich i w pełnym biegu skoczyła, przelatując kilka metrów ponad głowami bardziej ułożonych mieszkańcami miasta. Wylądowawszy po kociemu na czterech „łapach” uśmiechnęła się dziko.

– Doberek! Oto jestem! – powstając i otrzepując się z pyłu zebranego po drodze, zawołała do trójki innych nastolatków podpierających ścianę pobliskiej kamienicy.

To właśnie tutaj tak pędziła. Do swoich kumpli. Cóż to była za kompania. Oto pofarbowana na różowo i bajecznie piękna elfka odziana w czarną suknię, każąca nazywać siebie po prostu Zin. Obok niej w obdartych ubraniach stał z założonymi na piersi rękami wyrośnięty oraz bardzo zielony ork Rogh. No i w końcu drugi zwieczoczłek, ale nie kotowaty tsaji, a przypominający wilka mardaq tylko chudy jak szczapa, a siwy jak osiadający wszędzie w Saratodze pył Foralkhi. Wszyscy oni stali z rozdziawionymi gębami, wpatrując się w przyjaciółkę, która nawet nie dyszała po takim galopie przez miasto.

– Aissiri i jej wielkie wejścia – zaśmiała się Zin, jako pierwsza ogarniając się oraz zamykając paszcze obu chłopakom.

– To co ciekawego dziś robimy? Może się „pouczymy”? – zapytała ze złośliwym uśmiechem kocica.

Pozostali wybuchli gromkim śmiechem, zwracającym na nich uwagę przechodniów.

– Wilczek ma dla nas coś znacznie ciekawszego – odezwał się Rogh, drapiąc się wielką dłonią po szerokim karku. – Prawda Foralkhi? – szturchnął wilka łokciem.

– Jasne! Za mną! – zakomenderował wesoło, udając dowódcę prowadzącego oddział wojska.

Mardaq, ruszył przed siebie, a oni pomaszerowali za nim w co raz głębsze i obskurniejsze zaułki Saratogi. Aissiri nie podobało się to zaśmiecone, ciemne miejsce. Takie środowisko lubią różne stwory oraz różne bandziory. Najgorsze jednak co na razie spotkali to szczury. Przerażona Zin piszczała wtedy głośniej od spłoszonych gryzoni i skończyła na rękach zakłopotanego Rogha.

– No wiesz Zin? To tylko zwykłe szczurki – zaśmiał się Foralkhi, łypiąc łobuzersko na różowowłosą.

– To paskudne potwory, mówię ci! – prychnęła gniewnie elfka, schodząc z rąk orka na ziemię. – Dzięki Rogh – cmoknęła zielonego w policzek.

Gdyby nie kolor skóry, wielkolud by się zapewne wtedy zarumienił.

– Jeśli skończyliście, to wam powiem, że już prawie jesteśmy – mardaq zaprosił ich do kolejnego wąskiego i mrocznego zaułka.

Nie widzieli stąd co znajduje się po drugiej stronie uliczki i musieli tam iść razem z Foralkhim. To co u końca drogi wyłoniło się z ciemności zdumiało ich do reszty. Tylko wilk cieszył się jak głupi.

– Patrzcie na to! – wskazał im na dziwną ścianę, która wieńczyła zaułek.

To nie był dobrze im znany sczerniały, ceglany mur, jakich pełno w Saratodze. Tą fasadę wykonano z drewnianych belek, bardzo starych i wielkich belek, a pośród nich widniały pojedyncze drzwi. Wszystko pomalowane ciemnozieloną farbą, w której wyryto wiele ozdobnych, roślinnych wzorów. Ta ściana wyglądała wręcz obco na tle ceglano-industrialnej Saratogi. Aissiri podobało się. Była wręcz zauroczona niezwykłą ścianą.

– Co to za miejsce? – spytała, zadzierając głowę, aby przyjrzeć się każdemu szczegółowi.

– Nie mam „zielonego” pojęcia – wzruszył ramionami Foralkhi. – Roznosiłem wczoraj gazety i przypadkiem tu trafiłem. Pomyślałem, że będzie fajnie zerknąć co jest w środku, ale nie chciałem pakować się tam samemu. To kto na ochotnika?  – zapytał i zaczął się ciekawie rozglądać po towarzyszach.

– A co jeśli tam są szczury? – Jęknęła Zin, cofając się. – Poza tym to wygląda podejrzanie. Nie, ja nie wchodzę pierwsza. Rogh? – zwróciła się do orka.

– Ja chcę wpierw wiedzieć, czemu chudy nie wchodzi pierwszy? – zielony spojrzał podejrzliwie na mardaqa.

– No bo ja to miejsce znalazłem, ale radość bycia odkrywcą zostawiam wam – Foralkhi rozłożył ręce niczym dobroduszny kapłan.

– W porządku, ja wejdę – rzekła nagle Aissiri, od razu podchodząc do masywnych, dębowych drzwi, w których wyżłobiono wielką spiralą.

– Jesteś tego pewna? – złapała ją za rękę Zin.

Tsaji łagodnie się wyswobodziła.

– A co mi może się stać? – odparła zawadiacko elfce, po czym nacisnęła klamkę.

Drzwi uchyliły się, ale ze środka biła nieprzenikniona ciemność. Aissiri straciła poprzednią pewność siebie. Spojrzała na przyjaciół, ale ci czekali niecierpliwie co się stanie. Przełknąwszy ślinę, dziewczyna przekroczyła próg. To było najdziwniejsze przejście przez próg w jej życiu. Nagle poczuła jak coś ją porywa, świat zawirował, zrobiło się jej niedobrze i gdy wszystko ustało omal nie puściła pawia w krzaki. Zaraz? – zdumiała się z szeroko otwartymi, brązowymi oczami. – Skąd tu krzaki, tu nie ma nigdzie w okolicy parku! – zaczęła się rozglądać i z wrażenia aż osunęła się na ziemię. To nie był koniec zaskoczeń. Za sobą poczuła… pień olbrzymiego drzewa z wyrzeźbionymi drzwiami podobnymi do tych, przez które przeszła w zaułku Saratogi. Teraz nie mogła znajdować się w mieście. Otaczało ją coś w rodzaju dzikiego ogrodu pełnego roślin i intensywnej zieleni. Czułe, zwierzoczłecze nozdrza uderzał ogrom zapachów, a szpiczaste uszy łowiły cały koncert odgłosów. Śpiew ptaków, dreptanie gryzoni, dostojne kroki oraz ryki jeleni.

– Bogowie! Co to za miejsce! – szepnęła pełna trwogi.

Zerwała się czym prędzej z trawy i zaczęła szarpać za klamkę, chcąc wrócić do swojego szarego, brudnego świata, ale drzwi nie chciały się otworzyć.

– Cholera! Co to ma być? – krzyknęła, kopiąc w drzwi, ale te pozostały zamknięte, za to ona syknęła z bólu.

Obróciła się w stronę tego obcego, zielonego miejsca. Bała się, ale nie miała wyjścia. Zacisnąwszy pięści, ruszyła przed siebie. Z każdym kolejnym krokiem co raz bardziej czuła się, jakby wchodziła w inny świat. Jednak… Aissiri zrozumiała, że jej strach zanika i zaczynało jej się wręcz tutaj podobać. To miejsce przemawiało szeptem wprost do dzikiej części natury dziewczyny. Oparcie się instynktom stawało się co raz trudniejsze, ale przecież to raczej nie jest Saratoga, więc wcale nie musi się im opierać. Zanim się obejrzała, biegała po tym olbrzymim „parku” na czterech kończynach, niczym bardzo dawni przodkowie tsaji, a nawet ścigała z radością gryzonie oraz ptaki. Ogarnęło ją uczucie dzikiej, nieskrępowanej wolności od wszystkiego co ograniczało mieszkańców miasta. Gdy się już wyganiała, podeszła do jednej z jabłonek i zerwała z gałęzi dorodne, czerwone jabłko. Usiadłszy pod drzewem, ugryzła owoc, po czym rozpłynęła się w jego słodyczy.

– Co to za miejsce? – zapytała tęsknie i tym razem została wysłuchana.

– To tylko mój skromny ogród – odpowiedział łagodny głos.

Aissiri natychmiast powstała i z zawstydzoną miną schowała nadgryzione jabłko za siebie. Przed sobą miała istotę, przy której nawet uroda Zin bladła. Nieznajoma była wysoka, jej nieskazitelna zielonkawa skóra przywodziła na myśl rośliny, zaś z głowy dosłownie wyrastały liściaste gałęzie. Suknia istoty wyglądała jak zrobiona z mchu z wplecionymi kwiatami, a mimo to była piękna.

– Witaj Aissiri. Jestem Allium, skromna służka bogini Nammaletine – przedstawiła się istota.

Tsaji padła na kolana, bo zrozumiała kogo ma przed sobą.

– Wybacz zielony duchu, służko pani natury, nie chciałam… tylko przeszłam przez drzwi… nie chciałam nic zrobić zwierzakom… tylko czułam się tak wolna i w ogóle… i to jabłko… odkupię… naprawdę… – dukała przerażona, że duch natury jej coś zrobi za to wtargnięcie.

Allium wcale się jednak nie zagniewała. Uspokajająco dotknęła ramienia dziewczyny swą delikatną dłonią.

–  Nie zrobiłaś nic złego, Assiri – rzekła do niej. – Jesteś moim gościem.

– Gościem? – tsaji spojrzała na nią nieprzekonana.

– Nie rób takiej miny, moja droga. Skorzystałaś z zaproszenia i widzę, że nie żałujesz – Allium uśmiechnęła się.

Aissiri zamyśliła się i musiała jej przyznać rację. Nastolatce naprawdę się tutaj podobało. To miejsce przyciągało ją oraz wzbudzało u niej takie uczucia, jakich nigdy wcześniej nie doświadczała.

– Tu jest… inaczej niż w Saratodze – rzekła, smutnie zwieszając głowę.

– Moja ty biedna istota zakuta w okowy szarego miasta – Allium objęła tsaji. – Wiedz, że zielona ściana miała przyciągnąć tu takie osoby jak ty, potrzebujące zaznać spokoju natury i poznać jej uroki.

– Teraz nie będę chciała stąd odejść – szepnęła Aissiri. – Jak będę mogła wrócić do życia w Saratodze?

– Niestety nie możesz zostać, bo to nie miejsce dla materialnych istot. Mogę was wpuszczać tylko na chwilę, ale mam nadzieję, że teraz będziesz poszukiwać bliskości natury i mówić innym o tym jak ważna jest ona dla istnienia waszego świata. Natura oraz cywilizacja mogą się pogodzić. Moja pani nie żąda od śmiertelnych odrzucenia swych osiągnięć, ale chciałaby byście używali ich z głową. Służ Nammaletine, a obiecuję ci, że jeszcze będziesz mogła tutaj powrócić – Allium obdarzyła swego gościa ciepłym uśmiechem.

Aissiri kiwnęła ze zrozumieniem głową i uściskała ducha natury. Pani ogrodu odprowadziła tsaji aż do przejścia w olbrzymim pniu. Drzwi samoistnie rozwarły się na polecenie istoty.

– Idź już, moja droga. Twoi przyjaciele zaczynają się martwić – Allium pchnęła swego gościa delikatnie ku drzwiom.

Tsaji wkroczyła portal i po ponownym, wstrząsającym przejściu przez „pustkę”, wróciła do szarej, smutnej przestrzeni miejskiej Saratogi. Foralkhi pierwszy ją spostrzegł i dał znać innym. Zmartwieni przyjaciele otoczyli Aissiri, pytając jeden przez drugiego co się stało. Ona z łagodnym uśmiechem na ustach, uciszyła ich gestem dłoni.

– Dowiedziałam się, że są miejsca przyjemniejsze dla takich chcących swobody istot jak ja – odparła tajemniczym tonem, oglądając się na ścianę zaułku, ale po przejściu do ogrodu Allium nie pozostał żaden ślad.

Wróciła nierzucająca się w oczy, ceglana ściana. Mardaq też to zauważył.

– A to ciekawe… – mruknął. – Co tam było po drugiej stronie?

– To było jednorazowe przejście dla kogoś kto potrzebował kontaktu z zielenią, że tak powiem, wilczku – uśmiechnęła się do niego Aissiri.

– Brakuje ci kontaktu z zielenią? To ja ci nie starczam? – zaśmiał się Rogh.

Inni do niego dołączyli w wybuchu radości.

– Dobra zbieram się – rzekła nagle tsaji, gdy ochota do śmiechu z tego żartu przeminęła.

– Ale dokąd? – zapytała zaskoczona Zin. – Jeszcze nie zrobiliśmy nic fajnego! – zauważyła.

– Cóż, tamto miejsce za drzwiami dało mi sporo do myślenia, Zin – wyjaśniła im Aissiri. – Muszę to sobie teraz nieco poukładać. No to pa. Widzimy się jutro – pomachała im na pożegnanie.

Potem ruszyła przed siebie ulicami Saratogi. Oczywiście biegiem.

 

By Astrades

Reklamy

12 uwag do wpisu “Zielone Drzwi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s