Fantastyczne filmy 2 – Amerykański Notatnik Śmierci

A zrobię dzisiaj małe combo wpisowe, póki jestem jeszcze w miarę świeżo po tym filmie, a jako że to urban fantasy to pasuje do tematyki bloga:

Oto jest ona, amerykańska adaptacja anime/mangi tak sławnych, że słyszało o tym nawet wiele osób nie interesujących się dziełami japońskich animatorów i mangaków. Biorąc pod uwagę, że rzadko zachodnie adaptacje anime/mang wychodzą pozytywnie pomyślałem, że warto by zobaczyć jak tym razem sobie poradzili. Cóż, Notatnik Śmierci w oryginale oglądałem i film na jego postawie nie okazał się tragedią, ale i nie miałem czym się zachwycać. Rzekłbym, że netflixowa wersja zawieszona jest w limbo między dobrym kinem, a złym.

Fabuła pewnie większości czytelników będzie znana, ale przypomnę ja pokrótce. Główny bohater, tutaj Light Turner, znajduje tajemniczy Notatnik Śmierci, przedmiot należący do Ryuuka, boga śmierci. Zapisanie tam czyjegoś imienia powoduje śmierć tej osoby. Light postanawia Notatnika użyć w dobrej wierze, mordując przestępców, stając się w opinii publicznej personą znaną jako Kira. Działania bohatera ściągają na niego uwagę nie tylko rozmaitych służb, ale i genialnego detektywa o pseudonimie L. Panowie zaczynają toczyć między sobą rozgrywkę, która prowadzi do nieuchronnej konfrontacji. Oto skrót. Anime świetnie wykorzystało ten koncept, kreując ciekawą historię. Jak jest z filmem? Pod względem prowadzenia historii jest w miarę ok. Film trzyma uwagę i ma się wrażenie pełnej historii, a nie kompresji wydarzeń znacznie obszerniejszego oryginału. Jest kilka fajnych scen oraz montaż morderczego działania Kiry, który staje się w oczach części społeczeństwa wręcz bogiem. Gorzej, że niekoniecznie film jako całość wywołuje silne emocje, więc parę razy ziewnąłem, a główni bohaterowie są dość irytujący. Pod względem wizualnym jest też ok. Nie mam nic negatywnego do powiedzenia co do ujęć oraz mamy kilka widowiskowych zgonów przywodzących na myśl Oszukać Przeznaczenie. Muzyka jakoś nie zostaje w pamięci, poza paroma piosenkami, które pojawiają się ni z gruchy, niż pietruchy, moim zdaniem burząc klimat. Gdyby zapomnieć, że to film na podstawie znanej marki to… dalej byłby średni. Tak właśnie go oglądałem. Ale co jak porównamy go z oryginałem? Co adaptacja zmieniła i mi nie odpowiadało? To przeczytacie w następnym akapicie.

Anime wprawdzie oglądałem lata temu, ale moje wspomnienia są na tyle wyraźne, że mogłem porównywać sobie w głowie obie wersje. Zacznijmy od Lighta. W oryginale to genialny socjopata uważający się za lepszego reszty społeczeństwa, skazujący ludzi na śmierć bez mrugnięcia okiem i dążący po trupach do swego celu. W filmie… starali się z niego zrobić zwyklejszego nastolatka, takiego co ma skrupuły, a o tym że jest inteligentny to przed finałem informuje tylko jedna scena z początku, gdy bohater odrabia szkolnym kolego zadania domowe za pieniądze. Niestety dla mnie filmowy Light jest znacznie mniej interesujący, a czasami to zachowuje się jak baba. W pewnym momencie zaczyna wręcz żałować co rozpętał, zaś scena, w której pierwszy raz zobaczył Ryuuka była wręcz żenująca. Obok niego szczególnie dużą rolę gra Mia, jego dziewczyna, która ma właśnie te cechy charaktery, które miał także bohater oryginału, więc nie obchodzi ją, że odbiera życia i jest gotowa na wszystko. Innymi słowy scenarzyści ciachnęli bohatera anime na pół, robiąc z niego Lighta Turnera i Mię. Nieszczególnie przypadło mi to do gustu, bo Mia jest przedstawiona jako taka zimna zdzira, którą chciałoby się ukatrupić, a Light jako ciapciak. Nie podobał mi się też filmowy Ryuuk. W anime był obserwatorem komentującym poczynania bohatera i ciągle stał gdzieś z boku jak cień. W filmie próbowali z niego zrobić postać z horroru, zawsze pojawiającą się nagle i zawsze skrytą gdzieś w cieniu. Pozostał charakterystyczny motyw jedzenia przez niego jabłek, ale w filmie nie mówią czemu je tak uwielbia. Pod wzbogaconą komputerowo charakteryzacją, nawiasem mówiąc trochę za bardzo przypominającą metalowca-frankensteina, ledwie widać Daniela Dafoe co trochę zawodzi, ale głosem dobrze operuje. Podobał mi się za to ojciec Lighta, taki twardy glina, próbujący jednak być czuły dla syna. Dobrze zagrana rola. Zdecydowanie ze wszystkich postaci najbardziej podobał mi się L. Zupełnie nie przeszkadzało, że rolę dano czarnoskóremu aktorowi. L zachowywał się, jak L powinien się zachowywać, jak człowiek nieprzystosowany do życia w społeczeństwie, ale mimo tej przywary genialny. O tym jak fabuła obu dzieł ma się do siebie, nie będę dyskutował. Raz, że nie chcę spojlerować, dwa, adaptacje wręcz muszą dokonywać kondensacji obszerniejszego materiału i zmian w nim.

Cóżby rzec na koniec. Nie oglądałem filmu po to, aby zobaczyć jak Amerykanie znowu spitolili adaptację japońskiej marki. Wręcz starałem się nie myśleć o oryginale podczas seansu, bo choć nieodłączną przywarą adaptacji jest modyfikowanie materiału źródłowego to bardziej niż zmiany liczy się czy film jest dobry, czy nie. Ten film nie jest dobry, nie jest też tragiczny, jest średni. Można go zobaczyć, moim zdaniem nie gwałci Notatnika Śmierci, jak niektóre adaptacje potrafią robić z materiałem źródłowym. Mnie jednak nie zachwycił, a podobał się tylko miejscami.

Do zobaczenia

Astrades

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s