Bestie z Doliny Reksońskiej: Prolog

I oto jest, prolog obecnie pisanego przeze mnie opowiadania. Mam nadzieje, że będzie się go dobrze czytać i narobi ochoty na dalszą część tej historii. Zapraszam.

 

Bestie z Doliny Reksońskiej

 

Prolog

Zapadał już zmierzch, a przed nimi wciąż jeszcze długa droga do domów. Zbyt długa, aby czterej mężczyźni ubrani jak myśliwi mogli mieć nadzieję na dotarcie tam przed nastaniem nocy. Obleczone szkarłatem słońce co raz bardziej skrywało się za horyzontem na zachodzie, a gęsty, iglasty las pełen świerków oraz jodeł szybko ciemniej dookoła. Wkrótce bez światła prędzej będzie można sobie nogi połamać o korzenie, czy wystające kamienie niż maszerować. Ba, można będzie nawet stracić życie, bo w okolicy nie brakuje stromych zboczy oraz zdradzieckich szczelin. W takiej sytuacji Jenkins nie miał wyboru i oznajmił swoim trzem towarzyszom, że muszą założyć obóz.

– Zwariowałeś? – syknął mu za plecami Bord, człek chudy, żylasty, o wygolonej głowie. – Ostatnimi czasy to ta okolica nie sprzyja nocowaniu pod przysłowiową „chmurką”. Rozpleniło się to zielonoskóre tałatajstwo i wylazły skądś na dokładkę inne paskudztwa. Nie słyszałeś o znikających podróżnych i gospodarstwach, z których zostają tylko zrujnowane domy?

– Sam zwariowałeś Bord! – oburzył się inny z mężczyzn, bardziej od tamtego rosły i umięśniony o imieniu Wolti. – Wolisz maszerować po omacku, matole? Na pewno wyjdziemy wtedy bez szwanku. Szczególnie jak ktoś wleci w jakąś szczelinę, albo spadnie z urwiska! – dla lepszego zobrazowania zagrożenia, Wolti wydał z siebie dźwięk mając przypominać odgłos skręcanego karku.

Speszony Bord nic już na to nie odparł, więc Jenkins polecił towarzyszom rozglądać się za dogodnym na spoczynek miejscem. Nie było to takie proste w górzystym Serirze. Przemierzali nierówny teren poza ścieżką gęsto porośnięty roślinnością. Powoli zaczynały się budzić rozmaite nocne stworzenia, wydające co raz bardziej niepokojące odgłosy. Kończył się im czas. Jenkins myślał już, że będą musieli obozować byle gdzie, by zdążyli w ostatkach dziennego światła zebrać opał oraz rozpalić ogień, gdy zawołał do niego Morgden, ostatni z jego towarzyszy. Osobnik niski, krępy, z wielkim nochalem i imponującą, ognisto-rudą brodą. Słowem, krasnolud, choć wyjątkowo jak na ten gatunek utalentowany w cichym poruszaniu się po lesie oraz wypatrywaniu interesujących rzeczy. Taki to na pewno nie wychował się pod ziemią. Bystre oczy Morgdena znalazły niewielkie obniżenie terenu pozbawione wyższych zarośli, za to otoczone głazami chroniącymi od wiatru oraz nieprzyjaznych spojrzeń. Jenkins natychmiast nakazał zgromadzenie drewna, po czym sam zabrał się do roboty. Wkrótce pośrodku wgłębienia płonęło małe ognisku, przy którym zasiadła czwórka myśliwych. Wszyscy mieli barwione na zielono i brązowo ubrania, by nie rzucać się w oczy pośród gęstwiny, długie strzelby, by celnie razić zwierzynę oraz ostre noże, aby ją potem oprawiać. Nie polowali wszakże po to, aby się wyżywić. Pośród serirskich wzgórz w północno-wschodniej części kontynentu wciąż żyły licznie wilki, niedźwiedzie oraz rozmaite inne stworzenia, z których trofea można sprzedać po dobrej cenie na tysiąckroć bardziej ujarzmionym przez cywilizację południu. Teraz jednak nie wracali obładowaniu zdobyczą na handel. Mieli ledwie parę skór, rogów i pazurów oraz trwogę w sercu.

– Niezbyt się wzbogacimy na tej wyprawie – zauważył Bord, gdy z uporem żuł nieszczególnie smakowite suchary.

Nie mieli czego smażyć nad ogniem. Podczas marszu nie zatrzymywali się celem zdobycia mięsa na kolację.

– Lepiej być biednym i żywym – mruknął stanowczym tonem Morgden, wpatrując się w ciepły płomień.

– Otóż to – zgodził się z nim Wolti. – Od tygodni czuję, że jakoś co raz straszniej w tej części Seriru i od wyruszenia miałem złe przeczucia. Cholera, chyba wszyscy mieliśmy pełne gacie, kiedy znaleźliśmy te zmasakrowane niedźwiedzie. To nie było normalne – mężczyzna wyraźnie zadrżał.

Inni również się wzdrygnęli. To był porażający widok. Czegoś takiego nie zrobiłoby zwierzę ani myśliwy, jedynie coś nienaturalnego i okrutnie sadystycznego. Strach, który wtedy odczuli nie pozwolił im dalej polować na wzgórzach. Uciekli, a im byli dalej, tym bardziej odzyskiwali spokój. Szczególnie przy ognisku trwoga ich opuszczała. Ogień dawał ciepło, odganiał mrok i trzymał większość stworzeń na dystansie. Z drugiej strony po okolicy kręciły się takie dwumetrowe stwory z toporami lub maczugami, które chętnie idą w stronę światła, aby zabić wszystkich kogo spotkają przy nim, a potem obrabować ich obóz. Sądzili, że to przez nich musieli przerwać wyprawę i wracać. Przez tych parszywych orków. To dzikie oraz okrutne stworzenia. Oni byliby wstanie tak załatwić niedźwiedzia w imię jakichś barbarzyńskich, krwawych rytuałów. Tak przynajmniej wierzyła czwórka myśliwych.

– Ktoś ma w ogóle pomysł czemu ci zielonoskórzy złażą ze swych wzgórz i lezą na południe? – spytał Jenkins.

– Powiadają iż jakoweś groźne bestie zalęgły się w okolicy, których nawet orkowie się lękają – odpowiedział mu Wolti, który czyścił teraz pieczołowicie swoją broń. Odkąd usiedli, nie rozstawał się ze swoją strzelbą. – Ponoć kręcą się wokół Doliny Reksońskiej i napadanie na nią szczególnie sobie upodobały. Ale co to by musiało być, aby przestraszyć orka?

Wszyscy zamyślili się nad tym pytaniem, ale nikt nie potrafił znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Na kontynencie nie pozostało zbyt wiele stworzeń, które przerażałby dzikich, orkowych wojowników, atakujących nawet duże miasta i garnizony wojskowe, mimo stałych braków w zapasach nowoczesnej broni palnej, czy pancernej. Jakby na przekór tych rozważaniom gdzieś w dali odezwało się wycie niby wilcze, a jednak coś w nim nie pasowało. Było bardziej złowrogie, przejmujące dreszczem i niepokojem. Znajomym niepokojem. Takim jaki poczuli na widok krwawych szczątków niedźwiedzi. Trwoga powróciła mimo ciepłego płomienia.

– Co to było? – spytał Bord, wzdrygając się. – Nigdy nie słyszałem takiego wycia.

– Może to właśnie to, czego obawiają się orkowie – zasugerował Jenkins, spoglądając na Woltiego ładującego naboje.

– Nie łudźmy się, to nie będzie spokojna noc – stwierdził Morgdin, robiąc to samo.

Inni zgodzili się z nim i wspólnie zdecydowali się, że należy trzymać warty oraz podtrzymywać płomień. Na Borda wypadło iż zrobi to jako pierwszy. Przyjął los z niezadowoleniem, ale Jenkins wiedział, że chudzielec nie zawiedzie. Mimo wszystko Bordowi zależało na towarzyszach. Ale inni również nie spali. Zdjęci niepokojem, tylko leżeli w posłaniach, nasłuchując dziwnego wycia. Jenkins modlił się przy tym do Elzarusa, pana światła o rychły świt. W końcu przyszła jego pora warty, a on nawet nie zmrużył oczu.

– Nareszcie – rzekł z ulgą Bord, gdy Jenkins przybył go zmienić. – Pójdę się wreszcie odlać – dodał, odchodząc śpiesznie w stronę najbliższych krzaków.

Myśliwy usiadł na jego miejscu i czuwał. Czas mijał, a Jednkins zdał sobie sprawę, że Bord już zbyt długo nie wraca. Zaalarmowany tym, sięgnął po własną strzelbę i zawołał do pozostałych, aby wstawali. Towarzysze natychmiast zerwali się z posłań z bronią w ręku. Zaczęli przyglądać się otaczającym ich obóz lasom, gotowi do natychmiastowej reakcji na jakikolwiek atak. Chwilę później rozległy się w nieodległej gęstwinie strzały, po czym usłyszeli pełne przerażenia krzyki Borda.

– Co u diabła? – syknął Jenkins, obracając się w tamtym kierunku.

Wtedy coś poruszyło się w krzakach, w które Bord poszedł za potrzebą. Pozostali mężczyźni wycelowali w nie strzelby, pełni napięcia. Gdyby nie spostrzegawczość Morgdina, który w porę krzyknął by nie strzelali, nafaszerowaliby ołowiem biednego, bladego jak ściana Borda. Chudzielec wypadł stamtąd jak pocisk i zwalił się na ziemię. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Ubranie całe miał podarte, zgubił gdzieś strzelbę, a z wielu zadrapań ciekła krew. Najgorzej przedstawiały się plecy, które wyglądały, jakby coś przeorało po nich bardzo ostrymi pazurami. Ich rozstaw nie kojarzył się Jenkinsowi z żadnym znanym mu zwierzęciem.

– Bord! Na wszystkich bogów, co ci się stało? – zawołał Jenkins.

Wraz z Woltim podbiegli i podnieśli mężczyznę z ziemi.

– Zamknij się Jenkins! Musimy uciekać! Natychmiast! Tam są potwory! Wielkie, cholerne potwory! – krzyczał mężczyzna, wyrywając się im, w szoku zupełnie nie zważając na swoje obrażenia. – Idą tutaj! Kurwa, idą!

– Bord! – Jenkins go złapał za ramiona i potrząsnął nim solidnie. – CO SIĘ STAŁO?!

Myśliwy trochę się opanował po tej terapii.

– K-kurwa, J-j-jenkins nie ma na to cz-czasu! P-p-polazłem się odlać, u-usłyszałem jakiś hałas i poszedłem to s-s-sprawdzić. Wtedy zobaczyłem m-m-martwego jelenia, s-s-słyszysz Jenkins? MARTWEGO! I ż-żarły go jakieś w-wielkie b-bestie. Rz-rz-rz-rzuciły się na mnie, gdy tylko mnie z-zobaczyły. Ot t-t-tak, bez ostrzeżenia. Ledwie się w-wyrwałem. I zaraz do c-ciężkiej cholery dobiorą się do nas wszystkich!

Wtedy zagadkowe wycie ozwało się znacznie głośniej, tuż obok obozu i zobaczyli duże, mroczne kształty poruszające się na granicy kręgu światła rzucanego przez ogień. Bord znowu zaczął się trząść jak galareta. Zupełnie stracił panowanie nad sobą. Wyrwał z kabury przy pasie rewolwer po czym strzelił w ciemność w jeden z kształtów. W odpowiedzi to coś ryknęło wściekle. Nagle jeden z kształtów równie szybko co pocisk wylatujący z lufy wypadł z ciemności wprost na Borda. Wielkie bydle o czarnym, gęstym futrze, potężnych mięśniach, długich pazurach i potwornej paszczy pełnej ostrych zębów, które odgryzły mężczyźnie twarz jakby jego głowa to był dojrzały owoc. Potem stwór spojrzał na pozostałych swymi szmaragdowymi ślipiami żądnymi krwi. Porażeni szybkością ataku i aurą strachu rozsiewaną przez potwory, trzej myśliwi wypalili dopiero po chwili, powalając stwora ogniem ze strzelb, ale dla Borda było już za późno. Z głowy chudzielca została krwawa miazga. Potwór jednak nie umarł, mimo że pociski przebiły go na wylot. Wciąż się ruszał i warczał wściekle wzywając swoich kamratów. W krąg światła wkroczyły dwie kolejne bestie, niby wielkie, pokraczne ogary.

– Święci bogowie, co to do cholery jest? – jęknął Wolti.

Jego i Jenkinsa również zaczynała ogarniać panika. Tylko Morgden wydawał się w miarę opanowany.

– A jakie to kurwa ma teraz znaczenie! W nogi! – krzyknął krasnolud i ruszyli biegiem do lasu.

Stwory jakby specjalnie zaczekały aż ich ofiary się oddalą nim ruszyły w pogoń, żeby uczynić sobie z pogoni tym większą przyjemność. Mimo rozmiarów oraz pokracznej postury posiadały zdumiewającą szybkość. Instynkt od razu szepnął trzem mężczyznom do ucha, aby pozbawić ich złudzeń: „Nie uciekniecie”. Wolti, który już balansował na granicy wytrzymałości psychicznej, nie wytrzymał. Z bojowym okrzykiem zatrzymał się i strzelił jednej z goniących ich bestii w nogę. Stwór upadł ciężko. Jenkins oraz Morgden również wypalili, celując w kończyny drugiego, po czym pobiegli dalej, zostawiając z ciężkimi sercami ogarniętego szałem towarzysza. Wolti bowiem się nie wycofał. Stał w miejscu i strzelał wciąż do potwora, który podnosił się, niezależnie od ilości przyjętego ołowiu. Tymczasem druga bestia również wstała, a po ranie na nodze został ledwie widoczny, krwawy ślad. Mężczyzna tymczasem dotknął dłonią pustego dna ładownicy. To ostatnie co zrobił za życia. Gdy las rozdarł krzyk umierającego Woltiego, pozostali dwaj myśliwi biegli po omacku przez las, potykając się o korzenie i kamienie oraz wpadając na pnie, a w końcu rozdzielili się bezwiednie. Chwilę później Jenkins usłyszał, że coś się osuwa. Zrozumiał, że dotarli nad skraj przepaści, zaś krasnolud musiał spaść w ciemną otchłań. Przerażony i osamotniony Jenkins odskoczył od grani, po czym oparł się plecami o pień wielkiego drzewa. Czekał z szybko bijącym sercem oraz bronią w pogotowiu na nieuniknione.

Wkrótce przybyły bestie. Krążyły wokół drzewa, węsząc, napawając się strachem swojej ofiary. W końcu jedna z nich wstała i stanęła na dwóch tylnych łapach niby dziwaczny humanoid, góra potężnych mięśni duża wyższa od Jenkinsa, która przysłaniała wątłe światło księżyca. To był ten czarny diabeł, który zabił Borda. Jenkins w desperacji wypalił potworowi prosto w pierś z obu rur swojej strzelby. Bestia się zachwiała, ale nie upadła. Z jej pysku wydobył się odgłos podobny do śmiechu, a rany zasklepiały się na oczach Jenkinsa. Jednym ciosem łapy stwór wyrwał Jenkinsowi broń z rąk, po czym schwycił go w żelazne łapska. Błysnęły zęby, a nocą wstrząsnął jeszcze jeden krzyk.

By Galliusz

Następny rozdział

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s