Fantastyczne książki 2: Narodziny Smoków

Witam, witam raz ponownie. Dziś kolejny Rzut Okiem, ale dopiero co skończyłem tą książkę i chciałem się zabrać za pisanie póki jestem na świeżo 😉

Jeśli ktoś śledzi mój blog, zobaczy, że to jeden z moich dwóch pyrkonowych, książkowych nabytków. Ale do rzeczy. To moje pierwsze spotkanie z serią Anne McCaffrey o nazwie „Jeźdźcy Smoków z Pern”, która została zapoczątkowana w odległym 1968 roku. Właściwie nie wiedziałem o jej istnieniu do czasu, gdy parę lat temu w internecie pojawił się news, jakoby Warner Bros. zamierzało serię zekranizować jako swój nowy cykl filmowy. Cóż, nie jestem takim maniakiem fantastyki by wiedzieć o istnieniu wszystkich długich i zasłużonych serii, ale dzięki temu mogę się mile zaskakiwać. Niemniej bez tego newsa i mojego nastawienia na smoki na Pyrkonie pewnie nadal bym się z „Jeźdźcami” nie zapoznał oraz żył w błogiej nieświadomości, że to seria typowego fantasy. Nic bardziej mylnego, to prawdziwe science-fiction. Oczywiście nie wiem jak stosunek „science” do „fiction” wyglądał w początkach cyklu, bowiem „Narodziny Smoków” to jedna ze środkowych książek, ale z radością się kiedyś o tym przekonam.

A zatem, zakupione przeze mnie wydanie jest małe, wygodne, w miękkiej oprawie i wita ładnym dla oka wizerunkiem smoka z trzema osobami ubranymi na średniowieczną modę na grzbiecie oraz zamkiem w tle. Jest to dość mylące, bo to nie jest nikt z „obsady” książki, a nawet opis z tyłu okładki informuje o tym, że to powieść science-fiction. Nie wiem jak to wygląda w oryginale, ale język tłumaczenia bardzo mi odpowiadał, choć nie są to wyżyny kwiecistości. Jest wystarczająco lekki, by nie nużył i dawał przyjemność z czytania oraz dość plastyczny, by pozwolił sobie wszystko co opisane ładnie wyobrazić. Wszelkie pojęcia, urządzenia, czy zjawiska, które pojawiają się w powieści są w wystarczającym stopniu wytłumaczone i nie miałem uczucia, że nie rozumiem działania tego uniwersum. Także każda z ważniejszych postaci dostaje dość czasu, aby dało się odczuć jej rozwój. W tekście znalazłem dość baboli, że rzuciły mi się w oczy, ale nie są one duże. Ot brakująca litera, czy znak interpunkcyjny. Nic strasznego.

Jeśli idzie o fabułę, której  postaram się nie zdradzać bardziej niż opis z okładki, jest ona zaprawdę godziwa. Mamy więc wyprawę kolonizacyjną ludzi, pragnących się wyrwać ze zbiurokratyzowanego społeczeństwa tworu zwanego Federacją Planet Rozumnych i wybrali oni leżącą na uboczu planetę Pern jako swój nowy dom, z dala od zainteresowań kosmicznych cywilizacji. Podczas lektury dostajemy trochę informacji o tym jak wygląda kosmiczna przyszłość ludzkości w tym uniwersum, ale książka nie skupia się na rozbudowie tego aspektu. Nie przeszkadzało mi to, biorąc pod uwagę, że cykl jest poświęcony jednej planecie, a nie całemu kosmosowi i jego polityce. Da się również odczuć krytykę biurokracji w opisie interesowności oraz zawiłości prawnych Federacji. Ludzie pochodzą z naszej Ziemi oraz jej kolonii, więc mamy tu dużo „swojskich” nazw i imion,  a załoga statków kolonizacyjnych składa się z rozmaitych grup etnicznych.

Pierwsza część powieści skupia się na końcowym etapie podróży kolonistów na Pern, ich lądowaniu, budowaniu pierwszej osady oraz badaniu planety. Nie ma tu zbyt wiele akcji. Wszystko idzie spokojnie, bez problemów, a my poznajemy poszczególnych bohaterów w tym paru późniejszych mącicieli, ich role sprzed wstąpienia na statki oraz obecne w procesie kolonizacji. Szczerze mówiąc opisy tych wszystkich działań może nie są niesamowicie wciągające, ale dobrze się to czyta. Poczułem w tym trochę klimat „Przygód Robinsona Crusoe”, gdy bohaterowie wszystko sobie budują od zera, jak na pionierów przystało. Wprawdzie z tego co ze sobą przywieźli, ale nadal jest to zasiedlanie bezludnej wcześniej ziemi z perspektywą, że zasoby z Ziemi kiedyś się skończą. Szczerze mówiąc w powieści imion oraz nazwisk jest na pęczki, a narracja nie skupia się na jednej, czy dwóch osobach, ale pokazuje punkt widzenia z perspektywy całego zestawu ludzi. Jest jednak kilka głównych postaci, jak admirał Benden, czy młodzi Sorka i Sean, którzy dostają znacznie więcej miejsca od innych, ale mimo wszystko, jak na wielkość powieści, przedstawiono sporo punktów widzenia. To jest też poniekąd problem. Autorka nadaje imiona i nazwiska większości postaci przewijających się przez tekst, nawet jeśli są uczestnikami jednej sceny, a właściwie jej tła. Łatwo pamiętać kim są główne postacie, ale gdy po wielu stronach nieobecności pojawia się ktoś opisany na początku książki wtedy jest problem przypomnieć go sobie w tłoku osób. Niemniej dostatecznie wielu z nich dostaje na tyle miejsca w tekście, by pokazać jaki mają charakter, bym nie miał odczucia, że poza głównymi bohaterami są tylko klony z różnymi nazwiskami. W tej części powieści poznajemy także jaszczurki, które staną się tym, co głosi tytuł okładki. Urocze, ładnie opisane stworzonka. Poznawanie ich przez ludzi również tutaj śledzimy.

Druga część powieści przenosi czytelnika kilka lat w przód, gdy kolonia dobrze prosperuje, ludzie się rozproszyli po kontynencie, a jaszczurki stały się normalnym widokiem dla kolonistów. Wtedy to atakują wzmiankowane w opisie Nici, zbierając krwawe żniwo. Nie napiszę czym Nici, by nie zdradzać tego tym co nie czytali książki. Grunt, że to wróg, który zagraża całej społeczności. Autorka nie zarzuca tutaj brutalnymi opisami typu „gore”, ale robi to na tyle zgrabnie, by nie czuć zażenowania przesadną brutalnością, a raczej napięcie i zastanawiać się wraz bohaterami czym Nici są oraz ile szkód przyniosą kolonii oraz ludziom. W dodatku mąciciele zaczynają mącić na szkodę wszystkim, a śmierć nie omija bohaterów, którzy otrzymali swoją chwilę narracji. W tej części genetycy kolonii zabierają się robić to, by książka mogła nosić tytuł „Narodziny Smoków”. Zdecydowanie tą część czytałem z największym zainteresowaniem i wypiekami na twarzy.

Trzecia część to powrót do spokojniejszego tonu. Smoki rosną i czekają na okazję, by pokazać do czego są zdolne i dać początek „Jeźdźcom Smoków”. Ludzie przyzwyczają się do ataków Nici oraz akceptują to, że przyjdzie im porzucić styl życia przywieziony z Ziemi. Nadal jest to ciekawy element powieści, prezentujący właściwe smoki i ma swoje momenty, ale zdecydowanie najgorzej mi się go czytało ze wszystkich trzech wydzielonych w „Narodzinach Smoków” części. Nie ma też w zakończeniu opisu, który pokazałby co się działo później, ale to też nie problem, skoro to tom cyklu, gdzie inne książki dzieją się właśnie „później”.

Reasumując, uważam „Narodziny Smoków” za bardzo przyjemną powieść z gatunku lżejszego sci-fi. Piszę „lżejszego”, bowiem nie ma tutaj jakichś niesamowitych technologii i pojęć, które zwykły człowiek miałby problem sobie zwizualizować w głowie. Technikę tutaj można łatwo uznać za ewolucję tego, co znamy z naszego świata. Dostałem grupę wielu zróżnicowanych postaci, które nie są może wybitnie napisane, ale można poczuć do nich sympatię i większość coś wnosi do fabuły. Z przyjemnością czytałem o powstawania kolonii, czułem dramaturgię sytuacji, gdy zaatakowały Nici oraz trochę oklapłem na finiszu. Niemniej gorąco polecam jak ktoś jeszcze „Jeźdźców” nie zna. Gdybym ja znał wcześniejsze części, pewnie uznałbym „Narodziny Smoków” za dobry tekst rozbudowujący podwaliny uniwersum, ale że to moje pierwsze spotkanie z cyklem, zdradzę wam, że mam ochotę na więcej i zamierzam jeszcze „Jeźdźców poczytać.

 

Do zobaczenia,

Astrades

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s