Fantastyczne filmy 1: Frankenstein z 1931

Witajcie ponownie. Jestem już po praktykach (właściwie to prawie), ale jeszcze przed sesją, więc pewnie nie dam rady się skupić na napisaniu jakiegoś opowiadania. Z drugiej strony nie chcę zostawiać znowu bloga na cały miesiąc nieużytkowanego, więc oto zamieszczam drugi „Rzut Okiem”, który trochę problemu mi sprawił, ale o tym za chwilę.

Jak można wnioskować po zamieszczonym obrazku, obejrzałem sobie legendarnego Frankensteina z 1931 roku. Tak jak w przypadku Królewskich Dzieci, odbyło się to zupełnie spontanicznie. Ot, zerknąłem sobie na youtubie na recenzję najnowszej odsłony Mumii. Fakt, że owy film jest rugany ze wszystkich stron nie jest tu istotny. Ważniejsze, że ma być on wstępem do filmowego uniwersum Universalu, które postanowiło wskrzesić swoje filmy o potworach z I połowy XX w. Recenzent je polecał i cóż, dałem się namówić, a mój wybór padł na Frankensteina.

Śmieszna sprawa, że prawdopodobnie jest to pierwszy film o potworze stworzonym przez pewnego doktora, który obejrzałem w całości. Tak samo mogę napisać, że jest to jeden z najstarszych filmów oraz pierwszy film z zamierzchłej przeszłości Universalu jakie zdecydowałem się oglądać. Książki Mary Shelley również nie czytałem, ale to jedna z tych historii, do których kultura tak często się odnosi, że i tak zna się podstawowe założenia.

Przejdę więc do sedna. Mamy więc godzinny film sprzed ponad 80 lat o tym jak nadambitny Henry Frankenstein chce dorównać Bogu i stworzyć własne życie. Uważam, że rozpisywanie się o fabule nie ma większego sensu. Jak wspominałem, każdy raczej wie o co w tym chodzi. Istotniejsze jest pytanie, jak się film trzyma po tylu dekadach? Rzekłbym…

Tak sobie. I właśnie przez to nie potrafię za wiele powiedzieć, ale za długo już nad tym siedzę, by porzucić ten tekst.

Nie jestem maniakiem retro, więc troszkę się męczyłem, ale znowu nie tak bardzo. Mniej więcej wiem, czego się spodziewać przy tak starych filmach. Wygląda to zupełnie inaczej niż we współczesnej kinematografii. Inny sposób konstrukcji fabuły, kręcenia scen, robienia efektów. Cóż, to jak obcowanie z przeszłością, która już nie wróci. Kreacje Colina Clive’a jako Frankensteina i Borisa Karloffa jako Monstrum są legendarne, mocno ugruntowane w popkulturze, a tutaj mogłem zobaczyć korzenie wizerunku obu tych postaci. Wciąż są to dobre kreacje, zaś fraza „It’s alive!” powiedziane pełnym podekscytowania i szaleństwa głosem Clive’a nadal robi wrażenie. Film jako całość jest powolny oraz spokojny, wręcz teatralny z mnóstwem scen mówionych, w których liczą się zdolności ekspresyjne aktorów. Clive jak dla mnie tutaj wygrywa. Karloff… cóż, gra ożywionego trupa i tak też się rusza, ale jest w tym kapitalny. Trochę akcji też jest, również teatralnej, ale trudno się dziwić. Wtedy nie dało się jeszcze robić efekciarstwa podczas postprodukcji. Co do innych postaci, na pewno rzuca się w oczy garbaty pomocnik Frankensteina, taki pierwowzór sługusów szaleńców oraz ojciec Henrego, którego sposób bycia jest źródłem paru scen humorystycznych w filmie. Inne osoby również się pojawiają, ale nie zapadają w pamięć. Większość scen Frankensteina nagrana jest w studiu, ale scenografia wciąż daje radę. Laboratorium wygląda tak, jak można by sobie wyobrazić laboratorium szaleńca z lat 30-tych. Ciemne, brudne, pełne urządzeń elektrycznych oraz fiolek. Cała reszta miejsc siłą rzeczy również wygląda jak z lat 30-tych. No nie ma tu imponujących widoków.

Są stare filmy, które wciąż robią na mnie wrażenie, ale Frankenstein niestety nie należy do nich. Owszem, parę razy udało mu się zagrać na moich emocjach, ale jak wspominałem, często pojawiało się u mnie znużenie. Z drugiej strony zabawnie jest wracać do fantastyki z dawnych czasów, kiedy ożywianie zwłok za pomocą nauki było czystym science-fiction. Mimo wszystko pytanie o to, dokąd może się posunąć nauka wciąż nie ma odpowiedzi, a to co może odczuwać, czy myśleć pozszywany z kilku ożywionych trupów stwór zastanawiać.

Słowo na koniec: film można zobaczyć, bo klasykę warto znać. To historia kinematografii i poniekąd również fantastyki. Nie żałuję poświęcenia tej godziny na Frankensteina z 1931. Jednak z uwagi na jego wiek oraz sposób przedstawienia historii, dla mnie okazał się trochę męczący.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s