Mała przygoda smoka Phyrenoxa, część 3

***

Daleki Ojnon wcale nie należał do małych wysp. Smocze terytoria właściwie nie pokrywały całości jego lądu. Ruiny znajdowały się po drugiej stronie lądu, więc zastało ich późne popołudnie, Phyrenox dawno zostawił za sobą swoje terytorium, a mimo to dalej musiał przebierać skrzydłami. Całe szczęście lecimy na wschód, nie na zachód przez tereny Ventrontarha – Pomyślał czerwony smok, ale nadal musiał uważać. Po drodze znajdowały się wszakże terytoria innych gadów, które mogły zaatakować chcąc bronić swych ziem przed intruzami. Zwykle udawało mu się przemykać niepostrzeżenie, ale co najmniej dwa smoki spostrzegły jego przelot i ruszyły ku niemu, plując wściekle ogniem. Pamiętając, że ma bagaż na grzbiecie oraz cel do osiągnięcia, Phyrenox tylko się im odgryzał własnym płomieniem. W takiej sytuacji smok unikając pocisków, zwiększał szybko i manewrując między wzniesieniami, próbował zgubić pogoń. Zależało im tylko na ochronie terytoriów, więc nie prowadzili dalekich pościgów.

W końcu, po wielu godzinach oraz tych drobnych przygodach, dotarli na miejsce. Przy skraju lewitującej wyspy, za którym rozciągała się już tylko pustka przestworzy, leżał łańcuch wysokich, postrzępionych gór sterczących niby kolce na smoczym grzbiecie. Phyrenox nie znał ich nazwy, zresztą smoki nie potrzebowały nazywać miejsc. Badał je dawno temu, w czasach wczesnej młodości. Tak samo jak wówczas, nie wyczuwał w tych górach niczego nienormalnego, ale to tylko pozory. Sekret znajdował się pomiędzy skalnymi, spękanymi szczytami, na jakie nie wspięłaby się żadna istota pozbawiona zdolności lotu. Pamiętał, między którymi górami to jest i wleciał między nie. Wyraźnie poczuł, kiedy jego ciało natrafiło na czarodziejski woal. Uczucie jego przekraczanie można opisać jako podobne do pokonywania kurtyny wodnej, chociaż nie było się po tym mokrym. Woal miał ukrywać przed niepożądanym wzrokiem swoje wnętrze, sprawiać, że to miejsce wygląda jak kolejna partia kolczastych szczytów. Dopiero dostawszy się do środka, dało się zobaczyć rozległą, martwą kotlinę skrytą pośród gór. Otoczona wałem szarych skał, wyłożona szarymi kamieniami i pyłem, z których sterczały sczerniałe kikuty nieżyjących drzew. Nawet ostry, smoczy wzrok nie potrafił wypatrzyć jakiegokolwiek ruchu żywych stworzeń. W każdym razie, w kotlinie faktycznie wznosiły się ruiny miasta dreków. Monumentalne, sypiące się mury, które zbudowano tak dawno temu, że może tylko garstka smoków i to takich, które szczyciły się trwającymi tysiąclecia żywotami, mogła pamiętać, kiedy je zamieszkiwano. Panowała tutaj specyficzna atmosfera starych czarów, a woal, patrząc na niego od środka, zdawał się zakrzywiać powietrze.

– To antyczne zaklęcie woalu nie tylko uniemożliwia zobaczenie tego co skrywa za sobą, ale również nie przepuści niczego, co nie jest smokiem. Dlatego potrzebował podwózki. Dzięki tobie udało się oszukać starą magię – wyjaśnił Wędrowiec podnieconym głosem.

Wydawał się zdrowo podekscytowany osiągnięciem. Phyrenox czuł, że jego bagażowi śpieszy się na dół.

– Ta, bardzo interesujące – odparł zgryźliwie smok. – Co teraz karzełku?

Wędrowiec w odpowiedzi wskazał Phyrenoxowi wielką budowlę wykutą w zboczu góry po drugiej stronie kotliny, do której wiodła szeroka, prosta aleja przez całe miasto.

– Tam muszę się dostać – oznajmiło stworzenie.

Smok westchnął i machnął mocniej skrzydłami. Po chwili wylądował przed schodami wiodącymi do wnętrza czegoś, co wyglądało na świątynię, ale raczej nie Pierwszego Smoka, boga-ojca całej rasy smoków. Phyrenox przypominał sobie mroczne opowieści o drekach, którzy dali się skusić innym siłom, niezbyt przyjemnym siłom działającym na tym świecie.

– Proszę cię, byś poczekał na mnie – rzekł Wędrowiec, zeskakując na ziemię. – To może zająć chwilę. Jak do nocy nie wrócę, to pewnie już nigdy nie wrócę – dodał z uśmiechem, jakby śmierć w odmętach antycznej świątyni, skrywającej bogowie wiedzą jakie okropieństwa przeszłości. nie stanowiła dla niego problemu.

– Lepiej żebyś wrócił i zrealizował swoją część umowy, bo inaczej znajdę tam twoje zwłoki i zabiję cię drugi raz, Wędrowcze – parsknął Phyrenox.

– Dziękuję za troskę – odparł ze śmiechem stwór w czerwieni, po czym udał się do wnętrza budynku.

Czas oczekiwania na jego powrót mijał niezwykle wolno, a wszechobecna cisza wywoływała co raz większy niepokój. Phyrenox początkowo siedział przy schodach, ale z nudów zaczął się wreszcie kręcić pośród ruin rozmaitych budowli, dziwując się dwunogim krewniakom, że poświęcili tak wiele ze smoczego dziedzictwa dla pragnienia mniejszych istot do budowania i wymyślania cywilizacji. Próbował sobie wyobrazić to miejsce w czasach chwały, pełne przechadzających się dreków, ale był to obraz dość skrzywiony. Phyrenox nie znał sposobu życia dwunogów, jedynie tyle co słyszał od innych, bardziej światowych smoków. Gad nie wiedział czemu drekowi mogli odejść z Dalekiego Ojnonu, porzucając to wszystko. Słyszał, że bardzo, bardzo dawno temu stworzyli wielkie państwo, które zniszczyły mniejsze istoty, po czym zapanowały nad światem. Niebieski smok okazałby więcej dociekliwości, ale czerwonemu wystarczyła świadomość, że ruiny mogły pochodzić z tych czasów. Zaczynało już zmierzchać, gdy czujący burczenie w brzuchu Phyrenox wrócił pod świątynię. Martwość kotliny okazała się tak wielka, że nie spostrzegł podczas wycieczki nawet robaków, a co dopiero coś zjadliwego. Zirytowany położył się na kamieniach, wlepiając wzrok w mroczne wejście budowli. Czuł rosnącą niecierpliwość i korciło go zostawić Wędrowca na pastwę losu w tym zapomnianym miejscu, ale honor jego aspektu wojownika mu zabraniał. W końcu jednak stwór pojawił się ponownie na schodach. Wyglądał jakby stoczył nie jeden ciężki bój. Ciało miał brudne i poobcierane, krwawił z kilku ran, a jego płaszcz był w strzępach.

– Co ci się stało? – zapytał od niechcenia Phyrenox.

Wcale nie potrzebował znać szczegółów. Chciał się już stąd wynieść.

– Świątynia była zabezpieczona, ale udało mi się – Wędrowiec uśmiechnął się do smoka, pokazując ma worek z jakimś przedmiotem.

Phyrenox rozpoznał materiał blokujący magię. To coś w środku musiało mieć dużą moc i znaczenie. Pojawiła się ciekawość, ale zwalczył ją. – Nie zamierzam się tym interesować, mam swoje sprawy – upomniał się w duchu.

– To możemy wynieść się stąd? – zapytał się.

Dwunóg kiwnął na znak potwierdzania, a Phyrenox ponownie użyczył mu grzbietu, przekonując siebie, że to ostatni raz w życiu. Godzinę później wylądowali w znacznie bardziej żywotnym lesie u podnóży gór. Tam Wędrowiec postanowił pożegnać Phyrenoxa i ruszyć dalej samotnie.

– Bardzo ci dziękuję za pomoc, smoku Phyrenoxie. Wiedz, że ten przedmiot pomoże mi ocalić parę żyć – obwieścił.

– Nie obchodzi mnie co z tym zrobisz, o ile nie użyjesz tego przeciwko smokom – warknął gad. – A teraz powiedz mi, co z moim wynagrodzeniem? – przypomniał mu.

– Oczywiście otrzymasz je, ale nie teraz. Spotkaj się ze mną za tydzień na Wielkim Ojnonie w mieście jeźdźców smoków. Wtedy ci wskażę odpowiednią osobę – odparł wojownik, otrzepując futro oraz ubranie z brudu.

Phyrenox zauważył, że rany tego stwora już się zasklepiły i przestały krwawić, ale co innego go teraz interesowało, niż fizjologia obcych gatunków.

– Że co takiego? – ryknął gniewnie. – Mówiłem ci, że…

– Spokojnie raptusie – zawołał przyjaźnie Wędrowiec. – Gdybym miał ci tłumaczyć jak znaleźć tą osobę, nie starczyłoby mi dnia, a pewnie i tak coś bym zapomniał, albo ty źle zrozumiał. Jak sam cię zaprowadzę będzie prościej, ale wpierw muszę wykorzystać to znalezisko. Sam rozumiesz. Czas ciągle płynie – wyjaśnił.

Cierpliwość nie jest cnotą, w której czerwone smoki się specjalizują. Phyrenox miał wielką ochotę usmażyć obcego za odsunięcie „wypłaty” o tydzień, chociaż z perspektywy długowieczności smoków to niewiele.

– Przybędę na Wielki Ojnon za tydzień – odezwał się wreszcie, a ton głosu smoku wyrażał wielkie samozaparcie. – Ale jak cię tam nie zastanę to przysięgam ci, znajdę cię choćby na końcu świata i…

– Wiem, wiem, zjesz mnie – dokończył tonem żartu Wędrowiec, zbierając do odejścia. – Przy okazji, naprawdę nazywam się Azszar Nir’Iznrerar. Jakbym się z jakiegoś powodu nie stawił, teraz będzie łatwiej ci mnie znaleźć. W takim razie do zobaczenia, Phyrenoxie – rzekł na koniec, kłaniając się nisko na pożegnanie.

Azszar ruszył sobie raźno przez las. Phyrenox zaczął zastanawiać się, jak w ogóle on tu się dostał, ale zapewne posiadał jeden z tych latających tworów dwunogów. Nieważne. W osobie tego stwora interesowało go teraz tylko to, by ten faktycznie pojawił się na Wielkim Ojnonie i spełnił obietnicę. Smok, zmęczony tym dniem, raz jeszcze wzbił się w przestworza, by wrócić na swój teren i do swego legowiska. Znowu musiał się użerać z innymi mieszkańcami wyspy, ale nie miał ochoty na walkę. Praktycznie nastała już noc, a Phyrenox nie dość, że zmęczony, to jeszcze nieźle głodny, bo cała ta mała przygoda uniemożliwiła mu dalsze polowanie, wrócił na swe wzgórze. Zupełnie zły, wszedł do jaskini, położył się na legowisko i zasnął. We śnie smok raz to ścigał i zjadał z wielką uciechą Azszara za niedotrzymanie słowa, a raz to odkrywał swe pochodzenie. Nie mógł jednak tylko tego zapamiętać do świtu.

By Galliusz

Poprzedni rozdział

Początek

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s