Mała przygoda smoka Phyrenoxa, część 2

***

Zaaferowany pojawieniem się kolejnego intruza, smok wylądował w najbliższym możliwym miejscu i na piechotę zaczął kierować się odgłosami tej muzyki, stąpając ostrożnie między drzewami ze złożonymi skrzydłami, by ich nie uszkodzić przypadkiem i nie hałasować. Nie da się odmówić smokom ostrych zmysłów, ale Phyrenoxa zdziwiła jak daleko niesie się ta muzyka. Maszerował kilka minut, a wciąż nie odnalazł jej źródła. Dźwięki jednak intensyfikowały się, więc sądził, że idzie dobrze, gdy nagle spostrzegł, że jakiś cudem zaczął się oddalać. Co jest? – zdumiał się, czując gniew na tą dziwną muzykę. – To musi być gdzieś tutaj! – Wykrzywił się w grymasie, ukazując kły. Zaczął bardziej gwałtownie przeszukiwać okolicę, już nie patrząc na nie niszczenie roślinności oraz dyskretność. W końcu odkrył pośród gęstych zarośli niewielkie, zamaskowane obniżenie terenu, a w nim obozowisko. Oto stał mały, płócienny namiocik, przed nim płonęło sobie wesoło ognisko, a po drugiej stronie leżał omszały pień dawno już obalonego drzewa. Na tym pniu właśnie siedziała istota mała i dwunożna, opatulona szczelnie w brudny, czerwony płaszcz z kapturem zarzuconym na głowę. Spod kaptura wystawał zwierzęcy pysk jakiego Phyrenox jeszcze nigdy nie widział. Ni to pies, ni kot, ni jeleń. Smok dostrzegł, że stworzenie ma szare futro oraz długi, gruby ogon zakończony białą kitą. Zaopatrzone w pazury, owłosione dłonie obcego wciąż trzymały przy ustach dziwaczny instrument podobny do powyginanego fletu. Nadal grał na nim i powstająca muzyka brzmiała niezwykle kojąco w uszach gada. Phyrenox z początku chciał ryknąć na dwunoga, ale odkrył, że jego gniew wyparował i nie jest w stanie przerwać melodii. Mimowolnie porwała go fala przyjemnego, artystycznego uniesienia. – Co ja jestem? Zniewieściały purpurowy smok? – skrytykował się w duchu. Czuł wręcz wstyd. Czerwone smoki to ogniści wojownicy, a nie rozlaźli artyści jak te ich purpurowe krewniaki. Niemniej, Phyrenox nie ruszył się z miejsca, póki obcy nie odjął fletu od ust. – W tym musi być jakaś magia, nie mam wątpliwości – pomyślał z podejrzliwością.

– Witaj wielki smoku. Widzę, że spodobała ci się moja skromna muzyka – odezwał się uprzejmie do Phyrenoxa obcy, gdy muzyka umilkła i spojrzał na wielkiego gada.

Pysk smoka wyrażał szczere zdumienie. Po pierwsze, obcy przemówił do niego językiem smoków, w dodatku płynnie, chociaż Phyrenox nie wyczuwał w nim ani krzty powiązań ze smoczym rodem. Po drugie nie okazywał ani cienia strachu z powodu bliskości jednej z najgroźniejszych istot tego świata dla małych, samotnych dwunogów. Po trzecie, jego spojrzenie. Wcześniej oczy stwora skrywał kaptur, teraz Phyrenox widział, że są czerwone, lśniące własnym blaskiem, podobnie jak smocze i jest w nich niesamowita głębia, którą dało się dostrzec tylko w oczach prastarych smoków. Również szkarłatny klejnot na czole stanowił osobliwy obiekt. Nie wyglądał na biżuterię, ale na naturalną część ciała tej istoty.

– Kim ty jesteś dziwny, ty dwunogu? – warknął w odpowiedzi znacznie mniej uprzejmy Phyrenox. – Coś ty mi zrobił? Skąd znasz mowę smoków? Czemu się mnie nie lękasz? I co robisz na mojej ziemi? – pytał co raz ostrzejszym tonem, z zadowoleniem odkrywając, że znowu może odczuwać gniew.

Obcy zachichotał na ten wysyp pytań.

– Cóż smoku, zwą mnie Czerwonym Wędrowcem, ale spokojnie, mój kolor nie ma nic wspólnego z twoim smoczym aspektem – rzekł żartobliwym tonem, przypatrując się gadowi z uśmiechem.

Phyrenox poczuł irytację i wykorzystał ją do rozbudzenia w sobie jeszcze większej złości na to stworzenie.

– Niewiele mi to mówi, pokurczu! – ryknął, obalając stojące opodal drzewo łapą, ot tak, jako pokaz siły. – I nie odpowiedziałeś na pozostałe pytania! Gadaj wszystko, albo dam ci powód do bania się Phyrenoxa!

– Więc nazywasz się Phyrenox? Cóż, złość piękności szkodzi, nie słyszałeś Phyrenoxie? – zakpił obcy, majtając w powietrzu nogami.

– A ty chcesz umrzeć, „Czerwony Wędrowcze”?! Nie słyszałeś, smoki szkodzą zdrowiu? – zagroził smok, postępując krok ku omszałemu pniakowi. Z jego pyska buchnął dym.

Jeszcze raz mnie wkurzy, a spalę go! – przekonywał sam siebie Phyrenox.

– Nie zamierzam ani umierać dziś, ani z twojej ręki, ale ty możesz nie mieć tyle szczęścia – odparł stwór poważniejszym tonem, obrzucając gada piorunującym spojrzeniem.

To była groźba, a oczy i klejnot Wędrowca zalśniły złowrogo przy tych słowach, a jego samego otoczyła aura wielkiej, przytłaczającej potęgi. Phyrenox instynktownie zadrżał. Wycofał się, czując niedowierzanie w to, co robi jego ciało wbrew woli. – To musi być ten obcy Ventrontarha i na Pierwszego Smoka, czuję, że to nie jest blef! Ten stwór posiada jakąś tajemniczą moc, dość wielką, by wzbudzić strach w sercu czerwonego smoka, w moim! Kto to jest do wszystkich diabłów? – myślał intensywnie, łypiąc na Wędrowca jak pies, któremu czegoś zabroniono.

Zapanowało ponure milczenie, podczas którego oboje spoglądali na siebie w napięciu. Żaden nie był pewien, co zrobi drugi. Nie tylko Phyrenox poczuł strach. Smok zauważył w postawie Wędrowca, że mimo wszystko on również nieco obawia się konfrontacji. To dodało mu animuszu.

– To co z tymi pytaniami? – mruknął tonem żądania. – Jako władca tych ziem, chcę wiedzieć kto narusza mój domowy mir!

– Och, odpowiem ci na nie – machnął ręką Wędrowiec, znów posługując się swobodnym głosem. – A więc, idąc po kolei, nic ci nie zrobiłem, widać masz bardziej muzykalną duszę niż myślisz. Znam twój język, bo znam. Nie lękam się, bo mam trochę siły. I w końcu, jestem tu, bo chciałem spotkać właśnie ciebie, Phyrenoxie.

Oto odpowiedzi, które nie odpowiedziały smokowi na żadne z jego pytań, może poza ostatnim, ale ta wiedza stanowiła kolejny dodatek do listy dzisiejszych zdumień.

– Szukałeś mnie? Mnie? – zapytał z niedowierzaniem intruza. – Po cóż niby? Czego mały dwunóg może chcieć od smoka i to smoka z aspektem wojownika? Nie wiesz, że my nie lubimy spełniać próśb takich jak ty?

– Znam smocze lekceważenie mniejszych istot od nich, jednakże… – Wędrowiec podniósł palec na znak, że powie zaraz coś szalenie istotnego. – Wiem, że możesz pomóc mi coś znaleźć i dobrze na tym wyjdziesz. – obcy się ponownie uśmiechnął.

– Niby co takiego mogę pomóc ci znaleźć? – Phyrenox nie miał zielonego pojęcia, co jakikolwiek dwunóg mógłby szukać na tym odludziu.

– Dowiedziałem się, że na tej wyspie znajdują się pewne ruiny, na które nie można dostać się ani na piechotę, ani latającą maszyną. Tylko skrzydła smoka mogą tam mnie doprowadzić – wyjaśnił wędrowiec.

– Tylko czemu mam to być ja? – pytał dalej smok. – Na tej wyspie mieszkają inne smoki, a na całym archipelagu może i z kilkadziesiąt…

– Ależ Phyrenoxie – przerwał mu stwór. – Pytałem się tych innych smoków, a nawet jeśli były chętne użyczyć mi grzbietu, nie wiedziały gdzie konkretnie znajdują się na Dalekim Ojnonie te ruiny. Dopiero dzięki, nazwijmy to, „interwencji siły wyższych” dowiedziałem się, gdzie mogę szukać kogoś, kto wie gdzie je znaleźć. Zastanów się dobrze. Jestem pewien, że wśród wspomnieć swoich znajdziesz miejsce, do którego chciałbym dotrzeć – dodał zachęcąjcym tonem.

Trochę oszołomiony tymi rewelacjami Phyrenox zaczął intensywnie myśleć nad miejscem, które miał rzekomo znać. Myślał i myślał, przeszukiwał zakamarki pamięci, gdyż smoki, dumne ze swej niegasnącej pamięci, pojęcie zapomnienia irytowało. W końcu zrozumiał, że wie o czym ten stwór gada. Stara, rozsypująca się budowla, a wzniesiona przez dreków, smoki, które upodobniły się do dwunogów, leżąca wysoko w górach wyspy, ukryta przez czarodziejski woal. Przez przypadek go przekroczył, gdy jako młodziutki smok, radujący się z nauczenia zdolności lotu, zwiedzał całą wyspę. Widział ruiny, wiedział z opowieści starej smoczycy kto mógł je postawić, ale aura tego miejsca go odstraszyła przed eksploracją. Nigdy więcej nie szukał woalu.

– Ja… wiem gdzie to jest – przyznał przed Wędrowcem. – Ale czego ty tam szukasz? I co ja dostanę w zamian? Może jesteś kolejnym małostkowym szabrownikiem, szukającym pradawnej magii w zapomnianych artefaktach pogrzebanych przed mileniami? – dodał ostrzej.

Smok uważał, że wszystkie dwunogi są takie same. Wędrowiec wyglądał jednak na oburzonego tym oskarżeniem. Dla dodania sobie powagi, zeskoczył z pnia, chowając flet za płaszcz.

– To czego tam szukam, Phyrenoxie, pomoże mi kogoś ocalić. Sądzą nawet, że nie jedną osobę. Nie oceniaj mnie pochopnie, bo nie wiesz kim, ani nawet czym jestem – skarcił smoka. – Ja w zamian powiem ci, gdzie możesz dowiedzieć się czegoś o sobie, a coś czuję, że to wiedza cenniejsza dla ciebie od skarbów.

Po tych słowach Phyrenox znowu oddał się myślom, tym razem o swoim dzieciństwie. Nie było lekkie. Tuż po wykluciu okazało się, że jest sam i błąkał się po wyspie, aż go wygłodzonego znalazła stara, ledwo łażąca, brązowa smoczyca, która się nim zaopiekowała. Smoki nie należą do szczególnie rodzinnych istot, ale znajomość pochodzenia i drzewa genealogicznego stanowi dla nich dużą wartość. Dla Phyrenoxa również. Tak, oddałby wiele, aby dowiedzieć się kto go spłodził i czemu porzucił.

– Ale co ty możesz wiedzieć o mnie? Tyle samo co ja o tobie – burknął.

– Zgadza się, ale… – Raz jeszcze podniósł palec na znak ważności. – Znam kogoś kto wie dużo. Więc? Zawrzemy umowę? Podróż do ruin, w zamian za przeszłość – mówiąc to wędrowiec wyciągnął dłoń w stronę smoka, jakby chciał żeby gad ją uścisnął na modłę dwunogów.

Niemniej była to kolejna enigmatyczna odpowiedź. Phyrenox zaczął syczeć i chodzić z jednego w drugi kąt dolinki zastanawiając się. – Wkurzająca sytuacja, wkurzający dwunóg. Niemniej to nie jest zwykły dwunóg. Nawet wśród jemu podobnych na pewno nie należy do zwykłych. Ta tajemnicza moc, ta głębia oczu… Ten cały Wędrowiec został dotknięty przez wieczność i wie więcej niż powinien śmiertelnik, i widział więcej niż powinien śmiertelnik, chociaż nie mógł mieć nawet połowy wieku na karku. Czy to będzie ryzyko jeśli się zgodzę? Czy coś stracę poza czasem? A może zyskam coś? – Kiedyś strasznie Phyrenoxa interesowało odkrycie swego pochodzenia. W końcu, gdy nie mógł znaleźć nic, to pragnienie przycichło. Teraz znowu zostało rozbudzone. – Ale niesienie kogoś na grzbiecie? Mam że być jednym z tych hańbiących się smoków, które mają jeźdźców? Ngah! Ale są rzeczy ważniejsze od przekonań!

– Dobra Wędrowcze! Zaniosę cię tam! – ryknął, podchodząc do obcego i dotykając pazurem jego wyciągniętej dłoni. – Ale skończysz marnie, jeśli mnie zwodzisz! – dodał pomrukiem, nachylając ku dwunogowi swoją głowę.

– Nie zwodzę, Phyrenoxie. Przysięgam na swych bogów i przodków – odparł stwór, zabierając rękę.

Z pewnym oporem własnego sumienia Phyrenox przysiadł, by obcy mógł wsiąść na niego i usadowić się na smoczym grzbiecie. Gad wcale nie zwrócił uwagi na to, czy Wędrowiec zajął już odpowiednią pozycję oraz dobrze się trzyma, by nie spaść w trakcie lotu. Po prostu rozwinął skrzydła, machnął nimi i śmignął w przestworza. Po uczuciu ciężaru smok zrozumiał, że Wędrowiec nie spadł. Trochę go to mimo wszystko zawiodło, ale postanowił skupić się na locie.

By Galliusz

Następny rozdział

Poprzedni rozdział

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s