Mała przygoda smoka Phyrenoxa, część 1

Po kolejnej niechcianej przerwie, wrzucam pierwszą część opowiadania, które wiąże się ze smokami. Życzę miłej lektury  🙂

Mała przygoda smoka Phyrenoxa

 

Dzisiejszy poranek okazał się zupełnie spokojny dla smoka Phyrenoxa i nie zapowiadał żadnych niecodziennych zdarzeń. Wielki, skrzydlaty gad o łuskach w kolorze świeżej krwi, przebudził się, tak jak wielokrotnie się już budził podczas już prawie setki lat swego życia. Jego umysł powrócił z mistycznych krain snu do wypoczętego ciała. Zadowolony z tego faktu smok ziewnął i zaczął się podnosić ze swego kamienistego legowiska. Phyrenox, chociaż na smoczą miarę jeszcze młody wiekiem, był już całkowicie dorosłym smokiem. Liczył sobie ponad 3 metry wysokości w kłębie i 10 metrów długości wraz z zakończonym buławą ogonem, zatem mimo że sylwetkę miał smukłą, jego łapy nadal miały co nosić. Łeb o podłużnym pysku zdobiły zakręcone jak u barana rogi, a wzdłuż grzbietu wyrastał rząd ostrych kolców.

Phyrenox rozprostowawszy swe nielichej wielkości gnaty i mięśnie, ogarnął wzrokiem pomarańczowych, lśniących ogniście oczu jaskinię. Nie było to nic wspaniałego, od wielka dziura wydrążona w skale. Wszystko zdawało się leżeć w należytym dla smoka porządku, a właściwie nieporządku. Jaskinia Phyrenoxa nie należała bowiem do czystych. Smok wprawdzie sprawy fizjologiczne rozwiązywał na zewnątrz, ale dla świętego spokoju zawsze jadał w środku. Najczęściej nie chciało mu się potem pozbyć resztek, toteż rozrzucał je po kątach. Teraz jednak zgromadziło się tutaj wyjątkowo dużo kości, całe stosy, a co gorsze zaczynały nieznośnie cuchnąć oraz przyciągać robactwo. Muszę to w końcu wynieść i gdzieś zakopać, bo towarzystwo zacznie przezywać mnie od głupich zwierząt – pomyślał. – Najpierw jednak sobie odetchnę.

Chociaż prowadziły względnie prymitywny sposób życia, niechlujność nie była cechą gloryfikowaną przez smoki. Ba, gatunek Phyrenoxa, mimo dumnej zdolności obchodzenia się bez tych całych wytworów techniki, do których przywykły mniejsze rasy, stosuje się do całej listy niepisanych etykiet, zasad i liczących sobie tysiące lat tradycji. Idzie czasem oszaleć, gdy próbuje się nie obrazić jakiegoś starego, konserwatywnego smoka, który to wszystko zna na pamięć. Dlatego Phyrenox preferował samotność, by móc żyć swobodniej, ale okazjonalni goście nadal się zdarzali, w tym i plotkarze.

W każdym razie smok zaczął maszerować tunelem ku wyjściu z jaskini, którą nazywał od kilku dekad domem. Znajdowała się ona wewnątrz skalistego wzgórza. Z jego zbocza rozciągał się malowniczy widok na porośnięty jodłami, górzysty krajobraz wyspy zwanej przez mniejsze istoty Dalekim Ojnonem, stanowiącą ostatni skrawek lądu w archipelagu o tej samej nazwie. Ponad las wyrastały licznie inne skalne wzniesienia, zza których wyłaniał się rąbek tarczy słonecznej. Świt dopiero wstawał nad wyspą i niebo jawiło się jeszcze jako różowawe. Świeże po nocy powietrze wypełniło obszerne płuca smoka, a gad uśmiechnął się. – Ta wyspa jest wszystkim czego do szczęścia potrzebuję – Myśl tę często powtarzał, a była o tyle arogancka, że wyrażała jego niechęć w stosunku do tych goniących po świecie za wzniosłymi celami, małych, krótko żyjących istot. Na szczęście żaden dwunożny, inteligentny stwór nie mieszkał na Dalekim Ojnonie. Żyło tutaj wprawdzie, oprócz zwierząt i bezrozumnych bestii, kilka innych smoków, niektóre dość nieprzyjemne, ale jako tako udawało im się dzielić wyspą bez ciągłych walk o teren.

Phyrenox stał przez prawie godzinę przed wejściem do swej jaskini, chłonąc świeże powietrze oraz światło wschodzącego co raz wyżej ponad wzgórza słońca. Towarzyszyło temu przyjemne uczucie zadowolenia z życia. W końcu jednak przypomniał sobie o nieubłaganie czekającym go zajęciu. Korciło przełożyć sprzątanie na inny termin, ale Phyrenox wiedział, że jak zacznie przekładać, może to przekładać tak długo, aż nagromadzi się tyle resztek, iż dla niego nie starczy już miejsca w legowisku. Niezbyt chętnie gad wrócił do środka, gdzie zaczął zagarniać w przednie łapy leżące na ziemi odpadki, po czym wynosił je na zewnątrz. Tam rozpościerał swe szkarłatne skrzydła i zlatywał ze wzgórza na nieporośnięty drzewami kawałek ziemi u jego podnóża. Ziemia ta nosiła ewidentne ślady wzruszania. To tutaj Phyrenox składował swoje śmieci. Nim jednak zabrał się za kopanie dołu, sprowadził tutaj wszystkie kości, a kursów wykonać musiał kilka, tak bardzo nabałaganił w swoim domu. Wówczas dopiero je zagrzebał. Praca ta zabrała mu łącznie dwie kolejne godziny dnia, ale poczuł ulgę, gdy była za nim. Teraz nie musiał się wstydzić swego legowiska. Niemniej zaskoczyła go aż taka ilość resztek.

– W porządku, można lecieć na posiłek – pomyślał, uklepując jeszcze pobieżnie ziemię.

Nie było co się starać. Zakopał resztki dość płytko, więc zapach szybko zwabi lokalnych padlinożerców, które przegrzebią to miejsce w poszukiwaniu czegoś zdatnego do zjedzenia. Takie okruchy z pańskiego stołu.

Phyrenox wystartował po raz kolejny i tym razem wzniósł się wyżej, aby szybko pokonać odległość dzielącą go od obszaru, który zamierzał odwiedzić. Smocze terytoria były całkiem duże, więc lot nad zachodnie rubieże jego ziemi zabrał mu kilka minut. Będąc tam, bystrymi, smoczymi oczami próbował dostrzec jakiś ruch wśród drzew. Niedługo musiał czekać aż wypatrzył stado dzików ryjące w ściółce opodal. Jednak nim spadł w dół, by porwać w szpony jakiegoś warchlaka, ujrzał pewną niepokojącą rzecz: kilka zwalonych drzew tu i ówdzie. Smok zaczął szybko myśleć. Ostatnimi czasy nie było żadnej wichury, a w okolicy nie mieszkały trolle, ani inne wielkie bestie do tego zdolne, więc odpowiedź nasuwała się jedna i to rozpalająca gniew czerwonego smoka. Intruz na mej ziemi! – Phyrenox bardzo lubił swoje terytorium i nie zamierzał się nim z kimkolwiek dzielić, a przez swój smoczy aspekt wojownika, któremu zawdzięczał barwę, walkę miał we krwi. Szykowała się bójka i Phyrenox czuł przypływ adrenaliny oraz ekscytacji. Wnet śmignął ku drzewom i próbował wywęszyć oraz wypatrzyć jakieś ślady. Szybko stał się dla niego jasny kierunek, w którym udał się intruz. – Północ! – stwierdził i poleciał za tropem. Na szczęście nieproszony gość niezbyt się chował przed wykryciem. Phyrenox wypatrzył go na jednej z polan, gdzie ten także jakby czegoś szukał. Gad znał tego drugiego smoka. Był mniejszy od niego, a barwę łusek miał zieloną. To Ventrontarh, jego wścibski sąsiad, który jeszcze nie wypatrzył nad sobą gospodarza tych ziem. Phyrenox wykorzystał to w celu zaskoczenia intruza. Opadł ciężko na znajdującą się na łące skałę, krusząc ją swoją wagą, ale porażający efekt był tego warty. Ventrontarh omal nie przewrócił się z przerażenia.

– Co robisz na moim terenie, zielony chwaście?! – ryknął Phyrenox.

Nie jeden młody smok umknąłby po samym takim pokazie siły, ale Ventrontarh przeżył dość lat, by umieć się opanować i nie dać zdominować młodzieży.

– Nie strasz mnie tak, ty czerwony kretynie! Szukam czegoś co i również ciebie powinno zainteresować, nawet bardziej od chęci przepędzenia mnie! – odparł.

– Co ty chwaście bredzisz? – warknął nieco zbity z tropu Phyrenox. – Chcesz okraść mnie ze zdobyczy, przyznaj to!

Zielony smok westchnął, porażony głupotą swego sąsiada.

– Nie interesuje mnie twoja ziemia! – zapierał się Ventrontarh. – Tylko pewien mały dwunóg w czerwonym płaszczu. Bardzo dziwny i interesujący. Wyczuwam, że ma wielką moc. Chcę go znaleźć i dowiedzieć kto to. Tylko tyle. Nie będę tykał twojej zwierzyny, Phyrenoxie! Masz moje słowo! – obiecywał intruz.

Czerwony gad pozostał jednak uparty i tylko zaśmiał się.

– Tutaj nie ma dwunogów Ventrontarhu, a ty grzecznie się stąd zwiniesz, albo ci w tym zaraz pomogę! – zagroził drugiemu gadowi.

– Tylko spróbuj, młodziku! – odwarknął Ventrontarh, wyginając grzbiet w pozycji bojowej.

Zielony smok splunął zieloną cieczą, ale Phyrenox uskoczył, więc pocisk ugodził skałę pod nim, która zaczęła się rozpuszczać. Przeklęty kwas zielonych smoków! Przeżre się nawet przez moje łuski! – pomyślał ze złością, mierząc wzrokiem Ventrontarha, ale nie zaatakował. Czekał na jego kolejny ruch. Smoki zaczęły krążyć wokół polany niczym dwójka drapieżców. W końcu przeciwnik spróbował nagłej szarży i kolejnego splunięcia kwasem. Phyrenox zaryzykował własny wypad, o włos unikając pocisku, samemu zionąc potężnym strumieniem ogniem. Płomień osmalił bok Ventrontarha, ale to było za mało by mocno skrzywdzić innego smoka, niemniej pozwoliło Phyrenoxowi na doskok do intruza i brutalnie obalenie go na ziemię. Gady zaczęły przewracać się po łące, tratując swymi masywnymi ciałami krzaki oraz mniejsze drzewa, orając siebie nawzajem pazurami oraz kąsając paszczami. Tu, czy ówdzie szpony, bądź kły rozdarły pancerz z łusek, a z ran poczęła skapywać na ziemię wrząca krew smoków. Niemniej, mimo młodszego wieku, to Phyrenox był większy oraz silniejszy. Ventrontarh zrozumiał, że musi mu ulec. Nie chcąc odnieść ciężkich ran, albo wręcz zginąć za swą ciekawość, wyrwał się z uścisku czerwonego smoka i skowycząc umknął w przestworza.

– Jak zabijesz tą istotę nim ją spotkam, policzę się z tobą, Phyrenoxie! – odwarknął, ale wnet odleciał na zachód, na swój teren, gdy zwycięzca pojedynku posłał w jego stronę jeszcze jeden strumień ognia.

No i porządek wprowadzony – pomyślał z zadowoleniem Phyrenox, gdy intruz zniknął w oddali. Wiedział, że Ventrontarh nie zaryzykuje pozostania tutaj i dalszych poszukiwań tego jego dwunoga, zapewne zmyślonego na prędko. Rany trochę Phyrenoxa szczypały, ale przeciwnik nie zadrapał go zbyt głęboko. Mógł wrócić do poszukiwania posiłku. Nie planował cofać się do miejsca, gdzie widział dziki, bo te pewnie już udały się gdzie indziej. Zaczął przepatrywać tę okolicę. Tym razem zdołał znaleźć jelenie. Upatrzył sobie jedną sztukę i runął na nią z góry. Bez problemu obalił i zabił zwierzę samym zaciśnięciem szponów. Reszta stada rozbiegła się w przerażeniu. Wielkość dawała przewagę, chociaż Phyrenox wcale nie należał do wielkich smoków. Był raczej przeciętnych rozmiarów i musiałby pożyć więcej niż wiek, by to się ewentualnie zmieniło, a niewielu smokom dane jest osiągnąć znacznie większe rozmiary. W każdym razie zaniósł ofiarę do jaskini, gdzie podpiekł ją, po czym pożarł i oczywiście kości cisnął w kąt. Uznał jednak, że jeden zwierz to za mało, aby w pełni zaspokoić jego głód, zaś jelenina mu dziś wyjątkowo smakowała. Wrócił więc po chwili na północ, by ponownie odszukać stado. Jak na złość, teraz nie mógł wypatrzeć ani jednego jelenia, ale za to dosłyszał tajemniczy odgłos, który mocno Phyrenoxa zdziwił. To była muzyka. Jakiś flet i jego właściciel tworzyli spokojne, harmoniczne oraz kojące nuty, które rozbrzmiewały po lesie. Gad nie miał wątpliwości w to co słyszy, chociaż nie znał tego rodzaju fletu. Smoki to nie zwierzęta i mają zmysł artystyczny, więc potrafią rozpoznać dzieło sztuki, poezję, czy właśnie muzykę. Niemniej głowił się co to za instrument mógł być i co za muzyk. Ani elfy, ani ludzie z Wielkiego Ojnonu tak nie grali.

By Galliusz

Następny rozdział

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s