Potwory w krainie deszczu

Wreszcie ukończyłem jakieś nowe opowiadanko.

Autor: Krzysztof Wolf

Potwory w krainie deszczu

Dla imperialnego oficera Kidana Lekratza nastał kolejny, szary świt na tej lichej, tropikalnej wysepce, porzuconej samotnie pośród pustki Oceanu Chmur. Tubylcy zwą ją w swym śpiewnym narzeczu Ygarą, ale mężczyznę nie wiele to obchodziło. Dla Kidana to po prostu cuchnące bagno i zapowiadało się, że przeżuje tutaj najpaskudniejszy przydział w całej swojej dotychczasowej karierze wojskowej. O tej porze roku deszcz lał na Ygarze praktycznie codziennie. Powietrze było parne i wilgotne, a oddychanie sprawiało trudność tym, co nie urodzili się w tym środowisku. W takich warunkach roślinność dosłownie rosła w oczach. Najrozmaitsze egzotyczne drzewa, krzewy oraz inne, dziwne zielska obrastały każdą wolną przędź ziemi, a na tych roślinach rosły kolejne, wiążąc je swoimi pędami. Paranoja! Czasami splątany gąszcz stanowił tak zbitą barierę, jakby stanowił betonowy mur. Wszelkie ślady ludzkiej działalności, jak drogi, czy pola potrafiły zniknąć w przeciągu miesięcy, jak nie tygodni, błyskawicznie zarastane przez nową rośliność. Istny horror logistyczny. Taki teren uniemożliwiał wykorzystanie jakiegokolwiek ciężkiego sprzętu, nawet maszyn latających, bo te nie miałyby gdzie wylądować. Wszystko trzeba załatwiać na piechotę, ewentualnie wierzchem, co wcale nie należało do przyjemnych doznań przy takiej pogodzie, jeszcze w otoczeniu dżungli rojącej się od przeróżnych bestii, jadowitego robactwa, czy paskudnych chorób. Oficer bynajmniej nie zamierzał pozwolić na to, by Ygara przeszkodziła mu w karierze i był zdeterminowany przetrwać jej „uroki” na przekór wszystkiemu i wszystkim.

Oddział Kidana, liczący nieco ponad setkę ludzi, maszerował tego dnia po rozmiękłej od deszczu, wąziutkiej drodze. Otaczały ich dwie ściany zieleni i tylko nad głowami otwierało się ołowiane, przesłonięte chmurami niebo, z którego lała się woda. Mężczyznę jednak nie irytowała tylko pogoda. Nieszczególnie podobał mu się także skład przydzielonego mu przez dowództwo oddziału. Większość stanowili w nim tubylczy wojownicy, Ygshashi. Są to chudzi, wysocy ludzie o śniadej cerze i ciemnych włosach oraz oczach. Taka kolej rzeczy jednakowoż miała swój sens, skoro to ich kraj, a Imperium Argeranii zjawiło się tutaj z powodu zaproszenia. Rozumiał to, ale niestety, Ygshahi byli do niedawna ludem zupełnie odizolowanym, a więc odznaczali się prymitywizmem. To dlatego ci wojownicy nosili najwyżej lekkie pancerze skórzane, o ile w ogóle mieli na sobie coś więcej niż płócienne przepaski biodrowe. W dłoniach dzierżyli szerokie miecze wykonane z brązu, włócznie oraz łuki. To bolało Kidana i z dumą popatrzył na mocno wyróżniającą się grupę piętnastu imperialnych żołnierzy w stalowych napierśnikach, błyszczących hełmach oraz czarnych mundurach ze znakiem złotego lwa. Pochodzący z cywilizowanych rejonów świata ziomkowie Kidana, zesłani w raz z nim w to bagno, mieli pałasze z prawdziwego zdarzenia oraz broń palną: karabiny i pistolety.

Tego dnia również nie stało się nic wartego uwagi, a krajobraz pozostawał nużąco niezmienny. Gdy niebo z szarości deszczowego dnia przeszło w czerń nocy, oddział zatrzymał się na odpoczynek na przylegającej do drogi niewielkiej polance, która jakimś cudem nie zarosła. Nie rozbijano obozu jako takiego. Deszcz zdążył ustać, a Ygshashi potrafili usnąć na dowolnej powierzchni niezależnie od jej niewygody. Tylko dowódca rozkazał, by rozbito mu namiot w najsuchszym możliwie miejscu polany. Mężczyzna z ulgą zdjął wewnątrz hełm, ukazując swoje brązowe włosy. Z pomocą ordynansa, młodzieńca imieniem Roth, który ledwie osiągnął wiek pozwalający na wstąpienie do imperialnej armii, pozbył się napierśnika. Po odesłaniu chłopaka z poleceniem, by nikogo nie wpuszczał, Kidan rzucił się na posłanie i zajął rozmyślaniem. Zastanawiał się za jakie grzechy wysłano go na tą paskudną, wilgotną wyspę. Chociaż nie zawsze wzorowo spełniał obowiązki oraz polecenia, nie sądził, by te uchybienia stały się przyczyną obecnego przydziału. Najwidoczniej ktoś go w sztabie jego korpusu bardzo nie lubił. Jakby samo przybycie na Ygarę to było za mała udręka, zaraz po przybyciu oficera do Wetalii, imperialnej placówki na wyspie, otrzymał nowe rozkazy. Tak oto skończył w cuchnącej dżungli. Kidan westchnął przeciągle, potem ziewnął i obróciwszy się na bok próbował zasnąć. Ledwie jednak przymknął powieki, ktoś z lampą w ręku wszedł do namiotu. Oficer usłyszawszy to, obejrzał się, mimowolnie sięgając po leżący w zasięgu dłoni rewolwer. W namiocie stały dwie osoby, przestraszony Roth oraz jeden z Ygshashi. Ten jednak w przeciwieństwie do pozostałych wojowników nosił wpięte we włosy barwione na czerwono ptasie pióra na znak, że jest szlachetnie urodzonym oraz napierśnik z brązu.

– Przepraszam panie poruczniku, ale nie mogłem go zatrzymać – jęknął ordynans, kuląc się ze strachu przed gniewem dowódcy.

– Ucisz się i wynoś stąd – mruknął Kidan, odkładając broń i podnosząc się niechętnie z pryczy. – Czego chcesz? – zwrócił się do Ygshashi.

– Bądź pozdrowiony, dowódco – rzekł tubylec w języku Imperium, choć z dziwnym, melodyjnym akcentem, splótłszy dłonie i ukłoniwszy się. Nazywał się Horh’Hesh i jako jedyny z miedzianoskórych z oddziału Kidana znał argerański w stopniu na tyle biegłym, że mógł się bez przeszkód porozumieć z przybyszami oraz służyć im za tłumacza. Bez niego oficer w ogóle nie byłby w stanie panować nad resztą wojowników. – Chciałem cię powiadomić, że zbliżamy się do okolic, z których przyszło zawiadomienie o pojawieniu się wroga.

– Horh’Hesh, studiowałem mapę tej waszej wyspy. Wiem, gdzie teraz jesteśmy – Kidan nie miał ochoty na tą rozmowę, więc głos miał szorstki.

– Tak dowódco, oczywiście. Jednak przyszedłem tu również po to, żeby cię przestrzec – mówił dalej wojownik.

– O, czyżby? – odparł mu ironicznie.

– Niepotrzebny sarkazm, dowódco. Radzę ci żebyś przestał lekceważyć nieprzyjaciół Ygshashi. Brzytwołapy to groźne bestie. Od teraz musimy być bardzo, bardzo ostrożni. Nigdy nie wiadomo, kiedy napadną na nas z dżungli. Doskonale się w niej kryją – wyjaśnił Horh’Hesh.

Kidan musiał się powstrzymać przed wybuchem śmiechu.

– Też mi rada – prychnął. – Z tego co wiem, te wasze Brzytwołapy to tylko jacyś dzicy zwierzoczłecy, a tak się składa, że walczyłem już ze zwierzoludźmi, wojowniku. Wiem czego można się po nich spodziewać – mówiąc to, mężczyzna machnął lekceważąco ręką na znak, że uważa tą rozmowę za skończoną.

Horh’Hesh nie zamierzał jednak dać mu jeszcze spokoju.

– Mylisz się, dowódcą. Brzytwołapy są inne niż twoi zwierzoludzie. To bestie, inteligentne, groźne i krwiożercze. Wielu już zbyt pewnych siebie wojowników ich pazury rozerwały na strzępy.

– Niech ci będzie, odnotowałem twoje ostrzeżenie. – Kidan był bardzo pewien swojej wizji Brzytwołapów i co raz bardziej zniecierpliwiony na nieoczekiwanego gościa. – Ale za nim pójdziesz, powiedz mi jedno: Jutro pewnie też będzie lało jak z cebra? – zapytał się Ygshashi.

– Mamy uuawo, czyli porę dżdżystą. Więc tak, będzie jutro padać – odparł Horh’Hesh.

– Obawiałem się, że tak powiesz – mruknął ponuro Kidan. – A teraz bądź łaskaw zostawić mnie samemu. Chcę zaznać choć odrobinę odpoczynku nim przed kolejną „kąpielą”.

– Tak jest, dowódco! – rzekł wojownik. powtarzając gest jaki uczynił przy powitaniu, po czym wyszedł z namiotu.

Oficer z westchnięciem ponownie ułożył się na posłaniu. Jakkolwiek specyfika tutejszego powietrza i odgłosy tropikalnego lasu długo nie pozwoliły mu zmrużyć oka. Podobnie mieli jego argerańscy towarzysze. Ygshashianom te hałasy w ogóle nie przeszkadzały, a wojownicy, którzy nie pełnili akurat warty, posnęli szybko.

 

*

Nad ranem, zgodnie z zapowiedzią Horh’Hesha, wróciła ulewa. Gęsty baldachim z liści  początkowo dość skutecznie osłonił spoczywających pod nim od deszczu, ale uporczywe bębnienie kropel przerwało sen wszystkim. Kidan z niesmakiem opuszczał namiot, by mogli zwinąć go jego ludzie. Po szybkim posiłku, w takcie którego jedzono głównie jakąś miejscową odmianę sucharów, ruszyli niezwłocznie w dalszą drogę. Powietrze pozostawało parne i duszne, a krajobrazy identyczne jak w dniu wczorajszym oraz wszystkich poprzednich trwania wyprawy. Kidan, wraz z pozostałymi Argerańczykami, zabijali nudę obrzucając przekleństwami dżunglę oraz tego dupka, który przydzielił ich na Ygarę. Jakież było zdziwienie oficera, gdy za zakrętem miast zieleni, pojawiły się jakieś zabudowania. Mieli przed sobą jedną z licznie rozrzuconych po dżungli wiosek Yghshashian. Zamieszkujący je ludzie żyli w zbudowanych z bambusa i krytych liśćmi chatkach oraz uprawiali niewielkie poletka na ziemi ogniem wydartej dżungli. Gdy to było możliwe hodowali także zwierzęta, głównie bydło i świnie. Jednakże nikt nie powitał nadchodzącego wojska. Gdy oddział Kidana wkroczył do osady nikogo w niej nie zastał, chociaż budynki wyglądały na nienaruszone. Mężczyzna w panującej tutaj, nieprzyjemnej ciszy mimowolnie przypomniał sobie wczorajszą rozmowę z Horh’Heshem i nakazał gotowość bojową na wypadek ewentualnej zasadzki.

– Co tu się stało? – zawołał do tłumacza, gdy mimo upływu czasu nic się nie działo, a ryzyko wpadnięcia w pułapkę zmalało niemal do zera.

– Podejrzewam, że mieszkańcy wioski uciekli z obawy przed Brzytwołapami, dowódco – odparł Yghshashi. – Gdyby doszło do napadu, zabudowania zostałyby zrównane z ziemią, a wszędzie leżałyby okrutnie potraktowane ciała chłopów.

– Mimo wszystko wyślij kogoś, aby przeszukali zabudowania – polecił mu Kidan.

Horh’Hesh zawołał coś w swym dziwnym języku i kilku wojowników zaczęło sprawdzać chaty. Chwilę później w jednej z nich dało się słyszeć odgłosy szamotaniny, a dwaj mężczyźni wyszli stamtąd, ciągnąć za sobą siwego, zgarbionego starca. Zaprowadzili go przed oblicze Kidana, gdzie wieśniak zaczął bełkotać coś, czego porucznik nie mógł zrozumieć, a co poruszyło pozostałych Yghshashian. Kidana zaczęło to irytować, gdyż mężczyzna jęczał bez przerwy, on nic nie rozumiał, a podkomendni widocznie czekali na rozkazy.

– Horh’Hesh! – zawołał oficer. – Może zacząłbyś tłumaczyć? – warknął z gniewem.

– Tak, dowódco – odparł mężczyzna salutując na sposób miejscowych. – Ten chłop prosi nas, a właściwie to błaga o ochronę jego domu. Mówi, że kilka okolicznych wiosek padło już ofiarą Brzytwołap, a mieszkańcy innych uciekają, by zachować życie. Obawia się, że wkrótce przyjdą tutaj i spalą jego chatę.

Kidan z pogardą spojrzał na starca, który cenił swą prymitywną chateczkę bardziej od życia.  Niemniej ucieszyła go myśl, że może niedługo przyjdzie im jeszcze szukać wroga, a po rozprawieniu z problemem będzie mógł wrócić do Wetalii i w miarę cywilizowanych warunków.

– Dowiedz się od niego, gdzie znajduje się ostatnia zniszczona wioska – rozkazał z nikłym uśmiechem Horh’Heshowi.

Wojownik przełożył słowa porucznika. Wywołało to falę pokłonów oraz jęków, gorszych jeszcze niż poprzednio ze strony starca.

– Nie chce powiedzieć, dowódco. – rzekł mężczyzna. – Boi się, że zostawimy go na pastwę losu. Jeszcze usilniej błaga byśmy zapewnili mu ochronę.

Kidan zaczynał tracić cierpliwość. Miał ochotę rozkazać swoim argerańskim towarzyszom, by przećwiczyli starucha kolbami, ale to niekoniecznie mogłoby przypaść do gustu będącym w przewadze Yghshashianom.

– Powiedz temu głupcowi, że im wcześniej znajdziemy Brzytwołapy, tym mniej jeszcze osób ucierpi, a jego osada pozostanie bezpieczna! A jeśli będzie się dalej opierał, powiedz mu, że zostanie wychłostany za marnowanie czasu wojowników swojego króla i wysłanników z wielkiego Imperium! – warknął do Horh’Hesha.

Wojownik wpierw się zdziwił, wyglądał jakby próbował zaoponować, ale na widok miny porucznika, zrozumiał, że ten nie blefuje. Zaczął więc tłumaczyć starcowi sytuację, dodając własną, łagodną perswazję. Jako miejscowy szlachcic i człowiek króla, Horh’Hesh faktycznie miał prawo do biczowania opornych chłopów, ale nie chciał tego robić. Groźba wszakże poskutkowała, bo teraz wieśniak zaczął błagać o wybaczenie swego natręctwa. Kidan zbliżył się do starca, a przerażony chłop padł przed koniem oficera na ziemię. Nie odrywając głowy od błota, wreszcie wykrztusił to co cudzoziemiec chciał usłyszeć.

– Idźcie ścieżką na północny-zachód – tłumaczył Horh’Hesh. – Niedaleko jest wioska, z której nie ma żadnych wieści i z której nikt nie uciekł, ale za to było widać dym. Ciągle przy tym powtarza byśmy tam nie szli, a bronili tej osady. Może to nie jest zły pomysł, dowódco? Zdaje się, że Brzytwołapy idą ciągle w tym kierunku. Moglibyśmy się tutaj okopać, złapać ich w pułapkę – zaproponował na koniec.

– Wysłano mnie na polowanie, nie na ochronę kmiotków – odparł porucznik tonem nie znoszącego sprzeciwu. – Ruszamy natychmiast do tamtej drugiej wioski! Chcę jak najszybciej skończyć to zadanie i wynieść się z tej dżungli!

– Tak jest, dowódco, ale znowu proszę cię o to co wczoraj. Pamiętaj, by nie lekceważyć naszych wrogów – rzekł skromnie Horh’Hesh.

 

*

Oddział Kidana ruszył we wskazanym przez chłopa kierunku, zostawiając opuszczoną wioskę za sobą. Chociaż dotychczasowa droga była tragiczna, dalej zrobiło się jeszcze gorzej w co porucznik ledwie potrafił uwierzyć. Obok siebie mogło iść co najwyżej dwóch mężczyzn. Żaden pojazd, by tędy nie przejechał. Gałęzie drzew łączyły się nad ścieżką w gruby strop, który skutecznie blokował tę marną cząstkę światła jaka przebijała się przez chmury, a deszcz ściekający strugami z roślin stawał jeszcze bardziej denerwujący niż na szerszej drodze. Yghshashi potrafili poruszać się w takim terenie jakby szli po najprzedniejszym bruku, ale nie jadący wierzchem cudzoziemcy. Konie grzęzły w błocie i potykały się, a ich jeźdźcy klęli jeszcze ostrzej, wymyślając nawet swoje własne, nowe wulgaryzmy. W wyzwiskach niezaprzeczalnie przodował Kidan. W końcu porucznik miał dość. Zeskoczył z konia i kazał go prowadzić Rothowi. Pozostali żołnierze również zeszli z siodeł, co nieco złagodziło problem grzęźnięcia. Omywany deszczem oddział maszerował jeszcze przez dwie kolejne godziny. Ulewa zdecydowała się w końcu na kolejną przerwę w zalewaniu świata, za co Kidan dziękował bogom. Ścieżyna przez cały czas była pusta, a gdzieniegdzie dżungla próbowała ją zarosnąć, zmuszając ich do krótkich postojów, by wyciąć przejście. Podczas jednej z takich operacji, nagle dało się słyszeć z dżungli jakieś hałasy. Porucznik przezornie nakazał wszystkim ustawić się w formacji obronnej. Nastąpiła chwila nerwowego oczekiwania, podczas której odgłosy się przybliżały. Czy to zbliżał się wróg? Czy może dzikie zwierzęta? – zastanawiał się oficer. Prawda nieoczekiwanie okazała się zgoła inna. Na ścieżkę z gąszczu wyszła bowiem grupka około dwudziestu uzbrojonych ludzi, z czego wielu noszących rany. Kidan o mały włos nie wydał polecenia do rozpoczęcia ataku. Teraz spoglądał zbity stropu na nie mniej zdziwionych Ygshashian. Ich przywódca zaczął coś wykrzykiwać.

– Co on takiego mówi? – Porucznik zapytał się Horh’Hesha. – Kto to w ogóle jest?

– To chłopi, którzy postanowili bronić swoich domów, a nie uciekać, dowódco. Takie spontaniczne, pospolite ruszenie, jakbyście to nazwali u siebie. Nie chcą z nami walczyć. A ten mężczyzna również pyta się kim jesteśmy i co tu robimy – odparł wojownik.

– Powiedz mu, że jestem porucznik Kidan z Imperialnego Korpusu Ekspedycyjnego i że wraz z oddziałem tropię grupę Brzytwołap panoszącą się po okolicy. Zapytaj go też o imię oraz co tu takiego robi z tą hołotą.

Horh’Hesh przekazał słowa liderowi drugiej grupy. Tamten chwilę pomyślał i coś odpowiedział, coś ważnego bo malowała się na jego twarzy powaga. Tłumacz od razu przełożył.

– Mówi, że imiona nie są ważne, dowódco. Wspomniał za to, że wraz z sąsiadami postanowił przegnać bestie i prawdopodobnie polujemy na tą samą bandę co oni. Starli się już z wrogiem, ale ten okazał się zbyt liczny oraz za dobrze przygotowany. Pokonani wycofali się, by odzyskać siły oraz uzupełnić szeregi.

Kidan uśmiechnął się, gdy to posłyszał. Był co raz bliżej wykonania misji, a więc i odpoczynku od dżungli.

– Niech powie ile ich było i gdzie doszło do starcia – rzekł do Horh’Hesha.

Nastąpiła kolejna wymiana słów między tłumaczem, a liderem chłopskiej grupy.

– Mówi, że znaleźli ich w dżungli w pobliżu niedawno zniszczonej wioski, a co do ilości… Twierdzi, że było ich nieco więcej niż liczy nasz oddział. Wspomniał też żebyśmy przygotowali żołądki przed przejściem przez osadę – przełożył wojownik.

Napotkana gromada pospolitego ruszenia dłużej ich już nie wstrzymywała i poszła w swoją drogę. Oddział Kidana ruszył zaś dalej rozmokłą ścieżką. Szczęściem deszcz nie zaczął znowu padać, ale na Ygarze potrafiło się to zmienić natychmiastowo. Gdy oficer pomyślał, że ma tutaj spędzić jeszcze pół roku, zaczęła go zalewać irytacja. Nie bardzo zajmowała go w domu zoologia, czy botanika, ale już zdążył zatęsknić do spokojnych lasów i łąk Argeranii. Musiał jednak tkwić w tym rządzonym przez kapłanów, przemoczonym kraju, ponieważ Imperium postanowiło pokojowo włączyć je w swój skład w zamian za techniczne oświecenie Ygshashian. Jeśli porucznik dobrze się orientował, a co dobrze widać po uzbrojeniu podległych mu wojowników, nieszczególnie sprawnie szło unowocześnianie miejscowej cywilizacji, bo ci sami kapłani mieli wiele obiekcji związanych z ich wierzeniami. Zwykli ludzie też nieszczególnie przychylnie witali przybyszy. Akurat osoby takie jak Horh’Hesh, którzy chcieli jak najwięcej dowiedzieć się o świecie poza ich Ygarą, należeli wśród tubylców do rzadkości. Z rozmyślań mężczyznę wyrwał okrzyk wojowników idących na czele kolumny, mający oznaczać, że widać już zgliszcza wioski wspomnianej przez uzbrojonych chłopów oraz starca. Kilka chwil później, oddział wkroczył do osady. Kidan oniemiał, gdy zobaczył co się tam znajduje. Oprócz zburzonych bądź spalonych chaty, zastali także ludzkie ciała i to wiele. Praktycznie wszystkie zwłoki znajdowały się w makabrycznym stanie: Rozczłonkowane, wypatroszone, odarte ze skóry, albo zwęglone wśród zgliszczy. Ziemia tak przesiąkła krwią, że nawet deszcz nie zdołał jej jeszcze zmyć. Zaczynało także cuchnąć zgnilizną, bo w takich tropikalnych warunkach rozkład zabierał się dzieła bardzo szybko. Nawet Ygshashiańscy wojownicy pobledli na ten widok i modlili się po swojemu. Jednakże, wszyscy poza Rothem byli doświadczeni w wojnie. Każdy zadawał już śmierć oraz samemu spoglądał jej w oczy, więc wytrzymali ten widok. Tylko ordynans zaczął wymiotować z obrzydzenia w krzaki.

– Nadal uważasz, że wiesz z kim masz do czynienia, dowódco? – zapytał Horh’Hesh tonem nauczyciela, który przyłapał ucznia na błędzie.

– Co za jatka. W rzeźni widziałem przyjemniejsze widoki – mruknął tylko w odpowiedzi Kidan.

– Brzytwołapy zabijają bardzo paskudnie – przytaknął tłumacz. – Czekamy na rozkazy dowódco – zwrócił się do porucznika.

Kidan potrząsnął głową, by pozbyć się otępienia. Może trochę się pomylił w ocenie wroga, ale to nie znaczyło, że miał się rozkleić. Nadal zamierzał czym prędzej wykonać zadanie, a teraz chciał to zrobić tym bardziej, że należało ukarać potwory tak okrutnie mordujące, prymitywnych wprawdzie, ale nadal ludzi. Udało mu się wzbudzić w sobie nienawiść do tych całych Brzytwołap, a to pozwoli mu choć trochę zignorować niewygody Ygary. W końcu porucznik zrobił poważną minę i zbliżył się do wojowników.

– Tłumacz moje słowa Horh’Hesh – polecił tłumaczowi, a ten kiwnął głową, że będzie to robił. – Słuchajcie mnie, wojownicy Ygary! Przyznaję, że nie przepadam ani za waszą wyspą, ani za wami, co pewnie zauważyliście. Niemniej widok tej rzezi otworzył mi oczy! Faktycznie walczycie z potworami i zapewniam was, że bestie odpowiedzialne za masakry w okolicy zostaną ukarane! Przez nas! Wiem, że są wśród was zwiadowcy uzdolnieni w tropieniu. Ruszajcie szukać śladów, byśmy mogli odwdzięczyć się Brzytwołapom pięknym za nadobne! – Kidan przeczuwał, że bitwa jest blisko, więc postanowił trochę wzmocnić morale przemową.

Okrzyk Yghshashian oznajmił mu, że odniósł jakiś skutek, a tubylcy byli pełni gniewu i chęci zemsty na wrogu. Dobrze.

– Do rzezi doszło już jakiś czas temu. – zauważył Horh’Hesh. – Skąd pewność, że ciągle są w pobliżu? – Oficer wyczuł, że było to pytanie sprawdzające, a nie mające zaspokoić niewiedzę szlachcica.

– Cóż, wasze Brzytwołapy musiały tu przez wspomniany przez ciebie „jakiś czas” obozować w pobliżu, skoro tamci chłopi nie dawno stoczyli z nimi bitwę. Jeśli hołota uciekała właśnie z przegranej bitwy, to wrogowie powinni być nadal blisko. Jak wyruszymy niezwłocznie, powinniśmy ich dogonić – odparł Kidan. – Nie zwlekaj więc i wyślij zwiadowców!

Tłumacz uczynił to i kilku wojowników zaczęło się rozglądać wśród ruin. Wkrótce wskazali prawdopodobny kierunek, w którym udały się Brzytwołapy.

– A co z ciałami? – zapytał jeszcze Horh’Hesh.

– Nie mamy czasu na pochówek. Nakaż wymarsz! – warknął porucznik.

Ygshashi nie podobał się brak szacunku dla zmarłych, ale nie opierał się i przekazał rozkaz. Oddział ponownie ruszył, ale w znacznie bardziej bojowym nastroju. Zwiadowcy energicznie wysunęli się naprzód, by szukać śladów oraz kierować resztą. Dość szybko znaleźli oni w dżungli pole bitwy zasłane świeżymi ciałami ludzi, najpewniej chłopów z pospolitego ruszenia. Zwiadowcy przeszukali to miejsce i odkryli wydeptane zarośla. Wrócili poinformować o znalezisku tłumacza, który po usłyszeniu wieści, wysłał ich ponownie.

– Mówią, że wróg podąża na północo-zachód. – oznajmił Horh’Hesh.

– Tam więc pójdziemy. Powiedz mi tylko jedno. Ci chłopi są tak tragicznymi wojownikami, że nie widać tutaj trucheł żadnych potworów, czy może one są tak potężne? – odparł Kidan.

– Najpewniej Brzytwołapy zabrały ciała swoich ze sobą. Mają taki zwyczaj pożerania swoich poległych wojowników. Wierzą pewnie, że przejdzie na nich ich siła, czy coś takiego. To w końcu potwory – oznajmił szlachcic.

Brutalne bestie i do tego kanibale? – Myślał z ponurą miną Kidan, gdy oddział maszerował za tropem. – Co raz lepiej. O dziwo wędrówka stała się nieco prostsza. Z jakiegoś powodu drzewa nie rosły teraz tak gęsto jak wcześniej, za to teren był nierówny i wznosił się, albo opadał. W końcu weszli na dość wysoki względem otoczenia, podłużny pagórek. Jego grzbietem jeszcze przez półgodziny poruszali się w kierunku północnym. W pewnym momencie powrócił jeden ze zwiadowców dając znaki by się zatrzymali. Yghsashi podszedł do dowódcy i zaczął coś szeptać.

– Dowódco! – odezwał się Horh’Hesh wysłuchawszy relacji. – Znaleźli ich! Są kilkadziesiąt metrów przed nami u podnóża tego wzniesienia.

– Świetnie! Teraz to my im urządzimy rzeź! – syknął przez zęby Kidan.

– Zaczekaj dowódco! – wstrzymał go tłumacz. – Nie znikąd wzięła się nazwa Brzytwołapy. Te bestie mają naprawdę potężne szpony, którymi mogą przeciąć na pół nawet człowieka w brązowym napierśniku…

– Ale ja i moi żołnierze z Korpusu mamy stal, tłumaczu – prychnął porucznik.

Oddział po cichu zbliżył się do krzaków porastających łagodną krawędź pagórka, likwidując po drodze wartowników Brzytwołap. Zza osłony, u podnóża wzniesienia ujrzeli odpoczywające istoty, które ścigali. Kidan teraz dopiero mógł się im przyjrzeć i musiał przyznać, że różniły się znacznie od zwierzoludzi, z którymi walczył w innych częściach Imperium. Ci tutaj wyglądali jak wielkie, potężnie umięśnione koty o ciemnym umaszczeniu futra z siwymi pręgami. Paszcze mieli pełne ostrych, długich kłów, a pazury w istocie imponujące. Potrafili się poruszać w pozycji wyprostowanej, a chociaż garbili się przy tym znacznie, nadal wydawali się wyżsi od przeciętnego człowieka. Łatwo dało się stwierdzić, że wygodniej tym istotom poruszać się raczej na czworaka. Nie licząc broni zdobytej na Yghshashianach, ich uzbrojenie było bardzo prymitywne i nawet nie nosili żadnej odzieży, ani tym bardziej pancerzy.  Yghshashianie walczyli z Brzytwołapami od stuleci, jeszcze przed tym jak ludzi z Ygary zjednoczyła jedna władza. Na nich stworzenia nie robiły wrażenia, ale imperialni żołnierze Kidana poczuli dyskomfort na widok takiego wroga.

– Kapitanie! – szepnął z paniką w głosie Roth. – Nie boję się zwykłych zwierzoludzi, ale te stwory wyglądają jak ucieleśnienie dzikiej, bezrozumnej siły!

– Nie panikuj chłopczę. – odparł wyjątkowo spokojnie Kidan. Teraz, gdy miał przed sobą wrogą, liczyły się przede wszystkim spokój i opanowanie. – Po to mamy ze sobą miejscowych, którzy wiedzą jak z tym walczyć, a my ich wesprzemy z naszej broni. Horh’Heshu, myślisz, że atak z zaskoczenia ma szansę powodzenia? – zwrócił się do tłumacza.

– Brzytwołapy mają dobry słuch i węch, ponadto rzadko wpadają w panikę. Zaskoczyć ich jest bardzo trudno, ale skoro pozbyliśmy się wartowników, da się to zrobić. Sprzyja nam wiatr, wiejący w twarz oraz teren, inaczej już by nas zwietrzyli. Mamy szczęście. – odpowiedział tamten, szybko oceniając sytuację.

– A więc mój plan jest taki – rzekł po chwili namysłu Kidan. – My ostrzelamy ich z góry z naszej broni, a wy Ygshashi, uderzycie na nich, nim zdążą się pozbierać. Ktoś ma jakieś obiekcje?

Odpowiedziała mu głucha cisza i spojrzenie zdeterminowanych wojowników i żołnierzy. Kidan uśmiechnął się. Lubił, gdy podkomendni nie kwestionowali jego decyzji. Yghshashi oraz Argerańczycy rozdzielili się. Ci pierwszy przygotowywali się do szarży, drudzy zajmowali odpowiednią pozycją do ostrzału. W końcu porucznik wydał rozkaz, a z zarośli rozległy się huki wystrzałów. Bestie okazały się całkiem wytrzymałe na ostrzał z broni palnej, mimo braku zbroi, ale kilka zwaliło się na ziemię martwa lub ciężko ranna. Być może Brzytwołapy nie bały się tego co znały, ale broń palna wywołała u nich chwilowy popłoch i nie wiedziały co robić. Biegały chaotycznie, wpadały na siebie oraz gryzły wzajemnie. Wtedy Kidan dał Horh’Heshowi znak. Ze szczytu wzniesienia Yghshashianie zaszarżowali na swych odwiecznych wrogów z okrzykiem na ustach oraz płomienną dzikością prymitywnych ludzi, którą ludy cywilizowane zatraciły. Część bestii pobiegła im na spotkanie, ale wielu dalej nie rozumiała co się dzieje, że giną od huków i niewidzialnych pocisków. Ludzcy wojownicy starli się gwałtownie na stoku pagórka z Brzytwołapami, błyskawicznie spychając ich w stronę reszty bandy. Udało się im je zaskoczyć, zyskując pewną przewagę. W końcu jednak potwory opanowały się, po czym przypuściły razem wściekły kontratak. W zwarciu starła się dzikość z dzikością, w której nie pozostało miejsce na litość. Lała się krew, fruwały odcięte, bądź oderwane członki, krzyczeli umierający. Brutalność, siła i liczba przeciwników zaczęły powoli przełamywały morale ludzi, a na ostrzał Argerańczyków przestały zwracać uwagę. Dlaczego prymitywów tak ciężko zabić z niby potężnej, nowoczesnej broni? – pomyślał w tej chwili Kidan z grymasem irytacji na twarzy, obserwując ze swojej pozycji pole bitwy. Zdał sobie sprawę, że panika wśród Yghshashian oznacza klęskę, a odwrót skończy się masakrą jego podwładnych. Wątpliwe by taki dziki wróg zrezygnował z pogoni, a ludzie zdołali im umknąć. Porucznik postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Nakazał przerwać ostrzał i wsiadać na pozostawione z tyłu konie. Upewniwszy się, że wszyscy żołnierze są gotowi do dzieła, osobiście poprowadził szarżę na flankę skupionego na Ygshashianach przeciwnika. Widok koni ponownie skonsternował Brzytwołapy, a jeźdźcy mocno wgryźli się w ich szeregi, tnąc jak popadnie pałaszami. Wsparcie imperialnych sojuszników odnowiło morale cofającym się wojownikom i ponownie zaczęli napierać na bestie.

W trakcie walki, gdy Kidan na lewo oraz prawo wymachiwał ostrzem jego wierzchowiec poległ, gdy jeden z potworów rozerwał mu pazurami gardło, po czym zaczął dobierać się do uwięzionego w strzemionach jeźdźca. Porucznik wpakował mu w łeb całe sześć kul, jakie mieścił bęben jego rewolwera, robiąc z niej krwawą miazgę, po czym wygramolił się spod końskiego truchła. W tym momencie stanął przed nim kolejny Brzytwołap. Ten był jednak większy od innych osobników oraz nosił z dumą naszyjnik z ludzkich czaszek. Kidan zrozumiał wtedy, że nawet potwory muszą mieć dowódców, gdy wykazują zdolność do organizowania się, a śmierć takiego podziała deprymująco na jego podkomendnych. Nie czekając na towarzyszy, oficer natarł z wzniesionym pałaszem, ale przeciwników odparł cios kawałkiem drewna przyczepionym do lewego przedramienia i służącym mu za tarczę. Bestia uderzyła trzymaną w prawej ręce potężną maczugą, ale człowiek zdołał zbić cios mieczem. Obaj walczący spojrzeli sobie w oczy, zdając sobie sprawę, że to będzie trudne starcie, a potem rzucili się na siebie. Zaczęła się wymiana ciosów, z której nikt nie mógł wyjść zwycięsko. W pewnym momencie drewniana maczuga, choć tęga, nie wytrzymała razów stalowego ostrza i pękła. Stwór stracił na moment równowagę. Kidan miał wtedy nadzieję przeszyć pierś wroga, co oznaczałoby zwycięstwo. Zapomniał wszakże, że jego przeciwnik miał nadludzki refleks oraz drugą rękę, która błyskawicznie wystrzeliła naprzód, zatrzaskując się w strasznym uścisku na dłoni człowieka. Kapitan próbował się opierać, ale musiał ulec takiej przewadze siły i upuścił miecz. Gdy to się stało dowódca Brzytwołap puścił Kidana, ale zaraz potem ujął go prawą ręką za szyję, podnosząc z ziemi jak piórko. Oczy człowieka oraz bestii spotkały się ponownie, a oficer postarał się, by stwór nie ujrzał w nich strachu. Wtedy wróg odezwał się, ale nie było to zwierzęce warczenie, ale Argerański, chociaż ciężko zrozumiały.

– Głupi człowiek z nieba, mieszać w walkę, która nie ich. – mruknęła istota, spluwając pogardliwie na ziemię.

– Ty… ty umiesz mówić stworze! – syknął Kidan, siłując z trzymającą go potężną ręką. – Skąd znasz mój język? Gadaj!

– Ty teraz nie pytać! Ja mówić! – odparła bestia, rozglądając się dookoła. Kidan też spojrzał. Ludzie masakrowali powoli Brzytwołapy, ale te wciąż stawiały opór. – My przegrywać. My teraz pójść. Wystarczy niszczyć wiosek Ygh. Ty iść do swoich! Powiedzieć im: odejść stąd człowiek z nieba. Inaczej klany zjednoczyć się i razem zmiażdżyć Ygh i ich przyjaciół!

Wtem stwór ryknął tak potężnie, aż Kidan ogłuchł. Po chwili padł na ziemię, gdy bestia go puściła. Biegiem pobiegła na północ, a inne poszły za nią, warcząc z niezadowolenia, gdy przerywały walkę.

– Poruczniku! Poruczniku! – Wołał ktoś, ale mężczyzna ledwie słyszał.

W pierwszej chwili nawet nie mógł rozeznać kto do niego podszedł, tak mu się kręciło w głowie. Dopiero, kiedy to się uspokoiło, zobaczył przed sobą zmartwionego Rotha podającego mu pomocną dłoń. Porucznik chwycił za nią i po chwili stanął na nogi. Teraz dopiero zobaczył, że jego ordynans został nieźle poobijany.

– Widzę, że przeszedłeś chrzest bojowy chłopczę. Nic nie jest? – zapytał się nawet z troską młodzieńca.

Wyglądało na to, że jest już po walce, a Brzytwołapy faktycznie się wycofały. Poległa mniej więcej jedna trzecia Yghsashian oraz czterech Argerańczyków, a sporo z żywych nosiło rany, ale straty wroga były dużo większe i nawet nie zdołali zabrać ciał swoich poległych. Odrobina słodyczy w goryczy przegrania pojedynku z przeciwnym dowódcą. Pewien fakt jednak wywoływał u mężczyzny co raz większy gniew.

– To… to tylko draśnięcia, poruczniku. – odparł tymczasem z dumą Roth. – A co z panem? Widziałem jak ten potwór trzymał pana za szyję. Bałem się że skręci panu kark.

– Nic mi nie jest – rzekł Kidan, kładąc żołnierzowi dłoń na ramieniu – Gdzie jest Horh’Hesh?

Ordynans wskazał mu tłumacza, poszukującego wśród leżących ciał rannych ludzi. Oficer natychmiast podszedł do Yghshashi.

– Okłamałeś mnie! – warknął na szlachcica.

– Jak to dowódco? – zdumiał się wojownik, odrywając od swego zajęcia.

– Twierdziłeś, że Brzytwołapy nie mówią, a tymczasem jeden z nich, chociaż nieudolnie, ale mówił do mnie, w dodatku w moim języku! – porucznik niemal krzyczał, ale potrzebował wyładować złość.

– O czym mówisz, dowódco? Prawdę rzekłem, że Brzytwołapy nie umieją w ogóle mówić. Porozumiewają się jak zwierzęta, zachowują się jak zwierzęta i myślą jak zwierzęta… – tłumaczył się Horh’Hesh, ale nie brzmiał wiarygodnie.

– Wiem co słyszałem! – przerwał mu Kidan. – I czuję, że coś przede mną ukrywasz. Gadaj! – Argerańczyk stanął z tubylcem twarzą w twarz.

Mierzyli się przez jakiś czas wzrokiem. Kidan rzucał zabójczym spojrzeniem, Horh’Hesh próbował uchodzić za niewzruszonego jak skała. W końcu jednak to Yghsashi pękł.

– No dobrze! Powiem ci, dowódco! Ale nie wiem tego z pierwszej ręki – westchnął. – Podobno grupa uczonych ludzi z waszego Imperium przybyła tu wraz z wojskiem po zawarciu przez radę kapłanów układu z wami. Poszli od razu badać dżunglę z małą obstawą i zniknęli gdzieś w pobliżu terytorium Brzytwołap. Podejrzewano, że zginęli, bo te bestie nie biorą jeńców, ale ostatnio Brzytwołapy zmieniają swój sposób walki, więc może…

Horh’Hesh nie dokończył, bowiem porucznik zaczął się głośno śmiać.

– A to ci niespodzianka! To pewnie od zaginionych naukowców nauczyli się paru nowych sztuczek, nie uważasz? Niemniej okłamałeś mnie – ponownie zmierzył wzrokiem wojownika, który skulił się.

– To prawda – przyznał się tłumacz. – Kapłani tak kazali. Lud nie może dowiedzieć się, że Brzytwołapy mogą się uczyć i stać jeszcze groźniejsze. Żeby nie było paniki, żeby nie kwestionowano decyzji kapłanów i sojuszu z waszym Imperium.

– Nawet w takim zacofanym bagnie polityka jest taka sama – mruknął Kidan, czując, że gniew z niego już uszedł. – Ale już dobrze. Misja wypełniona, wróg został odparty, a teraz trzeba tu posprzątać i przygotować oddział do powrotu. Wydaj rozkazy – polecił Horh’Heshowi.

– A można wiedzieć, co takiego miał do powiedzenia ten Brzytwołap? – zapytał jeszcze z ciekawości Yghshashi.

– Powiedział żeby „człowiek z nieba” opuścił Ygarę, grożąc, że inaczej ich klany zjednoczą się – rzekł bez ogródek porucznik.

Tak jak się spodziewał, Horh’Hesh pobladł.

 

*

Półtorej tygodnia później Kidan powrócił do placówki sił imperium w Wetalii. Była to jednocześnie baza Imperialnego Korpusu Ekspedycyjnego, jak i miasto cudzoziemców na Ygarze. Porucznik nawet nie poszedł odpocząć po przybyciu, tylko od razu udał się do sztabu, aby złożyć raport. Kiedy tylko przekazał swoje rewelacje, trafił z nimi od razu do samej góry, do biura głównodowodzącego siłami Imperium na Ygarze, gdzie zasiadł na krześle i opowiedział o całym przebiegu swojej misji.

– Mówisz, że Brzytwołap przemówił? I że może to mieć związek z zaginionymi naukowcami? – zapytał, po usłyszeniu całej historii, posiwiały mężczyzna siedzący za biurkiem, noszący oznaczenia generalskie na mundurze.

Nie był to byle kto. Generał Hagen von Frand był kiedyś bohaterem armii imperialnej, ale pewnego dnia, tak jak i Kidan, komuś podpadł i skończył tutaj. Niemniej, porucznik potaknął głową w odpowiedzi. Hagen zaciągnął się papierosem, po czym wypuścił obłok dymu.

– Więc bestia przemówiła? – powtórzył generał. – Cóż, dotąd uważaliśmy Brzytwołapy za zaledwie dwunożne zwierzęta i twój raport raczej nie zdoła przekonać imperatora, że jest inaczej, a cała ta kosztowana operacja wyniesienia Ygary na wyższy poziom rozwoju może być zagrożona.

– Wierzy mi pan? – odparł ze zdziwieniem Kidan.

– Nie jeden ląd widziałem w trakcie swojej służby, panie Lekratz i nie jedną istotę – mówił dalej Hagen, strzepując popiół z papierosa do popielniczki. – Nie jedną też dziwną, niewytłumaczalną rzecz napotkałem, więc uwierzę, że coś co miejscowi uważają za potwory może gadać, tańczyć i mieć nawet swoją kulturę. Muszę przyznać, że nie wiemy o tej wyspie praktycznie nic ponad to co powiedzą nam Yghshashianie. Ma to związek właśnie z tymi zaginionymi naukowcami. Po tym zdarzeniu nikt już nie chciał badać Ygary – wyjaśnił.

– A tubylcy z powodu wielowiekowej tradycji i własnych interesów, część rzeczy zatajają, a innym nie dają wiary, więc i tak o tym nie mówią – stwierdził oficer niższego stopnia.

– Dokładnie – zgodził się Hagen, gasząc niedopałek.

Nastąpiła potem dłuższa chwila milczenia.

– Jeśli to wszystko, udam się już na spoczynek, panie generale – odezwał się wreszcie porucznik, wstając z krzesła.

– Jeszcze jedno – zatrzymał go starzec.

Mężczyzna stał chwilę na baczność, wyczekując.

– Dobra robota, poruczniku – generał uśmiechnął się do mężczyzny. – Zasłużyłeś na odpoczynek. Postaram się, by nie obarczono cię przez jakiś czas kolejną taką wyprawą. Możesz odejść.

Kidan zasalutował, po czym opuścił biuro. Zamierzał teraz zapomnieć na jakiś czas o Brzytwołapach i paskudztwach Ygary.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s