Tajemnica równiny – Wersja 2

To opowiadanie już kiedyś pojawiło się na blogu, ale teraz wrzucam jego nową, poprawioną wersję. Bardzo możliwe, że w przyszłości także inne starsze historie otrzymają nowe wersje.

Tajemnica równiny

Oto jest równina, gdzie oczy widzą daleko, aż po horyzont jawiący się jako prosta linia. Gdzie nie spojrzeć, tam rośną gęste łany bujnej trawy. Tylko gdzieniegdzie spośród tego zielonego dywanu wystaje, a to samotny głaz, bądź to drzewo, niczym wyspy pośród pustki szmaragdowego oceanu. Co pewien czas w zasięgu wzroku pojawiają się zwierzęta zamieszkujące równicę, stada roślinożerców, których tropem podążają drapieżniki. Pod nogami wśród traw buszują również drobniejsze stworzonka, jak gryzonie, czy robaki, a nad głową, pod szafirowym sklepieniem nieba przelatują ptaki.

Przez tą skąpaną w promieniach południowego słońca równinę wędruje samotna postać w brunatnym płaszczu. Jest to chłopiec o niebieskich oczach i białych niczym mleko włosach. Jego obute w sandały stopy zostawiają za sobą ślady w morzu zieleni, a łagodny wiatr powiewa odzieniem oraz czupryną, w którą wpleciono kilka kolorowych koralików. W okrytej grubą, skórzaną rękawicą prawej dłoni młodzieńca spoczywa prosty i długi kawałek drewna zwieńczony przeźroczystym kryształem z pozoru pozbawionym większej wartości. Wędrowiec podpiera się nim, jak podróżną laską, maszerując bez przerwy przed mimo prażącego, południowego słońca. Wszystko co ma znajduje się w haftowanej, wielobarwnej torbie.

Już od wielu dni, które z czasem przemieniły się w tygodnie, a następnie  miesiące, chłopiec wędruje przez góry, lasy, doliny i tą z pozoru bezkresną równinę. Na jego twarzy widać zmęczenie znojami podróży, ale oblicze rozświetla lekki uśmiech, a niebieskie oczy spoglądają z determinacją. Z tajemniczego powodu żadne zwierzę nie boi się tego człowieka, najwyżej spogląda na niego spokojnie z ciekawością. Żaden też drapieżnik nie próbuje go zaatakować.

Chociaż młodzieniec przebył bardzo długą drogę, cel jest już tak bardzo blisko, że zdawało się to snem. Jednakże nie śnił. Po upływie kilku godzin przed nim naprawdę wyłoniło się samotne wzgórze, aberracja w tym płaskim kraju. Pojawiło się nagle, jakby niewidzialna zasłona chroniła go przed wzrokiem przypadkowych osób, a wznosiło wysoko ponad równinę, rozległe, regularne w kształcie i płaskie niczym blat stołu. Chłopiec, czując wzbierającą radość, uśmiechnął się szerzej, wspinając po łagodnym zboczu na łysy szczyt. Stał tam tylko samotny obelisk. Dawno temu ukształtowany dłutem kamień, doznał wielu uszkodzeń przez lata upałów, wiatrów oraz deszczy, ciągle jednak skruszałą powierzchnię pokrywały magiczne znaki z dawno zapomnianego pisma. Wędrowiec podszedł i lewą, gołą dłonią przetarł symbole na obelisku. Gdy tylko ręka dotknęła powierzchni znaki, zaczęły jarzyć się bladym, żółtym światłem. Z rzeźby buchnęła fala mistycznej mocy, poruszając trawą oraz wzburzając drobny pył zalegający między roślinami. Chłopiec podniósł głowę i spojrzał na pustą przestrzeń rozciągającą się za kamieniem. Teraz coś się zmieniło. Można było dostrzec niewyraźny kontur czegoś wielkiego. Z każdą mijającą chwilą zarys ów nabierał co raz wyraźniejszych kształtów oraz przybierać barwy. Wkrótce przed wędrowcem stała monumentalna, kamienna budowla z żółtego kamienia, błyszcząca oślepiająco złotym dachem. Relikt antycznych czasów.

Młodzieniec minął obelisk, ciągle emanujący mocą i wszedł na szerokie stopnie prowadzące na taras budowli. Gdy dotarł do ich końca, wznosił się nad nim wysoki łuk wielkich, otwartych wrót prowadzących do wnętrza konstrukcji. Chłopiec zatrzymał się jeszcze nim przekroczył próg. Ostatni raz obejrzał się za siebie w stronę, z której przybył, tam, gdzie teraz zachodziło czerwieniące się słońce. Przez umysł tajemniczego wędrowca przepłynęły wszystkie wspomnienia związane z jego wędrówką. Od jej początku w dalekiej, małej wiosce po tą chwilę, gdy oto stoi przed osnutym cieniem wejściem do tego mistycznego miejsca. Uśmiechnął się ponownie, po czym stuknął mocno laską o posadzkę, a wtedy kryształ na jej zwieńczeniu rozbłysną jasnym, białym światłem. Młodzieniec przestąpił próg i zagłębił się w ciemny korytarz. Był on długi oraz prosty, nie posiadał żadnych odnóg, okien, ozdób, ani jakiekolwiek drzwi nie pojawiły się czy to w ścianach, czy na drodze chłopca.

Kiedy po długim marszu, wydającym się paradoksalnie dłuższym niż cała dotychczasowa podróż, znużony tym wędrowiec dotarł do końca tegoż korytarza. Znalazł się w wysokiej, okrągłej i zwieńczonej kopułą sali gdzieś w sercu budowli. Znajdowało się tutaj dokładnie trzynaście przejść, łącznie z tym, którym wkroczył tutaj chłopiec. Zbliżył się on do centrum komnaty, gdzie podłogę zdobił rozległy, kolisty ornament.

– Oto nadszedł czas wyboru ostatniej ścieżki… – Rozległ się znikąd wysoki, męski głos przypominający mruczenie kota. – Trzynaście istnieje dróg. Jedna wiedzie z powrotem, jedna do celu. Inne są ślepe, prowadzą ku zagładzie, a może zabiorą cię ku zupełnie innym, nieznanym miejscom. Wybieraj zatem.

Chłopiec nie przejął się tym głosem, tylko stał nieruchomo na środku pomieszczenia. Nie poruszył się także, gdy tuż przed nim zmaterializowała się lewitująca postać, która jakby „leżała” w powietrzu z głową opartą na dłoni. Osoba ta nosiła buty z cholewami, bure spodnie oraz zielony kubrak, na głowie zaś spoczywał wysoki kapelusz z rondem i dziurami wyciętymi na kudłate uszy. Nie był to człowiek, ani nawet istota śmiertelna. Istota ta miała ludzką posturę, ale także szary koci ogon oraz kocią głowę, z której spoglądało dwoje wielkich, szmaragdowych kocich oczu.

– Maho… – rzekł zmęczonym głosem chłopiec. – Jednak jesteś dalej przy mnie.

– Oczywiście mój drogi Ericie. – odparł „kot”, nieco urażony brakiem zaufania. – A co sobie myślałeś, drogi chłopczę? Nie zauważyłeś, że mój czar wciąż działa i chronił cię przed krzywdą ze strony zwierząt podczas wędrówki? Wyznaczono mnie przecież na twego przewodnika. Gdybym cię porzucił, to nie wypełniłbym mego zadania i złamałbym dane przez siebie słowo. Maho, opiekun wędrowców, nigdy nie łamie obietnic – Istota, wstała i wyprostowała się dumnie, ciągle jednak nie dotykając podłogi.

– Ależ ja dziękuję ci serdecznie Maho za twą opiekę – Chłopiec z lekkim rozbawieniem skinął w geście podzięki głową. – I nie unoś się. Chociaż nie łatwym przewodnikiem mi byłeś, bez ciebie bym tu nie dotarł. Nie uczyniłbym tego do czego mnie wybrano.

– Nie ma za co, chłopczę – odpowiedział już bez udawanego urażenia opiekun. – A teraz powiedz mi, do którego korytarza wejdziesz? Wybierz rozsądnie i pamiętaj, że nie mogę ci w tym pomóc. Pamiętaj, kiedy dokonasz już decyzji nie będzie odwrotu – przestrzegł go kot, podlatując do młodzieńca i dotykając pokrzepiając jego ramienia.

Wędrowiec zaśmiał się, po czym odsunął się, łapiąc oburącz swoją laskę. Wzniósł ją wysoko, a końcem uderzył w sam środek kolistego ornamentu. Świecący kryształ zalśnił mocniej, po czym buchnęło z niego dwanaście białych promieni różnej intensywności. Każdy z nich skierował w stronę któregoś wejścia, z wyjątkiem jednego. Chłopiec ocenił każdy z nich, po czym zabrał laskę, przerywając fenomen i skierował się ku temu przejściu, które nie zostało oświetlone.

– A więc wybierasz miejsce, do którego nie dotarło światło? – zapytał z ciekawością Maho, lecąc obok Erita.

– Tak – odpowiedział chłopiec. – Kryształ dąży do rozpraszania mroku, więc miejsce, którego nie oświetlił jest najmniej ciemne. Pomyślałem, że Węzeł musi generować mnóstwo światła.

W tym momencie przeszedł przez łuk, a tuż za nim z głośnym hukiem opadły wrota, podrywając zalegające na posadzce kurz i pył.

– A więc dokonałeś wyboru i już nie możesz tego cofnąć – rzekł kot po czym rozpłynął się w powietrzu. Jego głos jeszcze odbił się echem po komnacie. – Jeśli okaże się słuszny, spotkamy się ponownie u końca. Pamiętaj, że nawet jeśli był to prawidłowy wybór, droga wcale nie musi być bezpieczna.

Podobnie jak tamten pierwszy, także i ten korytarz był długi oraz monotonny. Jednak determinacja chłopca stała się teraz tak wielka, że parł naprzód prawie biegnąc. Omal nie przyniosłoby mu to zguby, gdy podłoga rozwarła się, ukazując ciemną otchłań. Wędrowiec straciwszy grunt pod nogami w ostatniej chwili złapał się krawędzi dziury i wdrapał z powrotem na górę. Zszokowany zajściem, oddychał ciężko. Chwilę mu zajęło otrząśnięcie się z tego stanu. Dalej poruszał się już znacznie ostrożniej. Okazało się, że to nie jedyna pułapka, którą starożytni zastawili, by utrudnić dotarcie do Węzła. Na jego drodze czekały następnie kolce ukryte tajemną sztuką w podłodze tak, że nie dało się dostrzec otworów i tylko dzięki ostrożności nie został przebity, gdy wystrzeliły przed nim. Potrzebował odrobiny czasu, aby zrozumieć jak może iść naprzód. Dostrzegł, że podłoga tam gdzie są kolce drży ledwo widocznie, ale istnieją też pola zwykłego kamienia. Podejmując wielkie ryzyko skoczył na takie pole, ale nic się nie stało. Zadowolony z sukcesu skakał na kolejne, aż pułapka została za nim. Na kolejną zapadnię nie dał się nabrać i ominął ją, idąc wzdłuż ściany. Strzały wystrzeliwane z otworów w ścianach, również nie powstrzymały go, bo rozpoznał tę samą sztukę maskowania, co przy kolcach. Opadającego sufitu się nie spodziewał, ale w porę zaczął biec i skokiem uratował się przed zmiażdżeniem. Wędrowiec zabrał upuszczoną laskę, po czym powstał. Zdumiał się widząc, że oto stanął pod drzwiami wieńczącymi korytarz, a droga wcale nie okazała się długa. Pełen nadziei otworzył odrzwia i przeszedł na drugą stronę, ale srogo się wówczas rozczarował. Kwadratowa sala okazała się pusta. Dokładnie obejrzał ściany, ale nic na nich nie znalazł. Podłoga oraz sklepienie także były absolutnie jednorodne. Żadnych ozdób, jak w całej reszcie budowli. Chłopiec pomyślał, że błędnie zinterpretował wskazówkę świateł przez co trafił do ślepego korytarza. Zrezygnowany chciał, mimo słów opiekuna, spróbować powrócić do wielkiej sali, ale gdy się obrócił, ujrzał opartą o drzwi postać Maho.

– Nie martw się, dokonałeś właściwego wyboru – rzekł z uśmiechem kot. – Dlatego się pojawiłem. Nie zawiodłeś mnie Ericie. Gratulacje – opiekun obdarzył go spojrzeniem pełnym dumy z protegowanego.

– Ale… ale Maho! Tu nic nie ma, dokładnie sprawdziłem. To pusto pomieszczenie! – zauważył Erit, po raz pierwszy od dawna unosząc się w złości.

– Nie mogę się z tym zgodzić – odparł tajemniczym tonem kot. – Widzisz, przyszła pora bym wkroczył ja, twój opiekun. Widzisz, zdarzało się w zamierzchłej przeszłości, że nieupoważnione osoby o złych intencjach dostawały się do tej świątyni. Chociaż, jak widziałeś przemierzając tutejsze korytarze, nigdzie nie pozostawiano wskazówek co do prawdziwej roli tego miejsca, istniały pewne obawy, iż ktoś może nawet przez czysty przypadek dotrzeć do Węzła. Starożytni woleli nie ryzykować, więc postanowili zapobiec takiej sytuacji, ale nie mogli pójść za daleko i zablokować właściwej ścieżki niemożliwymi do ominięcia pułapkami. Wybrano inny sposób. By móc odkryć ostatnie drzwi, osobie wybranej do rozładowania Węzła towarzyszy astralny opiekun, który to uczyni.

– Zastanawia mnie jedna rzecz – wtrącił się Erit. – Dlaczego Węzła nie mogą rozładować duchowe istoty takie jak ty, albo sami bogowie?

– Słuszna uwaga – rzekł Maho, idąc w stronę chłopca. – Otóż bogom uniemożliwiają to ich zasady, ale nie pytaj o szczegóły, bo to ciut skomplikowane. Co do mnie… cóż… najprawdopodobniej moc Węzła by mnie zniszczyła. Tylko śmiertelnik i to nie byle jaki, może się do niego zbliżyć – kot z uśmiechem potarmosił czuprynę Erita. – A teraz zaczekaj tu sobie chwilkę. Zrobię co do mnie należy – mówiąc to, opiekun ruszył do przeciwległej, pustej ściany komnaty.

Stojąc pod nią, Maho rozłożył szeroko ręce i zaczął deklamować, a głos jego zniekształcała moc.

Niechaj znikną łańcuchy,

Żelazne rygle opadną,

Klucz przekręci się w zamku.

Niechaj wrota, co strzegą Splotu,

Staną teraz przed nami otworem,

Oto wybraniec przeszedł próby,

On rozsupła teraz Węzeł Mocy.

Ja, Maho, duch-opiekun wędrowców,

Żądam przejścia dla mego protegowanego!

Otwórzcie się więc!

Złote Wrota!

Tak brzmiały słowa Maho, a gdy przeminęły, cała sala zaczęła się trząść. Nagle kamienna ściana zaczęła opadać, kryć się pod ziemię. Gdy znikła całkowicie, ich oczom ukazały się wspaniałe dwuskrzydłowe drzwi błyszczące od złota i ozdobione mistycznymi symbolami. Były jednak zaryglowane na głucho czarnymi sztabami oraz owinięte srebrnymi łańcuchami. Wtedy Maho skierował dłoń w kierunku wrót, wypowiadając władczo kilka niezrozumiałych już dla Erita słów, a łańcuchy nagle z łoskotem spadły na ziemię. Rygle rozsunęły się chwilę później z głośnym szczękiem, ale mimo to drzwi pozostały zamknięte. Opiekun podszedł wówczas do odrzwi i nakreślił pazurem skomplikowany wzór na złotej powierzchni, co wywołało strzyknięcie w zamku od klucza. Wrota powoli się otworzyły, a zza nich wylało się światło oraz moc. Erit zbliżył się pewnym krokiem do otwartego przejścia, by  zajrzeć za próg. Zobaczył wijące się niczym wąż schody prowadzące głęboko w dół. Stojący obok niego opiekun zaczął nagle jęczeć i zwijać się z bólu.

– Maho, co się dzieje? – zapytał z przejęciem.

– To… emanująca z dołu energia… jest jej za dużo – wysapał kot. – Na dole… znajduje się jeden ze Splotów…, czy jak kto Węzłów Mocy… To ostateczny cel całej twojej wędrówki! Zostało mniej czasu… niż sądziłem! Dla dobra… dla dobra całego świata… musisz rozproszyć zgromadzoną w nim energię!

– Ale… Ale co się wtedy ze mną wtedy stanie? Czy jeszcze cię zobaczę, Maho? Czy powrócę do domu? – zapytał niepewnie młodzieniec.

– Nie wiem chłopczę, to nigdy nie jest pewne. – odparł smutnie Maho. – Mam jednak nadzieję, że to nie nasze ostatnie spotkanie, ale nie możemy dłużej… rozmawiać. Ericie, proszę cię, idź już! – Ponaglił go błagalnym głosem. –  Idź, ale uważaj na Cienie! Teraz, gdy Złote Wrota są otwarte mogą podążyć za tobą, a One lubią wypaczać dobre serca w najmniej odpowiednim momencie! Powodzenia! – dodał na koniec kot i coś podobnego do wyrazu żalu odbiło się na jego pyszczku.

Jego słowa wystarczyły, by rozproszyć widmo zwątpienia Erita. Chłopiec przytaknął i zaczął zbiegać po schodach, zostawiając cierpiącego z bólu Maho samego na górze. Kot, chociażby chciał, nie był w stanie przejść przez wrota.

*

Stopnie były niezwykle liczne, wąskie oraz strome, a wędrówka nimi trudna i niebezpieczna, ale Erit podołał im. Trudniejsze próby przechodził podczas podróży, więc nie dałby się pokonać schodom, chociażby prowadziły do samej otchłani. Jednakże nie szedł do otchłani, tam byłoby ciemno, a tymczasem wszystko wokół oświetlało coś z dołu. Zeskoczywszy z ostatniego stopnia, młodzieniec ujrzał przed sobą kolejne drzwi, tym razem przejrzyste. Za nimi znajdowało się źródło światła. Chłopiec miał pewne obawy, czy je otworzy, ale wrota ustąpiły, gdy tylko pchnął je dłońmi. Otwarły się bezszelestnie. Za nimi rozpościerała się olbrzymia jaskinia. Ku najwyższemu zaskoczeniu Erita, rosły tam drzewa, trawy i kwiaty, a wśród nich leżały przedziwne zwierzęta spoglądające na przybysza przerażonymi, błagającymi oczami. Żadnego podobnego do tych stworzeń wędrowiec dotąd nie widział.

Życie wydawało się tutaj kwitnąć zupełnie jak na powierzchni, chociaż teraz wszystko wyglądało na chore oraz zmęczone, dzięki wielkiej kuli błękitnego światła, unoszącej się nad wysokim, czarnym, kamiennym postumentem w sercu jaskini. Z konstrukcji odchodziły podobne do pazurów rzeźby, jakby trzymające sferę. Erit wiedział co to jest. Ta kula powstała dzięki krzyżującym się w tym punkcie strumieniom energii oplatających cały świat. W owych „Węzłach” lub też „Splotach” energia się gromadzi i z czasem osiąga taką kumulację, iż powstaje zator zagrażający równowadze świata. Zbyt wiele energii zatrzymanej przez zator może doprowadzić do wielkiej katastrofy.

Chłopiec nie mógł wątpić w powstanie zatoru w tym Węźle. Moc emanująca od postumentu przytłaczała go i była odczuwalna nawet na najdalszym skraju jaskini. Wszystkie stworzenia, które żyły w jaskini dzięki Splotowi, marniały właśnie od tego ciężaru. Wędrowiec ruszył przez ten umierający, podziemny świat, ale czuł się jakby brodził w bagnie, albo wręcz smole, taki opór stawiało mu powietrze. Podróż przez wypełnioną energią komorę okazała się niezwykle wyczerpująca, ale w końcu Erit dotarł do stóp olbrzymiego postumentu. Czuł się okropnie zmęczony, a ciężar energii ciągnął go ku ziemi. Wiedział jednak, że jeśli się podda i położy, już nie będzie mógł powstać. Na szczyt niestety nie prowadziła żadna ścieżka, ani schody. Chłopiec nie widząc innego wyjścia, odczepił kryształ z laski, po czym porzucił kij, by mu nie ciążył. Cenny kamień,  schował do swojej torby.

Wtedy zaczął się wspinać po brunatniejących pnączach martwych roślin oplatających piedestał. Erit musiał sięgać do najgłębszych rezerw sił, by podołać temu wyzwaniu. Wielokrotnie się podczas wspinaczki zsuwał, przez co musiał pewne odcinki powtarzać, ale nigdy się nie poddał. Ostatecznie, choć niemal całkowicie wyczerpany, stanął na szczycie. Moc Węzła była tu tak silna, że niemal przygniatała Erita do ziemi. Była przerażająca, a jednocześnie taka niesamowita! Do czego można by ją wykorzystać! Ależ skąd wzięła mu się w głowie taka myśl? Nigdy nie zależało mu na potędze. Młodzieniec poczuł, że to kim jest zaczęło toczyć konflikt z obcymi, mrocznymi myślami nacierającymi zewsząd. Chociaż tego nie widział, tuż za nim z jego własnego cienia, zresztą niezwykle długiego i zdeformowanego przez światło Splotu, uformował się podobny do ludzkiego kształt. Cień słodkim głosikiem zaczął szeptać chłopcu do ucha.

– Tak, Ericie, poczuj to. To jest moc, która może zmieniać oblicze świata. Wyobraź sobie do czego mógłbyś ją wykorzystać! Cały świat i wszystkie istoty żyjące na nim uginałby się przed tobą w pas! Mógłbyś kształtować wszystko co cię otacza wedle swojej woli! – kusił on Erita, jednocześnie swymi mocami osłabiając jego wolę i podsycając pragnienie zdobycia siły rosło. Chociaż chłopiec próbował się opierać, Cień nie przejął się tym. – Nie widzisz, że Dwór Nocy oferuje więcej od tych twoich marnych bogów, którzy muszą się wysługiwać małymi dziećmi? Odegraj się na nich i zrób to. Weź ją. Zabierz tą moc. Zabierz stąd, a potem odwiedź pozostałe Węzły! Z nami  staniesz się najpotężniejszą istotą w tym świecie!

Chociaż wędrowiec starał się zasłaniać uszy, nie mógł znaleźć ochrony przed słowami Cieni wdzierającymi się do samej jego duszy. Nie był w stanie się dłużej bronić. Zaczynał ulegać sugestiom tej istoty. W końcu, niczym bezwolna lalka, wyciągnął dłoń w stronę oddalonej kuli światła i chciał postąpić kroku. W jego głowie pozostał tylko zamiar zabrania mocy Węzła dla siebie. Wtedy jednak uczuł inny ciężar, dużo większy nawet niż ten, którym przygniatała go energia zgromadzona w Splocie. Ciążyło mu coś znajdującego się w jego torbie. Kierując się resztką swej woli, chłopiec sięgnął po to. Wyjął przeźroczysty kryształ, który błyskał teraz białym, nikłym światłem. W umyśle Erita nagle zawdzięczał inny głos, który na moment zagłuszył Cień.

– Synu człowieczy, opamiętaj się! Siła i moc nie dadzą ci szczęścia, a Węzeł zniszczy cię ku radości fałszywych bogów, piewców ciemności! – W tych słowach brzmiała mądrość oraz troska, jakby pochodziła od tych, którzy go wybrali. Szło z nimi światełko pośród ciemności, które zaległy umysł chłopca.

– Ja umrę? –Zapytał pozbawionym emocji głosem Erit.

– Nie słuchaj go! – Zawołał Cień, który zauważył kryształ i zląkł się. Wyglądało na to, że samemu nie słyszał istoty przemawiającej z wnętrza przedmiotu. – Weź tę moc! Zaufaj Dworowi Nocy! To On i jego sojusznicy są fałszywymi bogami, a nie my! – Uderzył ponownie, by jego ofiara nie wymknęła mu się. – Nie widzisz, że próbują ukraść ci sprzed nosa potęgę, która może należeć do ciebie! Boją się, że mógłbyś zagrozić ich pozycji! Ty, śmiertelny człowiek! Dalej! Weź ją teraz! Jest na wyciągnięcie ręki!

– Na wszystko co święte! – Zawołał głos z kamienia. – Zaklinam się chłopczę, opamiętaj się! Pomyśl o swojej rodzinie, przyjaciołach, o swoim opiekunie,  Maho, który cierpi w pomieszczeniu na górze, czekając na ciebie! – Światło nadal usiłowało się przebić przez mroczne macki, które Cień owijał wokół umysłu młodzieńca.

– Maho? Tak, to mój opiekun i przyjaciel… – powiedział monotonnie chłopiec, przypominając sobie podróż. Postać Maho jakby wyłoniła się z mrocznego pragnienia mocy wzbudzonego przez Cień.

-Maho?! Maho to obłudnik i zdrajca! Dziki duch pozbawiony celu, mamiący dla własnej zabawy podróżnych! On także chce cię wykorzystać! Pragnie tej mocy dla siebie, ale nie może tu wejść! Musisz go zniszczyć, bo gdy odwrócisz się plecami, Maho spróbuje odebrać ci twoją nową potęgę! Taki był jego cel od początku, nigdy nie był twoim przyjacielem! – dalej mamił go Cień.

Jednak popełnił wtedy krytyczny błąd. Słowa te pozwoliły chłopcu tylko bardziej skupić się na wspomnieniu przyjaciela i wydobyć się z oplotów mroku. Znał prawdę.

– Kłamiesz. – szepnął Erit, roniąc łzy.

– Słucham? – zapytała zaskoczona istota.

– Kłamiesz! – powtórzył mocniej młodzieniec, budząc się całkowicie z otępienia i obracając w kierunki Cienia. – Maho nigdy by czegoś takiego nie zrobił! Nawet by o tym nie pomyślał! To ty chciałeś mnie wykorzystać! Od początku ci o to chodziło sługo upadłych! Zapłacisz teraz za swoje niegodziwości!

Erit zacisnął palce na krysztale i wycelował go w Cień.

– Zaczekaj! – zawołała z paniką mroczna istota, zdumiona tym, że mały wybraniec się jej oparł. – Nie wiesz co czynisz! Ta moc… – Nie pozwolono mu dokończyć.

Z kryształu wystrzelił promień, który rozproszył mroczną istotę. Chłopiec zatoczył się i upadł na ziemię dysząc ciężko. Czuł radość i lekkość po tym jak uwolnił się od uroku. Gdy przestało mu się kręcić w głowie, zaczął się podnosić. Nie było to łatwe, ale możliwe, skoro ciemność przepadła. Jednakże, podążanie w stronę kuli światła miało okazać się dużo trudniejsze. Ciężar oraz oślepiający blask rosły z każdym postawionym przez wędrowca krokiem, a każde ponowne oderwanie od ziemi stopy stanowiło nową walką z własnym ciałem. Gdyby Erit był w tej chwili samotnym człowiekiem, nie dałby rady. Jednakże czuł dopingujący go wzrok bogów oraz wszystkich bliskich mu osób. Tylko dzięki temu w końcu znalazł się przed samą kulą. Wtedy wybraniec, zebrawszy resztki sił, wskoczył do jej wnętrzu. Poczuł się jakby znalazł się daleko poza swoim światem, w krainie, w której istniała tylko energia i oślepiające światło.

-Dziękuję. Twoje poświęcenie nie zostanie zapomniane – usłyszał szept z klejnotu, który chwilę potem rozpadł się na niezliczone kawałki.

Młodzieniec uśmiechnął się i skupił całą swą wolę, by zmusić otaczającą moc do rozproszenia się. Długo się siłował z tą potęgą, ale w końcu udało się i struktura wzniesiona z energii zaczęła się rozpadać. Światło poczęło blednąć, zaś ciężar ustępować. Zniknął cały nadmiar mocy i Węzeł znów stał się drożny, jednak rozładowanie takiej mocy było zbyt dużym wysiłkiem, jak na jednego chłopca. Pozbawiony sił Erit padł na kolana, a potem uderzył o postument. Resztki życia powoli ulatywały z ciała aż w końcu martwą skorupę opuściła dusza, by udać się w ostatnią podróż…

*

W odległej, skromnej wiosce, gdzie nikt nawet nie słyszał o Węzłach i Cieniach, budził się nowy dzień. Ludzie opuszczali swe domy, by udać się na pola, gdzie mieli pracować pocie czole aż do zmierzchu. Erit spoglądał na nich z pobliskiego wzniesienia. Jego twarz wyrażała wielkie zdziwienie z powodu tego co widział. W dodatku on znał to miejsce. Stąd pochodził, a wśród mieszkańców dostrzegł swoich rodziców. Co to wszystko znaczyło?

– Czy umarłem i jestem teraz duchem, któremu pozwolono po raz ostatni spojrzeć na swoich rodziców i swój dom? – szepnął zbity z tropu, ale nikt mu nie odpowiedział.

Uporczywie przyglądał się swojemu ciału, ale nie wyglądało na przezroczyste, a raczej tak samo, jak wówczas, gdy wchodził do Węzła. Chłopiec stał w bezruchu przez kilka chwil, ale jego otoczenie wydawało się rzeczywiste, podobnie jak on sam. Nie wiedząc co teraz począć, Erit obrócił się plecami do wioski i wkroczył do pobliskiego lasu. Czuł niepokój, nie rozumiał co się dzieje, a jego myśli wędrowały po wspomnieniach. W końcu nie mógł wytrzymać.

– Co to znaczy? – zawołał głośno.

– Nie krzycz tak chłopczę, niektórzy lubią ciszę – mruknął obok ktoś niezadowolony.

Zaskoczony Erit aż podskoczył. Kiedy odszukał wzrokiem źródło głosu, zobaczył siedzącego na głazie szarowłosego mężczyznę w zielonym stroju wędrowca i w wysokim kapeluszu na głowie. Człowiek ten był brodaty, a jego twarz zdradzała, że przeżył wiele trudnych chwil.

– Przepraszam pana – odparł zmieszany Erit. – Nie wiedziałem, że ktoś tu jest.

– Nie szkodzi – Machnął ręką tamten. – A można wiedzieć, czemu to z taką niemrawą miną błądzisz po lesie? – zapytał się pełen ciekawości.

– To długa historia, proszę pana. Chce się panu słuchać jakiegoś obcego dzieciaka? – rzekł skwaszonym tonem młodzieniec, pewien że mężczyzna robi sobie żarty.

– Ależ chcę. Lubię dobre historie – odpowiedział podróżnik. – I nie zamierzam odejść póki nie usłyszę całości. – dodał, wskazując chłopcu, by usiadł na drugiej skale.

Erit zrobił to i zaczął swą opowieść, choć początkowo niechętnie. Nim się jednak obejrzał, a opowiedział ze szczegółami wszystkie swoje koleje losu jako wybraniec, od początku po koniec na piedestale w podziemnej jaskini Węzła. Trwało to tak długo, że poczęło się ściemniać, a ludzie zaczynali wracać do wioski.

– I tak brzmi moja opowieść – rzekł ze smutkiem Erit, czując się jednocześnie dużo lepiej. – Pewnie nie wierzy mi pan, że to są moje własne przeżycia.

– A gdybym powiedział, że wierzę? – odparł tajemniczo mężczyzna.

Chłopak spojrzał na niego, jak na żartownisia.

– Ależ mówię prawdę – kontynuował podróżnik. – Co więcej, jestem z ciebie dumny Ericie.

– O czym pan mówi? Skąd pan zna moje imię? – Erit zerwał się ze skały i odskoczył od mężczyzny, który spojrzał na niego porozumiewawczo.

Po chwili do niego coś dotarło, ale tak go ta myśl zadziwiła, że przez chwilę nie mógł nic powiedzieć, a tamten rozumiejąc na co też chłopak wpadł, kiwał głową na znak potwierdzenia.

– Ty… Ty jesteś Maho, duch opiekujący się wędrowcami? – wydusił w końcu z siebie.

– Tak chłopczę, to ja, przecież mówiłem, że się jeszcze spotkamy – odparł z uśmiechem podróżnik, również wstając.

– Ale co się w takim razie stało ze mną po tym wszystkim? I dlaczego ty jesteś człowiekiem? – zawołał młodzieniec.

– Cóż, gdy rozproszyłeś moc Węzła… naprawdę umarłeś – rzekł Maho. – Ktoś z góry jednak uznał, że to byłoby niesprawiedliwe, gdybyś po tym wszystkim co dla nich zrobiłeś musiał opuścić ten świat. Postanowili, więc że będziesz mógł powrócić.

– Naprawdę? To… miłe ze strony bogów… tak myślę – przyznał Erit, dziwnie czując się z tego powodu, że tak oni postanowili go uhonorować.

– A co do mnie – Maho wskazał na siebie. – Otóż, nie jestem już duchem opiekuńczym. Oddałem te moce. Tak po prostu wyglądałem dawno temu, zanim spotkało mnie coś niesamowitego i stałem się tamtym kotem. Uprzedzając pytanie cisnące ci się na usta o powód tego stanu rzeczy odpowiem, że to dzięki tobie doszedłem do wniosku, że wędrowanie sprawia więcej radości, gdy jesteś tylko człowiekiem – mężczyzna roześmiał się. – Znakomicie się czuję, będąc znowu śmiertelnikiem.

– W takim razie kto teraz będzie opiekował się wędrowcami? – zapytał niepewnie Erit.

– Po pierwsze, nie byłem jedynym duchem zajmującym się nimi. Po drugie, pewnie znajdą kogoś na moje miejsce – wyjaśnił Maho. – A teraz może, zejdziemy z tej góry do wioski, co? – zaproponował

Erit skinął głową. Razem z Maho poszedł do swojego domu, by zakończyć ostatecznie tą długą podróż.

By Galliusz

Starsza wersja

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s