Porażenie, czyli taka sobie historyjka o zabijaniu

W końcu coś wrzucam. Tym razem coś ala Science Fiction, a nie fantasy. Uprzedzam, że nie jest to ani długi, ani ambitny tekst 🙂

Porażenie

 

Wielkie miasto, czymże jest?

Dla jednych symbol postępu.

Dla innych olbrzymi las wież ze szkła, betonu i stali, który piętrzy się wysoko niczym góry ponad geometryczną siecią ulic.

Ich rozmaite, futurystyczne kształty odbijają się na tle nocnego nieba, po którym leniwie suną chmury.

Ich ściany lśnią oślepiająco tysiącami wielokolorowych świateł neonów oraz reklam kolejnych rewolucyjnych produktów mających ułatwić życie i nakłonić ludzi do wydawania pieniędzy, do nabywania rzeczy.

Chodnikami w dole przechadzają się nieliczone rzesze ludzi,  czy był dzień, czy noc, taka jak ta. Bogaci i biedni, młodzi i starzy, wszyscy gonili w rozmaitych sprawach, nie zatrzymując się, nie oglądając na nic, co ich nie dotyczyło bezpośrednio.

Drogami sunęły sznury samochodów, warcząc głośno swymi silnikami, trąbiąc jeszcze głośniej klaksonami i plując spalinami. Z lotu ptaka ulice jawiły się niczym wielkie, ryczące węże o lśniących złoto łuskach. Powyżej unosili się uskrzydleni krewni tych „gadów”. Są to jednak tak naprawdę, wytyczone lewitującymi latarniami, powietrzne ścieżki, którymi śmigają z wyciem powietrza latające pojazdy.

Ryk silników i klaksonów, gwar rozmów i kroków, hałas maszyn i urządzeń. Wszystkie te dźwięki mieszały się ze sobą, po czym odbijały od geometrycznych brył budynków tworząc istnie ogłuszającą, kakofoniczną melodię.

Miasto wyglądało niczym mrowisko, ale w przeciwieństwie do społeczeństwa mrówek,  pozbawione sensu, tkwiące w chaosie oraz egoizmie ludzkich żądz. W dodatku pod płaszczem postępu miejski organizm toczyła niewidoczna gołym okiem zaraza: przestępstwo i korupcja.

Chociaż dumne hasła z plakatów wyborczych do rady miejskiej głosiły wolność i demokrację, władzę tak naprawdę sprawowała grupa bogatych bydlaków, którzy wszelakimi sposobami próbowali zwiększyć swoje wpływy, traktując zwykłych ludzi, jak pionki, zasób, którym mogą bez pytania nikogo o zgodę dysponować. Ale sam zasób nie zauważał nic, nie buntował się, póki mógł prowadzić wygodne w swoim mniemaniu życie.

*

Z góry przyglądała się temu wszystkiemu samotna, tajemnicza postać. Siedziała ona na gzymsie, na szczycie jednego z wyższych wieżowców, gdzie mieli swoje apartamenty bogacze. Nikt z gnających odległymi od dachu ulicami, nie zwracał uwagi na ciemną sylwetkę. Osoba ta nosiła czarny, długi płaszcz z kapturem zarzuconym na głowę, ciemno zielone spodnie oraz metalowe buty sięgające kolan, będące bardziej skomplikowanym urządzeniem niż typowym obuwiem. Twarz zasłaniała jej ciemnoszara cybernetyczna maska. Cały ten ubiór uniemożliwiał rozpoznanie twarzy, a nawet identyfikację płci.

Postać czekała cierpliwie na swojej pozycji, co było czynnością zapomnianą nieomal w tym miejscu, gdzie wszyscy nie mają na nic czasu, a już na pewno nie na czekanie. Wydawała się drapieżnikiem w dziczy oczekującym na swoją ofiarę, co nie stało daleko od prawdy.

Gdy w końcu pojawił się on tam daleko w dole, z tej odległości niczym mały niczym robak, u bogato zdobionych, oszklonych drzwi budynku. Zakapturzony widział jednak wszystko dzięki funkcjom optycznym swojej maski. Jego cel nie wyglądał zbyt imponująco. Ot niski grubas o paskudnej, otyłej twarzy. Jego brzydoty nie mógł ukryć ani luksusowy smoking w starym stylu szyty na miarę, ani makijaż. Mężczyzna ów zwał się Jarod, Jarod Meddone i był skończonym draniem, który handlem tym co zakazane wyniósł się z poziomu ulicy na eleganckie salony. Niewyżytym draniem gotowym truć każdego dla garści banknotów, a kobiety zawsze zdobywał siły i zawsze lądowały one albo w szpitalu, albo na cmentarzu. Kochał zgrywać wielkiego bossa przestępczości, ale chociaż miał spryt i podstęp, był również  skończonym tchórzem. Dlaczego otaczała go niemal cały czas zgraja ochroniarzy, sami rośli mężczyźni z parciem na cyngiel w garniturach i ciemnych okularach.

Gdy rechoczący Jarod wraz ze swą świtą powoli schodził po szerokich schodach apartamentowca, otoczonych mosiężnymi figurami, kilkaset metrów ponad nim, obserwator powoli wstał, ciągle wpatrując się w maszerujących. Zrobił on krok naprzód, poza gzyms i pomknął ku ulicy. Leciał głową skierowaną w dół, wyciągając z pochew przy pasie dwa niezwykle skonstruowane noże. Wydawało się, że to skok samobójczy, że lada moment roztrzaska się na chodniku, ale gdy tylko chwila dzieliła tajemniczego człowieka i beton od bolesnego spotkania, jego buty zaświeciły niebiesko, błyskawicznie wygaszając prędkość. Obrócił się w powietrzu i bez szwanku drapieżnik spadł na swe ofiary. Świta Jaroda  wprawdzie zauważyła dziwny błysk ponad swoimi głowami, ale zajęło im kilka sekund pojęcie co się właśnie stało, a kolejne wyjście z osłupienia. Dwóch bowiem ochroniarzy leżało bez życia, z nożami wbitymi w karki, a krew znaczyła obwicie chodnik.  Pomiędzy nimi klęczała ponura postać, przypominająca mityczne uosobienie śmierci, która podniosła zamaskowaną twarz na pozostałych, a wszystkich wokół przeszyła zimna strzała strachu. W okolicy rozległy się paniczne krzyki, a postronni przechodnie zaczęli w panice uciekać byle dalej od zdarzenia, byle dalej od czegoś, co burzyło ich iluzoryczny ład życia.

– Co u diabła? – krzyknął Jarod, gdy to zauważył. – Kim ty do cholery jesteś?

Zabójca nie odpowiedział, tylko w milczeniu wstał, wyrywając swoją broń z martwych ciał.

– Co tak stoicie durnie?  – Boss zawołał ze wściekłością, mającą zamaskować jego panikę, do swoich dziewięciu pozostałych ludzi, szarpiąc jednego z nich za poły marynarki – Zabić go! Natychmiast! – i pchnął mężczyznę w stronę wroga.

Osoba w płaszczu dalej milczała. Nie było wiadomo jakie towarzyszą mu emocje, gdy osiem dłoni sięgało po pistolety. Na pewno jednak nie strach, jak Jarodowi, którego gęba wyrażała niepokój, bo ktoś nie przestraszył się jego obstawy. Noże zabójcy, podobnie jak buty, nie były jednak tylko zwykłymi ostrzami. Aktywowane zaświeciły niebiesko, tak jak wcześniej buty i zaiskrzyły mocą elektryczności. Z niesamowitą prędkością drapieżnik rzucił się na obstawę swego celu, skacząc między nimi niczym kot, zadając kopnięcia i porażające mięśnie cięcia. Garniturowcy walczyli z zaciętymi minami, byli zawodowcami, ale z takim wrogiem nigdy się nie mierzyli, nie wiedzieli jak z nim powinni postępować. Nie zabijał ich na razie. W pierwszej kolejności chciał ich pozbawić broni palnej, co też zrobił. Bez niej mężczyźni wyciągnęli własne noże, paralizatory oraz pałki.

– Co to ma być? Za co ja wam płacę? Do roboty idioci! – wołał z tyłu Jarod, zza pleców jednego z ochroniarzy.

Wtedy dopiero zaczęło się zabijanie. Taniec śmierci.

Pierwszy garniturowiec zginął, gdy zabójca wykonał piruet, jednocześnie wbijając nóż w jego pierś i rażąc prądem serce szarżującego z pałką mężczyzny. Kolejny próbował zadać w tym momencie cios w głowę napastnika, licząc, że ten jest teraz bezbronny, ale on zrobił unik i umknął mu. Zaczął fechtować się na noże z kolejnym ochroniarzem, najdrobniejszym oraz najszybszym ze wszystkich. Starcie trwało ledwie kilka sekund. Potem serią cięć zamaskowany rozdarł mu brzuch, aż wnętrzności wypłynęły na chodnik. Trzeci i czwarty zaatakowali razem, zmuszając wroga do przejścia do defensywy. Potem dołączyli się piąty oraz szósty, atakując od tyłu. Zabójca zaczął tańczyć pomiędzy nimi, tak można najprościej określić akrobatyczną sztukę jaką wtedy wykonywał, chociaż nie uniknął zupełnie ran. Ludzie Jaroda myśleli wtedy, że wygrywają, w końcu co krwawi to umiera, ale on tylko czekał, aż odpowiednio się ustawią. Wówczas bowiem zniknął w oślepiającym, niebieskim błysku. Gdy światło zniknęło ochroniarze padli martwi, zabici w międzyczasie błyskawicznymi cięciami.

– Jak to możliwe? – zapiszczał Meddone, widząc rzeź swych najlepszych ludzi. – Kim ty u diabła jesteś? Jakimś zasranym cyborgiem?

Pchany przez ocalałych trzech ochroniarzy zaczął się wycofywać. Tamci pozgarniali z ulicy swoje pistolety i zaczęli strzelać, ale bezskutecznie. Napastnik unikał kul, albo odbijał je swymi nożami. W końcu jeden z ochroniarzy pozostał w tyle, wyciągając spod marynarki mały pistolet maszynowy.

– Żryj to! – zawołał do idącego ku niemu zabójcy.

Nim jednak nacisnął za spust, noże błysnęły elektrycznością, a mężczyznę poraził prąd. Przerażony i unieruchomiony, aż popuścił w spodnie. Zabójca minął go, od niechcenia podrzynając mu gardło. Pozostali dwaj usiłowali uciec ze swym szefem do zaułka, ale widząc wroga idącego za nimi, pchnęli grubasa w uliczkę, a sami obrócili się, by stawić czoła nieprzyjacielowi. Jarod Meddone nie czekał na rozwój wypadków, tylko biegł ile sił w jego krótkich, koślawych nóżkach. Cała elegancja i władczość, którą starał się przybrać, prysnęła. Był teraz tylko przerażonym, uciekającym wieprzem. Wprawdzie snuł plany zamordowania zamaskowanego mordercy, gdy tylko się stąd wydostanie, ale nie spodziewał się, że tak szybko usłyszy krzyki umierających, ostatnich ochroniarzy. Dwójki najlepszych jakich wynajął, prawdziwych zabijaków. Obejrzał się wówczas za siebie i ujrzał u wylotu zaułka ciemną postać.

– Kim ty u diabła jesteś? – krzyknął jeszcze raz bogacz, sięgając po własny pistolet i oddając z niego kilka strzałów w kierunku mordercy, ale on szedł powoli naprzód, odbijając kule nożami. – Noż do cholery! Giń!

Drapieżca jednak nie umierał, a pociski w magazynku się skończyły. Jarod rzucił więc bronią, po czym próbował biec dalej, ale ledwie kilka sekund później, zabójca stał tuż przed nim. Jarod z wrażenia aż upadł. Tamten nie odezwał się dalej ani słowem. Gestem tylko pokazał tej świni, by się podniósł.

– Jesteś jakimś zawszonym, mechanicznym zabójcą, prawda? – zapytał trzęsący się ze strachu Meddone, wykonując polecenie. – Ale musisz mieć wolną wolę, nie działałeś jak robot. Ktoś ci więc zapłacił za zabicie mnie, prawda? – Postać w płaszczu potaknęła powolnym skinieniem głowy. – No to dam trzy… nie dziesięć! Dziesięć razy tyle ile niż ci obiecano, jeśli tylko darujesz mi życie! Co ty na to? To nie lada oferta, prawda? – W jego drżącym głosie zadrgała nuta nadziei.

Zabójca chwilę stał bez ruchu. Bogacz zaczął myśleć, że ten rozważa jego propozycję i przestał się trząść.

– Zainteresowany, czyż nie? Z tymi pieniędzmi będziesz… – zaczął mówić, ale nagle błysnęły noże, wirując w dłoniach i krzyżowe cięcie spadło na szyję Jaroda.

Zamiast głosu z jego gardła zaczął dobywać się bulgot, a z ran trysnęła krew plamiąc chodnik oraz ściany zaułka. Niedowierzanie odbijało się w  jego przerażonych oczach nim padł i skonał w konwulsjach. Zabójca klęczał nad nim, przypatrując się ulatniającemu się życiu człowieka, który myślał, że brudną forsą może stawiać się wyżej od innych. Nie zważał na syreny zbliżającej się policji, ani odgłos biegnięcia, gdy z małej torby przy pasie wyciągnął miniaturowy aparat fotograficzny, którym wykonał zdjęcie. Dopiero, gdy ciało przestało drgać, powstał znad niego.

– Ręce do góry! – Usłyszał wówczas krzyk za plecami.

– Ta rzeź to twoja sprawka bydlaku? Rzuć broń i obróć się! – Zawołał drugi głos.

Zabójca usłuchał tylko polecenia obrócenia się. Ujrzał dwóch gliniarzy, jednego młodego, wyraźnie zdenerwowanego oraz drugiego starego, również zdenerwowanego, ale emocje krył swoim doświadczeniem. Bali się, że też zginą, ale ten zabójca miał zasady. Zabijał tylko swoje cele i tylko szumowiny. Zamaskowany wiedział jednak, że wkrótce będzie ich więcej i nie ma czasu na zabawy.

– Rzuć broń i połóż się z rękami na głowie! – rozkazał mu starszy policjant.

Zamiast zrobić to, osobnik oślepił ich ostrym, niebieskim błyskiem. Gdy mogli przestać zasłaniać rękami oczy, po zakapturzonej osobie nie pozostał żaden ślad.

– Cholera, gdzie on jest? – pytał stary, rozglądając się z bronią gotową do strzału.

– Tam! – zawołał młody, który instynktownie, wybiegł z zaułka.

Strzelał za odbiegającym, ale niecelnie. Tymczasem zabójca aktywował swoje buty i wyskoczył kilka metrów w górę i nie zaczął spadać. Pod jego nogami pojawiły się energetyczne płyty, z których wybijał się wyżej i wyżej, kilkoma błyskawicznymi susami wznosząc się na znaczną wysokość, wpadając wprost do otwartego kokpitu przelatującego nad ulicą pomarańczowego ścigacza, który przemknął nad głowami policjantów, aż zerwało im czapki z głów.

– Co to było? – zapytał się młodszy gliniarz swego partnera.

– Ktoś z kim nie mieliśmy szans, młody – stwierdził tamten, spoglądając na ofiary rzezi.

*

Chociaż dwuosobowy, kokpit latającej maszyny był wąski i ciasny. Trzeba było nie lada umiejętności, by wskoczyć do niego w locie, ale zamaskowanemu się udało. Pilot maszyny, młody jasnowłosy mężczyzna, wyglądał na pełnego podziwu.

– To było niesamowite, wiesz? I uwinąłeś się punktualnie jak w zegarku – uśmiechnął się. – Robota skończona? – zapytał.

W odpowiedzi zabójca wyjął aparat i po chwili pilot ujrzał na ekranie zdjęcie martwego Jaroda.

– Szef będzie zadowolony, a teraz lepiej zapnij pasy, bo może trochę rzucać! – zawołał pilot, słysząc syreny policyjnych statków.

Mężczyzna włączył dopalacze i maszyna z szybkością setek kilometrów na godzinę poczęła pędzić przez miasto. Gliniarze wytrwale ich ścigali. Pilot jednak zrobił pokaz swoich umiejętności. Wlatując i manewrując pomiędzy innymi pojazdami latającymi, których pełno było nad ulicami oraz wykonując nagłe zwroty oraz akrobacje.  Statek kluczył w ten sposób chwilę po mieście, oddalając się od odgłosów syren, aż wreszcie całkiem zgubili pogoń. Wtedy polecieli z dala od centrum, do jednej z biedniejszych, mało rzucający się w oczy części miasta. Tam przesiedli się do podstawionego wozu kołowego, znacznie mniej rzucającego się w oczy od pomarańczowego ścigacza i zupełnie bezpieczni pojechali dalej.

Kierowca ruszył do dzielnicy przemysłowej, gdzie roiło się od potężnych zakładów i wielkich magazynów. Tam zatrzymali się pod starą halą. Blondyn osobiście otworzył drzwi zabójcy i razem weszli do środka. W pustym, zdewastowanym pomieszczeniu czekała na nich grupa uzbrojonych mężczyzn oraz ich przywódca, Franz. Wysoki mężczyzna o kwadratowej twarzy, odziany w biały garnitur. Kolejny bogaty drań, nie lepszy od Jaroda Meddone.

– Nasz kochany Gruby Jarod nie żyje? – Franz zapytał się pilota.

– Tak jest! Widziałem zdjęcie jego ciała oraz zamieszanie i trupy ochroniarzy na ulicy – odpowiedział tamten.

– Dobrze – potaknął boss i gestem dłoni odprawił swojego człowieka. Następnie podszedł do stojącego prosto niczym słup zabójcy. – Więc twoja legenda jest prawdziwa, Czarny Piorunie, jestem pod wrażeniem. Wiem, że to miano wymyśliła dla ciebie prasa, ale jako że sam żadnego nie podałeś, jestem zmuszony go używać. Tu jest twoja zapłata – Skinął na jednego ze swoich ludzi, który podszedł wówczas do nich z otwartą, pancerną walizką pełną gotówki.

Zabójca spojrzał się na nią, dotknął banknotów, a potem zamknął wieko i odebrał walizkę, która zaciążyła w jego dłoni.

– Nie przeliczysz? – zapytał się z szelmowskim uśmiechem Franz.

Odpowiedziało mu milczące spojrzenie ukrytych za maską oczu. W powietrzu jakby dało się wyczuć mordercze intencje.

– Za nic w świecie nie oszukałbym Czarnego Pioruna – odparł od razu uspokajająco mężczyzna. – Ale jakbym jeszcze potrzebował twoich usług, mogę na ciebie liczyć? Jest jeszcze sporo kolesi za których śmierć sowicie zapłacę – zaoferował boss, rozkładając ramiona w przyjaznym geście.

Zabójca patrzył na niego jeszcze chwilę, po czym bezceremonialnie odwrócił się i zaczął odchodzić. Twarz Franza wykrzywił się grymas wściekłości. Pstryknął palcami i dwóch uzbrojonych ludzi, zagrodziło drogę zamaskowanemu.

– Hej ty! Nie odwracaj się do mnie plecami, jak oferuję ci intratny interes! Spójrz na mnie! Nie zamierzam gadać do pleców!

Zabójca powoli odwrócił się, a powietrzu pojawiła się ponownie mordercza intencja, tylko potężniejsza, jakby namacalna. Miny osiłków Franza nagle stały się mniej pewne i instynktownie odsunęli się od niego. Franz również zaczął się pocić z instynktownej obawy o życie.

– Zapamiętaj. Jutro mogę przybyć po twoje życie. – odpowiedział robotyczny głos, przetworzony przez syntetyzator maski.

Nawet swój głos ten osobnik ukrywał przed światem.

Franz stracił cały animusz i przez chwilę gapił się w posadzkę. Tymczasem zabójca minął dwóch osiłków, po czym powolnym krokiem odszedł w cień nocy.

– Szefie, dobrze się czujesz? – zapytał się pilot.

– Tak – mruknął.

– Co teraz? – zapytał się młody mężczyzna.

– Szykuj moją limuzynę kretynie! – warknął.

 

Koniec

Krzysztof W.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s