Mroczny Labirynt

Przedstawiam mało ambitną historyjkę, która była próbą napisania czegoś w rodzaju horroru. Nie uważam tego za szczególnie udany eksperyment.

Mroczny Labirynt

 

Gdy Henri Pardotta się obudził, w pierwszej chwili sądził, że nadal śni i to jakiś wstrętny koszmar. Otaczały go nagie, nierówne, pełne ostrych krawędzi skalne ściany jakiejś jaskini, które oświetlały pochodnie płonące… niebieskim, upiornym ogniem, od którego aż jeżyły się włosy na karku. Przestraszony dziwacznym otoczeniem mężczyzna, spróbował podnieść się, a gdy to mu się powiodło, omal nie upadł ponownie na glebę, gdy poczuł zawroty głowy i zachwiały się pod nim nogi. Udało mu się jednak utrzymać w pozycji stojącej i z twarz ukrytą w dłoniach starał sobie przypomnieć cokolwiek z ostatnich kilku godzin, ale bez skutku. W jego umyśle ziała czarna dziura, a ostatnie wspomnienia sięgały zbyt bardzo w wstecz, by mogły wytłumaczyć gdzie i dlaczego Henri się znalazł.

– Panie Pardotta – odezwał się znikąd nieludzki, złowrogi głos. – Próbował pan ukraść coś, co należy do mnie.

Zdezorientowany człowiek aż podskoczył, gdy to posłyszał i rozejrzał się gwałtownie dookoła, ale nie zobaczył nikogo.

– Ale ja nic nie pamiętam! Kim jesteś!? – zawołał tonem obrony mężczyzna, spoglądając w sklepienie.

– Och, to nie istotne – odparł lekceważącym tonem głos. – Ważniejsze dla ciebie jest teraz to, że nie puszczam takich zniewag płazem, ale nie lubię bezcelowego zabijania. Dlatego teraz zagramy w grę o twoje życie. Jak wygrasz puszczę cię wolno, jak ja wygram, twoja dusza będzie należeć do mnie.

– A… ale… ale ja się nie zgadzam! – krzyknął Henri.

– Panie Pardotta, nikt nie pytał się ciebie o to, czy się zgadzasz. Zamiast narzekać, lepiej zacznij przebierać nogami, bo inaczej to będzie bardzo nudna rozgrywka. Nudniejsza niż wszystkie pozostałe.

W tym momencie Henri usłyszał cichy szelest kroków dobywający się z jednego z końców tunelu, kiedy tam przestraszony spojrzał, ujrzał mroczną sylwetkę jakiegoś wysokiego, smukłego i nieludzkiego stwora z długim ogonem. Mężczyzna zaczął się cofać, a gdy potwór wydał z siebie ogłuszający, raniący uszy pisk, ten pierwszy z dłońmi na uszach począł uciekać w przeciwnym kierunku, opuszczając światło dawane przez upiorne pochodnie, zagłębiając się w mrok. Trudno powiedzieć ile Pardotta biegł przez ciemność, potykając się na nierównościach podłoża, aż w końcu zdał sobie sprawę, że potwór nie biegł za nim, ale gnany przerażeniem pędził przez labirynt tuneli. Zatrzymał się dopiero w jakiejś większej komnacie, gdzie też brał wielkimi haustami zatęchłe powietrze wypełniające jaskinie. Panował spokój, więc nieco uspokojony rozejrzał się i serce wnet w nim zamarło. Pod ścianami pomieszczenia leżały całe stery ludzkich kości, a jedne na wpół zjedzone, zmasakrowane zwłoki patrzyły na niego szklistymi, jakby znajomymi oczami, w których utrwalone zostało przerażenie martwego mężczyzny.

– To szczątki głupców takich jak ty, z tym, że oni już przegrali już w grze o życie. Jak będzie z tobą? – odezwał się ponownie głos, chichocząc okrutnie.

Wówczas z tunelu bez żadnej zapowiedzi wyskoczył stwór, obalając swym ciężarem zaskoczonego Henriego. Siłując się z mrocznym potworem, mężczyzna wcale nie miał czasu na jego oglądanie, tylko wymacał dłonią jakąś kość i rąbnął nią z całej sił w głowę bestii, aż przedmiot rozprysnął się na liczne kawałki. Ta pisnęła bólu i zwaliła się na bok, a Pardotta  natychmiast wstał i wybiegł stamtąd. Kiedy komnatę kości zostawił za sobą, przypomniał sobie zupełnie nagle, że Walter, jego stary przyjaciel, pojawił się u niego w domu i namówił go, by pomógł mu ukraść coś z pomieszczenia ukrytego w kanałach miasta, w których Henri pracował.

Bestia tym razem nie pozwoliła mu się tak oddalić, jak wcześniej, tylko goniła go z warkotem, piskiem i innymi niezidentyfikowanymi odgłosami, chcąc przeorać plecy mężczyzny pazurami. W labiryncie ponownie pojawiły się upiorne pochodnie, chociaż znacznie rzadziej rozmieszczone niż w miejscu, w którym Henri się obudził, więc aż tak bardzo się nie potykał i widział wszelkie odnogi. Pogoń trwała długi, pełne napięcia minuty, podczas których Pardotta modlił się, by korytarz, w który wbiega nie kończył się ślepo. W końcu mężczyzna zaczął tracić już siły, a z jego ran, jakich nabawił się wpadając na ściany, albo zadanych mu przez potwora sączyła się krewa. Jego prześladowca zdawał się niewzruszony wysiłkiem, a Henri zaczynał się potykać w strachu, zmęczeniu i desperacji. Kompletnie nie zwracał teraz uwagi na to co ma pod nogami, chociaż jeden upadek kosztowałby go z pewnością życie. Jednak nie upadł ze zmęczenie, nie przewrócił na przeszkodzie, ani nie dopadł go potwór. Na drodze stanęła mu podziemna rzeka pełna jakiejś zielonej, cuchnącej mazi. Zdruzgotany obejrzał się, a tam już jedyna droga ucieczki została zagrodzona przez zmierzającą ku niemu powolnymi krokami bestię. Ponownie odezwał się kpiący głos.

– Co zrobisz, panie Pardotta? Dasz się pożreć mojemu pupilowi, czy  zaryzykujesz kąpiel w… – Nie dokończył jednak.

Nim głos powiedział, co ma do powiedzenia, Henri wskoczył w maź i silny nurt porwał go w głąb tuneli, rzucając nim o skały. Z wielkim trudem manewrował tam Pardotta, by nie rozbić się gdzieś, albo nie nadziać na najeżone żelaznymi, zardzewiałymi kolcami brzegi, gdzie zauważył już jakieś nabite wzroki, tak jak poprzednie należące do kogoś jakby znajomego. Chociaż zdawało się to wiekiem, szalona podróż rzeką trwała tylko chwilę. Mężczyznę zatrzymała bowiem rozpostarta w poprzek cieku krata. Wgniatany w nią przez nurt, zaczął powoli przesuwać się w stronę otworu w jednej ze ścian, do którego wspiął się po kolcach. Gdy wyszedł na brzeg, padł na ziemię, dysząc ciężko. Maź zdawała się nie mieć innych właściwości poza smrodem i szybko spłynęła z ciała Henriego, chociaż zapach pozostał. Na pewno nie utrudni to tamtemu stworowi w wytropieniu, mnie – pomyślał, siadając z trudem. Był ranny i wyczerpany. Zastanawiał się, co powinien teraz zrobić. Czy da się jakoś uciec z tego miejsca. Kiedy tak myślał, zdał sobie sprawę, że teraz pamięta kolejną rzecz. Zaprowadził on Waltera oraz jego znajomych do miejsca, którego tak szukali w kanałach. Nie podobało mu się to, bo kręciły się tam różne dziwne typy, ale Walter obiecał mu górę kasy, a ta zawsze się przyda, zwłaszcza, że córka Henriego mocno chorowała.

Rozmyślania przerwał mu rytmiczny odgłos głuchych uderzeń, dobiegający do z niego zza pleców, z głębi kolejnego tunelu. Nie mając innego wyjścia, poszedł tam i znalazł się w dużej komnacie, której ściany, podłogę oraz sufit wymurowano, a strop podtrzymywały potężne kolumny. Śmierdziało tam gorzej niż maź w rzece i to zapachem gnijącego mięsa. Szybko stało się jasno dlaczego. Z sufitu zwisały setki haków na łańcuchach, a na tych hakach zawieszono niezliczone ludzkie i zwierzęce szczątki, świeże oraz już takie rozkładające się. Podłoga lepiła się od zaschłej krwi, walały się też na niej organy przeróżne. Stosy wątrób i serc, czy zwoje jelit. Smród i widok były tak obrzydzające, że Henri natychmiast zwymiotował. Robił to długo, aż chyba opróżnił cały żołądek. Mimo to szedł dalej przez to pomieszczenie  wstrząsany ciągle torsjami, starając się nie patrzeć, a nos trzymając przy swoim przesiąkniętym smrodem mazi rękawie, byleby nie czuć tej zgnilizny. Kiedy doszedł do tak mniej więcej środku sali, poczuł jakby nienawistną obecność obok siebie i obawiając czarnego stwora spojrzał w tamtym kierunku, ale to nie był on. Znajdował się tam na podwyższeniu wielki stół, otoczony szkarłatną kałużą świeżej krwi, spływającej po schodach. Za tym blatem stał olbrzymi mężczyzna o szerokiej piersi, rosłych ramionach i potężnych węzłach mięśni na całym ciele. Wyglądał bardziej na groteskę człowieka, niż osobnika tego gatunku. Wielkimi łapskami stwór bez trudu operował nieporęcznie wyglądającym, wielkim toporem, którym ćwiartował na kawałki jakiegoś nieszczęśnika, w którym Henri rozpoznał kolejnego z ludzi Waltera. Zrozumiał, że tamci dwaj, których rozpoznał wcześniej, również należeli do tych, z którymi zszedł do kanałów. Olbrzym miał na sobie lśniący od posoki skórzany fartuch, a twarz przesłaniała mu maska z tylko jedną dziurą, z której spojrzało teraz na Henriego lśniące czerwienią i żądzą mordu oko.

– O mój boże! – szepnął przerażony Henri, a stwór natychmiast odtrącił stół i ruszył na niego biegiem, wstrząsając podłogą swymi ciężkimi krokami, wznosząc topór, który bez trudu przepołowił by i kilka osób na raz.

Tymczasem mężczyzna stał porażony, jakby przyrośnięty do podłoża. Dopiero w ostatniej chwili jakiś wewnętrzny głosił krzyknął do niego: „rusz się kretynie” i Henri skoczyła naprzód, unikając potwornej broni, która z głośnym hukiem skruszyła kamienne płyty podłogi, gdy w nie uderzyła. Olbrzym wydał z siebie niezadowolony pomruk i chciał dorwać intruza swą potężną dłonią, ale Henri rzucił się pomiędzy haki oraz wiszące na nich ciała, poza zasięg wzroku oraz rąk potwora. Wielkolud niczym rozjuszony słoń wbiegł za nim między swoje trofea, zrywając łańcuchy oraz miotając mięsem na lewo i prawo. Henri jednak padł na ziemię i czołgając się pod zwłokami, dotarł do wyjścia. Niezbyt rozgarnięty rzeźnik dalej zajmował się przeszukiwaniem swojej sali i nawet nie spostrzegł ucieczki Pardotty.

Gdy Henri wydostał się z tamtej rzeźni, potrzebował chwili, aby się otrząsnąć z tego co tam zastał. Wtedy też w jego głowie pojawiły się kolejne obrazy, jak, wespół z Walterem i trójką jego towarzyszy, wysadzili ścianę w kanałach i w targnęli do sanktuarium jakiegoś bluźnierczego kultu. To co chciał zdobyć jego przyjaciel było jednym z artefaktów kultystów, którzy próbowali walczyć i Walter ze swymi ludźmi zabili kilku ku zgrozie Pardotty. Doszło wtedy do niego, że byt który go tu uwięził musiał być bóstwem kultu. Zadrżał na samą myśl, że jakiś potężny demon ma go w swojej władzy.

– Nie kretynie, nie jestem demonem – warknął urażonym tonem głos, Henrim wstrząsnął zaś niepokój, że ten przemawiający wie, o czym on myśli. – Ale tak, ty i twoi towarzysze zbezcześciliście moje sanktuarium i zabiliście moich wyznawców, by potem ukraść to co im przekazałem za wierną służbę. Jednakże nie jestem takim surowym bogiem, by zabijać od razu. Daję zawsze szansę. Idź dalej, może będziesz szczęśliwcem, który z niej skorzysta.

Henri jak zahipnotyzowany ruszył naprzód w głąb labiryntu. Ocknął się dopiero na dźwięk charakterystycznych warknięć i pisków. Natychmiast ruszył wtedy biegiem, rozumiejąc, że stary prześladowca powrócił. Nim bestia zdołała go dogonić, Pardotta wbiegł do największej komory, jaką widział w labiryncie. Jej strop niknął gdzieś daleko w ciemności nad nim, chociaż z jakiegoś powodu było tutaj dość widno, a szeroka była na tyle, że może i całe miasto, w którym Henri mieszkał, dałoby się tu zmieścić. Komora nie była pusta, mężczyznę otaczał przedziwny las wielkich grzybów, a jakieś świecący mchy robiły tutaj za trawę. Nie miał jednak czasu na podziwianie przedziwnych widoków, czarny potwór wyskoczył właśnie z dziury, która Henri dostał się tutaj. Pardotta popędził naprzód, starając się jak mógł uniknąć potwora. On był jednak szybszy i w końcu dopadł mężczyznę, przygniatając go do nogi jednego z grzybów, szerokiego niczym pień starego dęba. Wtedy dopiero Henri przyjrzał się bestii. Była ona wzrostu mniej więcej człowieka, ale ciało miała bardzo smukłe i chude, posiadała długi, ruchliwy, ostro zakończony ogon, a skórę czarną, gładką oraz śliską. Głowę stwór miał obłą w kształcie i bardzo długą, tak że przypominała w kształcie kabaczka, pozbawioną widocznych oczu, nosa, czy uszu. Ziała w niej tylko duża, zębata paszcza, która szykowała się do odgryzienia twarzy Henriego. Wtedy jednak coś bestię rąbnęło solidnie w ten wielki łeb i puściła ona mężczyznę, który przewrócił się. Wstając, Pardotta zauważył, że stoi przed nim inny człowiek, żywy i prawdziwy, starszy oraz bardziej postawny od niego. Zrozumiał, że to na pomoc przyszedł mu jego stary przyjaciel, który wkręcił go w to wszystko. W ręku Walter trzymał maczugę zrobioną z nogi jakiegoś niedojrzałego, wielkiego grzyba.

– Ty jeszcze żyjesz, Walterze? – zapytał wybawcę, gdy ten podał mu dłoń i pomógł wstać.

– Mógłbym zapytać o to samo Henri, ale tak, żyję – odparł z uśmiechem wąsaty mężczyzna. – Nie dam się zabić jakiemuś bożkowi. Łap za jakąś broń i pozbądźmy się tego stwora, a potem wynośmy się stąd – zaproponował.

Henri zawahał się, ale w towarzystwie Waltera poczuł przypływ odwagi i podniósł z ziemi znacznie cieńszą grzybią nogę od tej przyjaciela, ale ta była dodatkowo zaostrzona na końcu. Razem naparli na potwora. Walter uderzał go swoją pałką, a Henri dźgał. Stwór był jednak silny, szybki oraz zwinny. Rozwścieczony oporem, przeszedł do kontrnatarcia i tak mocno uderzył Henriego, że ten odleciał kilka metrów i rozpłaszczył we mchu. Walter chciał wykorzystać chwilową nieuwagę stwora oraz to że stoi do niego plecami, ale zapomniał się i przebił go niczym włócznia ogon potwora. Gdy bestia wyjęła go z ciała Waltera, zostawiając dziurę w jego piersi, mężczyzna padł. Wtedy potwór zwrócił ponowną uwagę na Henriego i rzucił się on na leżącego, ale Pardotta czekał na to i gdy bestia była blisko, przekręcił się na plecy, wyciągając przed siebie swoją broń, kierując ją ku paszczy. Rozpędzony, ślepy stwór z całym impetem nadział się na prowizoryczną broń, która przeszła przez jego podniebienie, czaszkę oraz mózg i wyszła na zewnątrz po drugiej stronie. Potwór skonał natychmiast, padając swym ciężarem na Henriego. Mężczyzna czym prędzej zwalił z siebie truchło i  podbiegł do umierającego Waltera.

– A jednak dałem mu się zabić – uśmiechnął się przyjaciel Pardotty, kaszląc krwią. –  Przepraszam cię Henri za to, że przeze mnie wylądowałeś w tym gównie – rzekł i skonał.

– Wybaczam ci Walterze – odparł Henri i prawie zapłakał z żalu.

Wszakże nie zapomniał, że nadal jest w tym przeklętym labiryncie we władzy mrocznego bóstwa. Wtem przypomniał sobie resztę szczegółów akcji w kanałach, jak wraz towarzyszami ładowali kosztowności, a Walter dotknął poszukiwanego przez siebie artefaktu, który zajaśniał wówczas purpurowym światłem i zabrał ich w to miejsce. Kiedy wrócił do chwili obecnej, powietrze przed nim zafalowało, po czym pojawił się przed nim czerstwy starzec w purpurowej szacie, o siwych włosach oraz orlej twarzy.

– To ty jesteś panem tego miejsca? – zapytał się go Henri, kuląc ze strachu.

Czuł bowiem, że to nie jest człowiek i że ta istota włada potężną mocą.

– Owszem – odparł znajomy, mało ludzki głos. – Objawiam się przed tobą w tej postaci, by ci powiedzieć, panie Pardotta, że wygrał pan swoją szansę.

Mężczyzna spojrzał na starca, jakby nie rozumiejąc co ten właśnie powiedział.

– Nie patrz na mnie takim głupim wzrokiem – upomniał go mroczny bóg. – Jesteś ostatnim żywym z waszej piątki i jakby nie patrzeć, ubiłeś mojego bezokiego. Uznałem więc, że wygrałeś grę. Możesz wrócić do domu.

– Ja… dziękuję ci wspaniałomyślni panie. Obiecuję, że nigdy więcej nie wejdę w drogę tobie i twoim wyznawcom – zawołał w podzięce Henri, bijąc pokłon przed starcem.

Ten pstryknął wtedy palcami.

Obraz zamazał się w oczach Henriego i kiedy je przetarł, znajdował się ponownie w kanałach, w których pracował. Radość powrotu rozpierała mu piersi. Chciał skakać i całować brudne tunele. Ze zdziwieniem przyjął do wiadomości, że znajduje się przy nim jeden z worków ze zrabowanymi kosztownościami.

– Za to, że zapewniłeś mi dobrą zabawę zostawiam ci to, byś pomógł swojemu dziecku – usłyszał jakby nikłe echo, odbijające się po kanałach.

 

Krzysztof Wolf

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Mroczny Labirynt

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s