Powrót do Korzeni – Część 1

Powrót do Korzeni

 

Część 1

 

– Wracają wspomnienia – rzekł nostalgicznym tonem Ghuramha, zaciągając się czystym powietrzem Sirr’Orbaiah, swojej rodzinnej wyspy.

Mardaqa aż zdziwiło jaką przyjemność sprawiła mu ta prosta czynność. Z drugiej strony od dziesięciu lat musiał oddychać znacznie mniej miłym powietrzem bardziej uprzemysłowionych lądów.

– Stąd dziesięć lat temu wyruszyłem, aby szukać przygód, sławy i pieniędzy po świecie – dodał po chwili, rozglądając się po pogrążającej się w ciszy nocnej mieścinie, w której zostawili ich przemytnicy.

Nakharkh, bo tak ono się nazywało, było niewielkie i bardzo odmienne od miast ludzi, czy innych zatakari, czyli tych, którzy uważali siebie za pępki cywilizacji. Większość budowli wzniesiono tutaj na planie koła z drewna oraz kamienia, wedle tradycyjnych wzorów miejscowych plemion mardaqów, niektóre małe z dziurą pośrodku spadzistego dachu służącą za komin, inne wielkie z kilkoma poziomami. Mieszkańcy, co ciekawe, równie chętnie odziewali się w to co ich przodkowie, jak i tkaniny przywiezione z innych lądów oraz używali zakupionych, zagranicznych przedmiotów. Znajdowało się tutaj trochę maszyn, broni palnej,  a nawet samobieżnych pojazdów. Nakharkh posiadało małą elektrownię i elektryczne oświetlenie, które z wielką ochotą wykorzystano do ozdobienia miasta. Kable pełne świecących, kolorowych lampek, wisiały między budynkami, nadając im pewien mistyczny klimat.

– Taka trochę wieś, – mruknął pod nosem mimo wszystko Tzakaszar – ale muszę przyznać, że wyobrażałem sobie bardziej… surowych warunków – dodał z uśmiechem.

– Nie jesteśmy jakimiś zacofanymi, ksenofobicznymi dzikusami, ale wielkich fabryk i miast tu nie uświadczysz. Dlatego ta ziemia nadal pięknie pachnie – odparł Ghuramha, ponownie dając się porwać zapachom otoczenia.

– Widzę, że „powrót do korzeni” z miejsca ci służy, przyjacielu – zaśmiał się zatakari, z rękoma położonymi na karku. – Swoją drogą, dlaczego właściwie stąd wyjechałeś? – zapytał, wyginając się w stronę mardaqa.

– Nie mówiłem ci? – zdziwił się Ghuramha. – A! No tak. Nie miałem kiedy, bo cały czas powtarzałeś tą swoją historyjkę. – Jego towarzysz zachichotał tylko z miną niewiniątka na ten komentarz. – No więc moja historyjka jest krótka i mało ciekawa. Posprzeczałem się ze zbyt wieloma osobami w rodzinnej osadzie, po czym zwiałem tutaj, przeczekać ich gniew oraz posłuchać opowieści ze świata poza wyspą. Nadarzyła się jednak niezwykła okazja bym się stąd wyrwał na pewnym statku i po chwili wahania skorzystałem z niej. Bum, tak oto zaczęło się moje życie najemnika. – Na koniec wzruszył ramionami, jakby nie stało się nic niezwykłego.

– Faktycznie mało ciekawa – zgodził się dobitnym tonem Tzakaszar, po czym cmoknął, głośno i to kilkakrotnie, ale towarzysz niezbyt na to reagował – To co teraz robimy, Ghur? – zapytał w końcu.

– Cóż… – mardaq podrapał się pazurem po podgardlu. – Myślę, że dzisiaj przenocujemy tutaj, bo godzina późna już, a jutro idziemy do mojej wioski. Za kilka dni powinniśmy tam dotrzeć.

– Ale, ale, ale jak to że idziemy? – zachichotał nerwowo jego towarzysz. – Że niby pieszooo? – Ostatnie słowo przeciągnął tak mocno, że mogło się wydawać, iż to teraz najstraszniejsza rzecz dla niego na świecie.

Zresztą Tzakaszar i miną zdradzał, że bardzo nie widzi mu się przebierać nogami. Ghuramha jednakże potwierdził skinieniem głową, a na ustach miało bardzo złośliwy uśmiech.

– Ale ja mam bardzo, bardzo, ale to bardzo delikatne nogi – narzekał dalej Tzakaszar, odstawiając swoimi przerysowanymi gestami coś w rodzaju teatru, a głos miał pełen bólu, jakby co najmniej miał przebyć pustynię – Ghur, nie możemy wynająć jakiegoś wozu? A jak nie ma wozu to chociaż wierzchowca? – prosił, wieszając się na ramieniu towarzysza i siląc na oczy szczeniaczka, chociaż swym spojrzeniem bardziej przerażał niż rozczulał.

– Słuchaj zatakari! – huknął Ghuramha, kładąc na ramieniu towarzysza swą dłoń z taką siłą, że nieborak aż ugiął się na nogach. – Oswój się z myślą, że tutaj nic nie będzie wozić twojego tyłka. Zresztą nie rozlecisz się jak trochę pochodzisz, a teraz idziemy znaleźć zakwaterowanie.

Tzakaszar podniósł jeszcze palec jakby chciał coś powiedzieć, ale jego przyjaciel z torbą na ramieniu ruszył przed siebie, więc zatakari zrezygnował i zwyczajnie zebrał swoje bagaże, po czym podreptał za nim.

*

Tak oto Ghuramha i Tzakaszar rozpoczęli trwającą tydzień pieszą podróż z Nakharkh na tereny zajmowane przez plemię mardaqa, podczas której mogli podziwiać widoki oferowane przez Sirr’Orbaiah. Wyspa była w przeważającej części porośnięta przez pradawne, liściaste puszcze pełne potężnych drzew o szerokich pniach i rozłożystych koronach. Życie kwitło w tej głuszy. Nie pamiętali chwili, by ustały dookoła nich odgłosy zwierząt, wrażenie obserwowania przez mieszkańców lasu towarzyszyło im nieustannie, a często nawet przecinali oni parze przyjaciół drogę. Zwykle je ignorowali. Mieli ze sobą zapasy żywności zakupione w Nakharkh, więc nie potrzebowali zdobywać jej w trakcie wędrówki. Tylko raz Ghuramha w przypływie nostalgii i pierwotnych instynktów postanowił na coś zapolować, jak za dawnych czasów.

Z tej otaczającej ich zielonej kołdry wystawały licznie skaliste szczyty, pnące się wysoko ku niebu, niektóre o wysokości przekraczającej nawet 1000 metrów. Większość tych gór nie była rozległa, a bardziej przypominały kolce, obeliski, czy zęby wystające z ziemi. Stały one samotnie lub w grupach, niczym budowle wzniesione przez jakiś olbrzymów w pradawnych czasach w nieznanym nikomu celu. Oprócz nich Sirr’Orbaiah oferowało też bardziej zwyczajne łańcuchy górskie i zawsze jakiś wyniosły, skalny obiekt majaczył gdzieś na horyzoncie. Z gór spływały krystalicznie czyste rzeki oraz strumienie wijące się po całej powierzchni wyspy, zasilając korzenie bujnej roślinności oraz lazurowe jeziora. Nawet Tzakaszar musiał przyznać, że to bardzo smaczna woda, którą można pić bez przegotowania i nie zachorować.

Sam zatakari czuł się dumny z tego, że dzięki jego interwencji polepszył się stan ducha przyjaciela. Im dłużej przebywali na tej wyspie, tym Ghuramhie bardziej chęci do życia wracały. Tzakaszar podejrzewał nawet, że mardaq już zapomniał o swoich niedawnych rozterkach egzystencjalnych. Szkoda tylko, że nie był nawykły do takich pieszych wędrówek. Tzakaszara można nawet śmiało określić jako dziecko maszyn i nowych czasów, bo od najmłodszych lat towarzyszyły mu różne maszynerie oraz urządzenia. Nic więc dziwnego, że wolał samobieżny transport. Nogi bolały go już przeokropnie od tego łażenia. Nie pomagał im fakt, że miejscowi nie dbali o dobre skomunikowanie swoich osad. Cały czas szli po wąskiej, wyboistej, gruntowej drodze. Dobrze, że nie padało, bo by zmieniło się to w bagno, albo i rwący potok. Z drugiej strony słońce, cały czas palące w głowy, też nie należało do przyjemniejszych. Nawet Ghuramha wyglądał na zmęczonego ciągłym upałem i zgrzanego, chociaż to on nosił tylko spodnie.

*

W końcu Tzakaszar miał dość podróży i zatrzymał się nagle.

– Hej, Ghuramha, daleko jeszcze? – zapytał się z pełnym skargi głosem, przysiadając na przydrożnym głazie.

Przyjaciel zatrzymał się, ale spojrzał na zatakarina pełnym politowania wzrokiem. Ghuramha zawsze miał ubaw z wątłej kondycji towarzysza.

– No co? Mam już dość! Nogi mi zaraz odpadną! – jęczał dalej Tzakaszar, masując swoje obolałe stopy. Nagle zamilkł i skrzywił się, jakby rozważał jakąś głupią myśl, a mardaq wiedział, że zaraz ją usłyszy, bo on ich niemal nigdy nie zostawiał dla siebie. – Poniesiesz mnie? – zapytał niespodziewanie zatakari.

Ghuramha, który właśnie brał łyk wody z bukłaka (odkąd się tutaj znaleźli nie tknął niczego innego), omal się nie udławił.

– Że co takiego? Czy ci odwaliło? – warknął, wycierając mokry pysk. – Już i tak targam część twoich bagaży!

– Jesteśmy przyjaciółmi, nie? A ja już tak długo się poświęcam dla ciebie idąc piechotą. Mógłbyś się też dla mnie poświęcić i wziąć mnie na barana, nie? Dużo nie ważę, a ty taki wielki i silny – argumentował Tzakaszar przymilnym głosem, będąc przy tym zupełnie poważnym.

– Wiesz co? – zaczął Ghuramha podchodząc do niego i spoglądając głęboko w świecące oczy zatakari – Duma mi nie pozwala, a sam przecież mówiłeś, żebym swą dumę mardaqa zachował, nie?

– No weź! Ja już dzisiaj nie dam rady dalej iść! – Towarzysz zrobił minę, jakby miał się zaraz rozpłakać.

Ghuramha nie odpowiedział nic na te jęki, tylko rozejrzał się, pociągnął kilkakrotnie nosem, a czując znajome zapachy, uśmiechnął.

– Znam dobrze te okolice i wiem, gdzie w pobliżu znaleźć idealne miejsce na postój – oznajmił wreszcie. – Będzie miło, zobaczysz. A teraz ruszaj swój leniwy ogon. Nie będę na ciebie czekał.

Tzakaszar chciał coś jeszcze powiedzieć, ale widząc, że jego przyjaciel nie żartuje i sobie idzie, zamarł w pół słowa. Chlipnąwszy pod nosem z powodu spodziewanego bólu, odepchnął się od głazu i poczłapał niczym kaczka za mardaqiem. Ghuramha często tak robił, w innym wypadku jego przyjaciel gadałby dalej jak najęty zamiast coś zrobić. Już dawno temu odkrył, że łatwiej zmusić Tzakaszara do działania niż go do tego nakłonić.

*

Jakiś czas później dotarli do miejsca wspomnianego przez Ghuramhę. Był to swego rodzaju staw utworzony u podnóża wysokich, pionowych, skalnych ścian, z których z łagodnym hukiem spadały malownicze, małe wodospady. Widok okazał się cudowny i Tzakaszar z zachwytu zapomniał o swoich obolałych nogach i rozdziawił pysk.

– Warto było się pomęczyć, co? – mruknął Ghuramha, widząc tą reakcję, jednocześnie odpinając pas na piersi i odkładając miecz oraz torbę na ziemię.

– Oj, warto – potwierdził zatakari. – Hej co ty robisz? – zapytał, widząc, że towarzysz się rozbiera, co w przypadku Ghuramhy długo nie trwało.

– A na co ci to wygląda? Idę się wykąpać. Mam dość tego upału – mruknął mężczyzna, wskazując ruchem głowy na słońce.

– W sumie racja – zgodził się zatakari, również się rozbierając.

W tym czasie nagi, nie licząc jego własnej, czerwonej sierści, Ghuramha wszedł do chłodnej  wody i zanurkował. Kiedy się wyłonił na środku jeziora, czuł się wspaniale. Od razu pomaszerował w stronę wodospadu i stanął pod nim. Spadająca z góry woda wspaniale masowała oraz zmywała znój podróży. W międzyczasie doczłapał do niego niezgrabnie  Tzakaszar. Zatakari nadal miał na sobie jakąś śmieszną, ichnią bieliznę.

– Co ty Tzak? Wstydzisz się? – zakpił z niego. – No nie krępuj się jak masz tam niewiele. Nikomu nie powiem. – dodał dyskretnym szeptem, wskazując na gacie Tzakaszara.

– Nie zrozumiesz – żachnął się zatakari, siadając obok niego pod wodospadem. Po chwili jego mina z wyrazu udręki zmieniła się w obraz błogości – Ah, świetna rzecz.

– Co nie? Nie zliczę ile razy tu przychodziłem w dzieciństwie z przyjaciółmi. Nie znam w pobliżu innego miejsca, w którym można się tak świetnie odświeżyć.

– Ale te inne miejsca pewnie mi pokażesz, co? – zapytał jakby ze zmartwieniem w głosie Tzakaszar.

Ghuramha prychnął z lekka podirytowany.

– Słuchaj, nie musiałeś ze mną zostawać. Mogłeś lecieć dalej ze swoimi przemytnikami, mówiłem ci to. Ja wróciłem po latach do domu i zamierzam tą wizytę wykorzystać, a nie dostosowywać się do twoich marudzeń – warknął, patrząc z góry na przyjaciela.

Ten wybuchnął nieoczekiwanie gromkim śmiechem, odchylając przy tym głowę. Widać zapomniał, że siedzi pod wodospadem i omal się nie udławił, gdy woda wpadła mu do paszczy.

– Nie… wnerwiaj… się tak – wydukał, odkasłując. Gdy już wszystko było w porządku, wziął głęboki oddech. – Fajnie jest. Mimo wszystko.

Ghuramha pokiwał z bezsilności głową. Jego towarzysz dziwadłem był i co zrobić. Zamiast toczyć z nim dalszy dyskurs, wolał się cieszyć odpoczynkiem. Wiele jeszcze czasu spędzili w tym miejscu.

*

Amoarebi wybrała się właśnie w kierunku świętego stawu w poszukiwaniu pożytecznych ziół. Wędrowała od kępy zarośli do kępy zarośli, zbierając odpowiednie rośliny do trzymanego przez nią kosza. Praca żmudna i ciężka, w dodatku tylko wstępna, ale czuła się dzięki niej spełniona oraz cieszyła poważaniem współplemieńców. Jej rodzina od pokoleń zajmowała się lecznictwem w plemieniu i ta brązowo futro mardaqianka chętnie szła w ślady przodków. Była już dość blisko stawu, kiedy usłyszała poprzez szum wodospadów czyjeś głosy. Dziewczyna zamarła wówczas.

– O nie! – szepnęła, upuszczając kosz.

Ktoś obcy znajdował się w świętym miejscu! Nie było innej możliwości, bo członkowie plemienia chodzą tam tylko podczas obrzędów. Musiała ich przestrzec! Oby tylko nie weszli do wody! Pomyślała, ruszając biegiem w stronę stawu. Jeśli weszli do wody, to uznane to może zostać nawet za świętokradztwo, a ci przybysze źle skończą, gdy plemię się o tym czynie dowie. Kilka chwil później wybiegła z zarośli nad brzeg stawu, nad którym stanęła. W mig zobaczyła, że są tu dwie osoby i o zgrozo kąpią się w najlepsze. Natychmiast zaczęła ich nawoływać.

– Hej wy! Hej! Nie wolno wchodzić do tego stawić! Musicie natychmiast wyjść z wody! Prędko! – Miała nadzieję, że ją usłuchają, robi to dla dobra tych obcych.

Usłyszeli ją na szczęście, ale nie dostosowali się natychmiast, a wpierw mocno zdziwieni spojrzeli po sobie. Rozmówili się, po czym ruszyli w jej stronę. Amoarebi poczuła ulgę, ale nadal bała się, że pojawi się tu jakiś współplemieniec i zrobi się nieprzyjemnie. Przyjrzała się też tym obcym. Nie miała pojęcia czym w ogóle jest ten mniejszy osobnik, chociaż futro i ogon miał. Wyższy za to mardaqiem był bez wątpienia, ale o dość niecodziennym, czerwonym umaszczeniu… Nie! Nagle coś zaskoczyło w umyśle dziewczyny, ale początkowo nie chciała dać temu wiary. To przecież niemożliwe żeby to był on! Niemożliwe! Jednakże im znajdował się bliżej, tym jej przekonanie stawało się mniejsze. Ten wygląd, ten zapach…

– Ghu… Ghuramha? – wyjąkała niepewnym tonem.

– A kto pyta? – mruknął opryskliwie mężczyzna, przyglądając się. Nagle się uśmiechnął. – Whohou, Amoarebi! Niech mnie kula strzeli, jeśli to nie ty!

Dziewczyna z wrażenia aż nie upadła. To naprawdę był Ghuramha i w dodatku ją rozpoznał. Ale jak? Dlaczego wrócił? I co robił tutaj? Kim był jego dziwny towarzysz? Nagle tyle pytań zaczęło się jej kłębić w głowie, że nie wiedziała od czego zacząć. Odezwał się jednak Ghuramha.

– Kurna, wyrosłaś odkąd ostatnim razem się widzieliśmy. Stałaś się naprawdę piękną kobietą – rzekł z podziwem.

Amoarebi zawstydziła się, słysząc takie słowa od przyjaciela z dzieciństwa, którego nie widziała od równo dekady. Dalej jednak nie potrafiła znaleźć w ustach języka, za to mężczyzna wyszedł z wody. Aż jęknęła wówczas, bo okazało się, że jest niższa od niego o ponad głowę!

– Ja… To naprawdę ty…  To znaczy… Ty też urosłeś… Bardzo… – jąkała się, cofając od niego.

Nastąpiła dość mało przyjemna sytuacja. Amoarebi czuł się bardzo nerwowo, niemal bała się. On ją mierzył wręcz lubieżnym spojrzeniem, ale także czuł jakiś opór przed podjęciem jakiegokolwiek działania. Ktoś hałaśliwy jednak poczuł się zapomniany i przerwał milczenie.

– Heeej Ghur, przedstawisz nas? – wtrącił się zatakari, stając między nimi i z wielką ciekawością przyglądając się mardaqiance.

– A właśnie – zgodził się Ghuramha i wskazał na towarzysza, który ukłonił się wówczas w teatralny sposób. – To jest Tzakaszar Kolemcelam, król powietrznych włóczęgów, mistrz śrubokręta od cetera, bla bla i mój przyjaciel. A to… – Wskazał na Amoarebi.

– Jestem Amoa… – zaczęła sama dziewczyna, ale wnet się opamiętała. Przecież miała ich ratować przed gniewem swoich współplemieńców. Może i Ghuramha nie był obcy, ale to wcale nie oznacza, że uchroni się od kary. – Nie! Nie czas na to! Teraz musicie stąd odejść i to natychmiast! – oznajmiła im.

– A to niby dlaczego? – Ghuramha wzruszył ramionami i wcale nie zamierzał się stąd ruszać.

– Bo to jest teraz święte miejsce, święty staw i święte wodospady. Wasza kąpiel tutaj może zostać uznana za świętokradztwo, jeśli was tutaj zobaczą – wyjaśniła. – Proszę, wychodźcie.

– Przed moim wyjazdem nie było ono święte – burknął mężczyzna.

Amoarebi pomyślała, że może dalsze wyjaśnienia go przekonają.

– Trzy lata temu kapłanka Thuruubbi miała tutaj wizję, dzięki której nasze plemię ocalało, dlatego miejsce to zostało uznane za święte i otoczyliśmy je czcią. W rocznicę wizji odprawiamy tutaj nawet obrzędy. Ghuramho skoro jesteś jednym z nas, jednym z Asuu’Kelabu, powinieneś to uświęcić, chociaż nie było cię wówczas z nami. Dalej, wyjdź z wody.

Jednakże pomyliła się.

– Nie mam zamiaru – warknął jej dawny przyjaciel – Chodź, Tzak, wracamy do odpoczywania – rzucił do obcego i ruszył z powrotem w głąb stawu.

W przypływie desperacji Amaorebi złapała go za ogon, ale zaraz tego pożałowała, bo Ghuramha nie cackał się, tylko ją pociągną i dziewczyna sama wpadła do wody. Mężczyzna obrócił się, a stojąc nad nią, zaśmiał się gromko.

– Coś ty narobił? – jęknęła przerażona i mokra Amoarebi.

– Teraz ty też złamałaś ten niedorzeczny zakaz – oznajmił.

– Jeśli się o tym dowiedzą, wszyscy będziemy mieli problemy, zapewniam.

– Wiesz, wyjdziemy z wody, ale w zmian opowiesz mi co się tutaj działo pod moją nieobecność, co to za kapłanka i niby dlaczego nasze plemię trzeba było ocalać. Zdaje się, że sporo przegapiłem – zaoferował Ghuramha, podając jej dłoń.

Młoda zielarka nie mogła się nie zgodzić na taką propozycję i złapała rękę starego przyjaciela, który pomógł jej wstać.

*

Za namową Amaorebi, kiedy wszyscy wyszli z wody, zabrali swoje rzeczy i przez las oddalili się od świętego stawu, by nikt ich nie przyłapał, że wchodzili do wody. Zatrzymali się na pewnej oświetlonej przez słońce polanie, aby dać sierści wyschnąć. Ghuramha i Amoarebi nie krępowali się z powodu swojej nagości, zresztą zwierzoczłecy twierdzą, że póki mają sierść na grzbiecie to nie są całkiem nadzy, więc nie mają się czego wstydzić. Tylko Tzakaszar siedział dalej w swojej bieliźnie, a w dodatku na uboczu. Nawet on czasem wiedział, kiedy należy się nie wtrącać. W każdym razie to tam dziewczyna skrótowo opowiedziała Ghuramhie to, co ten chciał wiedzieć. Byłaby to bardzo nudna opowieść, gdyby nie pewna jej część.

– Więc mówisz, że jakaś nieznana zaraza zadomowiła się w okolicznych wodach, a ta cała kapłanka przywróciła ją do normalności? – zapytał poważnym tonem mężczyzna.

To co usłyszał wcale go nie uszczęśliwiło, a właściwie zmartwiło, że plemię miało poważne kłopoty, a on rozbijał się po Izranie tnąc łby i gruchocząc czaski za pieniądze, które potem marnotrawił na żarcie, trunki oraz dziwki.

– Tak – potaknęła Amorebi. – Od tej tajemniczej choroby umierały zarówno rośliny i zwierzęta. Nasi też ciężko chorowali, a chociaż ja i moja rodzina staraliśmy się ze wszystkich sił, korzystaliśmy ze wszystkich znanych nam ziół i sposobów, niektórzy umarli w męczarniach. Kiedy zdaliśmy sobie sprawę skąd bierze się choroba, zaczęliśmy czerpać wodę do picia z odległych źródeł, jednak nadal wisiało nad nami widmo głodu, ba, istniało realne zagrożenie, że nasze terytorium zmieni się w obumarłe pustkowie. Wtedy właśnie pojawiła się Thuruubbi, kapłanka Namalatine. Ona to zaczęła wznosić modły do bogini przyrody i mimo ryzyka weszła do wód tamtego stawu. Namaletine zaś odpowiedziała. Thuruubbi bez szwanku przeżyła kąpiel, a w dodatku otrzymała, jak już wspominałam wizję, wody stawu zostały oczyszczone. To dzięki…

– I dzięki Thuruubbi zaraza została powstrzymana, a ona zadomowiła się w naszej osadzie i zbudowaliście świątynię – wtrącił się Ghuramha. – Już o tym wspominałaś. Pf, wygląda na to, że zaszło tu więcej zmian niż się spodziewałem i mam nadzieję, że nie na dużo gorsze, bo przybyłem tu odpocząć.

Na jakiś czas zapanowało milczenie, a dwójka zwierzoczłeków i jeden dziwoląg, czekali aż będą mogli się ubrać. Pierwszy wstał, żeby to zrobić, Tzakaszar.

– Wiesz Amoarebi – odezwał się w miedzy czasie zatakari. – Tak się tylko zastanawiam, ale tak zastanawiam w jaki właściwie sposób Thuruubbi oczyściła wodę?

– Mówiłam już, interwencja bogini. W wielkiej procesji chodziliśmy od źródła do źródła, od rzeki do rzeki, a kapłanka odprawiała nad nimi obrzędy i upuszczała kilka kropel wody z uświęconego stawu – odpowiedziała dziewczyna.

Zatakari uśmiechnął się tak dziwacznie, że nie wiadomo było co sobie pomyślał.

– Tak sobie myślę, że… no, że gdyby bogowie tak chętnie interweniowali w sprawy śmiertelników, moja rasa nigdy nie postawiłaby nogi w tym świecie, albo pioruny by nas trzepnęły, gdyśmy zaczęli kombinować z podbojami. Zresztą sama ta zaraza wydaje mi się dziwna. Choroby są zwykle wyspecjalizowane do pewnych gatunków, nie zaś takie kompleksowe.

– Żyjemy w dziwnym świecie, pełnym magii, bogów i złych stworów. Nigdy nie wspominałam, że była to zwykła zaraza – Amoarebi zruszyła ramionami.

– Dobra, dość o tym – przerwał im Ghuramha, któremu zbrzydła już ta rozmowa. – Po Tzaku można bezbłędnie wnioskować, że dość już jesteśmy susi, a nie chce mi się siedzieć dłużej po krzakach – obwieścił, zakładając swoje ubrania. – Chce wreszcie dojść do tego domu i zobaczyć wszystko na własne oczy.

*

Słońce chyliło się już ku zachodowi, mieniąc świat w pomarańczach i czerwieniach, kiedy dwójka awanturników i jedna zielarka dotarli wreszcie do osady plemienia Asuu’Kelabu. Architektura była tutaj bardzo podobna do tej w Nakharkh z tym, że kompletnie nie istniała tutaj sieć energetyczna, a zabudowa była mniej ścieśniona. Domy leżały rozsiane po całym zboczu łagodnego wzgórza, ciągnącego się aż ku masywnej formacji skalnej, gdzie dawno temu wykuto dumę tego plemienia, ich twierdzę, gdzie urzędował wódz. Przybycie takiego ciekawego trio nie umknęło uwadze czujnych straży strzegących obrzeży wioski. Waśnie plemienne i ataki dzikich stworów były tu na porządku dziennym, więc nie zaniedbywano środków ostrożności. Zaraz też otoczyła ich grupka wojowników zbrojnych w miecze, łuki i jeden karabin. Na ich twarzach malowało się napięcie.

– Kogo to prowadzisz Amoarebi? Kim są ci obcy? – odezwał się podejrzliwie najstarszy z nich, sędziwy, szary mardaq, strojny w amulety i pióra.

– To są… – zaczęła dziewczyna, ale zamilkła w pół słowa, gdy usłyszała za plecami śmiech Ghuramhy.

Radość mężczyzny bardzo wszystkich zgromadzonych zdziwiła, a niektórzy z wojowników patrzyli na niego, jak na wariata.

– Mnie nie poznajesz wuju Kharahi? Że zacytuję „tego cholernego, rudego gnojka”? – rzekł podchodząc do starego wojownika.

Ten zmrużył oczy, kiedy przyglądał się Ghuramhie, ale w mig go teraz rozpoznał. Po chwili z wielką radości wpadli sobie w ramiona, ściskając mocno, po męsku. Napięcie też zaraz prysło, a pozostali strażnicy zaczęli witać powracającego współplemieńca oraz pytali gdzie był i co robił. Wkrótce całą grupę ruszyli przez osadę, a uczestnicy pochodu nie omieszkali nie obwieścić o wszystkim napotkanym osobom. Na spotkanie Ghuramhie wychodzili co raz to kolejni jego dawni znajomi, albo znajomi jego rodziny i jej dalsi krewni. Byli też tacy, co przyłączali się do nich z czystej ciekawości. Tak więc grupa rosła i rosła, a pod swój dom mężczyzna dotarł w towarzystwie w sumie setki współplemieńców, z których każdy chciał usłyszeć historie o tym, jakież to przygody ich współplemieniec przeżył poza rodzinną wyspą. On jednak chciał wpierw spotkać się z rodzinną i szukać ich wybaczenia za swoje zniknięcie. Na opowieści przyjdzie czas później.

– Dobra, starczy już przyjaciele – zawołał donośnym głosem, aby uciszyć zebranych. – Jestem wam wdzięczny za tak miłe powitanie marnotrawnego syna tej ziemi i wiem, że jesteście wielce ciekawi tego, co robiłem poza Sirr’Orbaiah, ale do stu diabłów, nie było mnie tutaj dziesięć lat i wypadałoby za tą nieobecność przeprosić ojca i matkę, prawda?

W tłumie rozległy się pomruki chwalące taką postawą i wszyscy kiwali głowami na znak zgody, więc wkrótce tłum się rozszedł. Zostało tylko kilku krewnych rodziny z Kharahi na czele.

– No młody – odezwał się wuj, kładąc rękę na ramieniu bratanka. – Ghido i Lankhubi są w środku i zapewne się zastanawiają co to za zamieszanie obok ich chaty. Zróbmy im miłą niespodziankę.

– Ta. O ile ojciec mi na przywitanie nie odrąbie głowy toporem – mruknął cynicznie Ghuramha, czując strach teraz, gdy sekundy dzielą go od zobaczenia rodziców.

– Oj, nie będzie tak źle – zapewnił go starzec, popychając w stronę budowli.

Kharahi i Ghuramha pierwsi przeszli przez drzwi. Znaleźli się wówczas w przedsionku, który od reszty domostwa odgradzała zasłona. Młody mardaq zatrzymał się tam na chwilę, by wziąć głęboki oddech oraz przygotować się mentalnie na to spotkanie. Wuj go nie ponaglał, Amoarebi uśmiechnęła się do mężczyzny pokrzepiająco, a Tzakaszar… Tzakaszar siedział wyjątkowo dla siebie cicho i podziwiał architekturę. Gdy Ghuramha poczuł się na siłach, podniósł zasłonę, po czym wszedł do wielkiej, kolistej sali, z paleniskiem pośrodku, która pełniła dla domowników wszelkie możliwe role z wyjątkiem łazienki. Tutaj mardaqowie jedli, pracowali, spędzali czas w deszczowe, albo śnieżna dni oraz spali i kochali się. Dla odrobiny prywatności sypialnie ulokowane przy ścianach były odgrodzone zasłonami. Nie to, że wszystko robili to pod okiem innych domowników. Toaleta zaś znajdowała się na zewnątrz. Mężczyzna na widok obecnych poczuł ze wstydem, że miękną mu kolana, a oczy nabiegają łzami. Widział tu bowiem swoich rodziców oraz piątkę rodzeństwa, a także małżonków i dzieci swoich braci oraz sióstr. Chciał się odezwać, ale język ugrzązł mu w gardle. On, potężny, nieustraszony najemnik, co niejedną ciężką batalię przetrwał, stracił w tym momencie głowę.

– Hej, popatrzcie kogo przyprowadziłem! – zawołał głośno Kharahi, aby wszyscy go usłyszeli, prezentując Ghuramhę.

Każdy obecny w dom oniemiał w tym momencie. Lankhubi upuściła z wrażenia gliniany garnek, który roztrzaskał się o podłogę na setki kawałków, a Ghido złamał strugany przez siebie kij, klnąc przy tym siarczyście. Zapanowało niemiłe milczenie, podczas którego nikt nawet nie śmiał się ruszyć. W końcu ojcu, wstał i gestem polecił żonie, aby poszła wraz z nim. Razem podeszli do swego syna. Ghuramha nadal nie wiedział co powiedzieć. Przełknął tylko głośno ślinę, po czym ukłonił się. Po chwili uznał jednak, że ten gest to za mało w takiej sytuacji, że nie dość oddaje jego żal, wstyd oraz chęć przeprosin. Dlatego padł na kolana, co bardzo zdziwiło Tzakaszara. Zatakari nigdy wcześniej nie widział swego przyjaciela na klęczkach przed kimkolwiek. Matka pierwsza zareagowała. Wyglądała na wielce oburzoną tym czynem i natychmiast podniosła syna, którego pocałowała w czoło.

– Witaj w domu – szepnęła, przełamując ciszę i obejmując Ghuramhę.

Gdy go puściła, odsunęła się, aby zrobić miejsce mężowi. Ghido surowym wzrokiem spojrzał na syna, a chociaż Ghuramha był nieco wyższy od ojca w jego obliczu czuł się niezwykle mały. Nie padł znowu na kolana ale skulił się, kładąc uszy i zaskomlał, jak szczeniak. Tak płaszczył się tylko zhańbiony mardaq, ale prawda jest taka, że ucieczką Ghuramha nie okrył chwałą ani siebie, ani swojej rodziny. W dodatku nigdy nie przeprosił ojca za ich ostatnią kłótnię.

– Długoś kazał na siebie czekać, szczeniaku – mruknął ponuro Ghido. Jego żona chciała się odezwać, ale uciszył ją warknięciem. – Zdajesz sobie sprawę, że mam pełne prawo nadal czuć gniew za to co zrobiłeś, że narobiłeś gówna i jak tchórz uciekłeś. Mogę ci dać po pysku, wywalić z tego domu i zatrzasnąć na zawsze drzwi.

Tzakaszarowi wydawało się, że z każdym słowem ojca, jego przyjaciel kurczy się co raz bardziej. Chciał stanąć w jego obronie, ale zdawał sobie sprawę, że interwencją może tylko pogorszyć sytuację. Lubił gadać o bzdetach, ale bardzo go wkurzało, gdy musiał trzymać język za zębami wtedy, kiedy przydałoby się odezwać.

– Jak myślisz, co powinienem teraz zrobić, Ghuramho? – zapytał Ghido, mierząc syna wzrokiem.

– Przyjmę każdy twój wyrok, ojcze – powiedział pokornie Ghuramha, nawet nie podnosząc wzroku.

– Spójrz na mnie – rozkazał starszy mardaq, a syn usłuchał. – Mogę być zły za twoją ucieczkę, ale dużo bardziej cieszy mnie twój powrót – rzekł, a jego twarz nagle się rozpromieniła i uściskał syna jeszcze mocniej niż wcześniej wuj. Aż dziw, że nie połamał mu kości.

Na ten widok radość ogarnęła wszystkich. Rodzice poprowadzili syna w kierunku ogniska, a po drodze witało go rodzeństwo oraz przedstawiali mu swoich małżonków oraz potomstwo. Wszyscy się przy tym dziwili, że Ghuramha nie znalazł sobie żadnej panny w szerokim świecie. Tzakaszar nie chciał mówić, iż miał ich bardzo wiele i to często gęsto mardaqianki nie były, ale nie chciał psuć rodzinnej chwili.

Zresztą zatakari, który pasował do towarzystwa jak pieść do nosa, zastanawiało kilka innych spraw. Po pierwsze, dlaczego jego przyjaciel jest tak wysoki, skoro rodziców ma niższych od siebie. Po drugie, dlaczego tylko on ma w rodzinie takie czerwonawe futro. Pozostali, nawet rodzice byli w różne odcienie brązu.

– Hej – zwrócił się do Amaorebi, która podobnie do niego stała na uboczu. – dlaczego Ghuramha wygląda tak… inaczej?

– Jak to inaczej? – zdziwiła się dziewczyna, ale po chwili zrozumiała o co mu chodzi. – Acha. A nie mówił ci?

Tzakaszar zachichotał.

– Wiesz, zwykle to ja mówię – przyznał.

– Nie powinnam wypowiadać się za niego w tej sprawie – rzekła niepewnie Amaorebi, spoglądając na mężczyznę. – Powiem tylko, że Lankhubi nie jest jego prawdziwą matką, a o resztę pytaj Ghuramhę.

Tzakaszar próbował jeszcze uparcie rozwiązać dziewczynie język, ale ona była bardziej cierpliwa niż on zdeterminowany, więc w końcu się poddał.

Tymczasem rodzina mardaqów przygotowywała szybko poczęstunek dla gości, rozmawiając przy tym głośno. Ghido, jako dobry gospodarz szybko zauważył, że ktoś siedzi w kącie i machnął do nich.

– Hej Amoarebi  i ty dziwaczny stworze, nie stójcie i tak siądźcie z nami – zawołał.

Tzakaszar miał niezły ubaw z tego określenia, gdy siadał obok Ghuramhy. Zaraz jednak podano przekąski w postaci owoców oraz warzyw, a jeden z braci przytargał z piwnicy dzban z miodem pitnym, ulubionym trunkiem miejscowych, który wnet rozlano do kubków. Wszyscy zasiedli wtedy wokół paleniska, na które dorzucono drew, by ogień świecił jasno po tym, jak światła dnia zaniknęły. Początkowo więcej jedli i mówili o tym, że dobrze się widzieć nawzajem i o tęsknocie za swym rudym bratem. Wspomnieli też, jak w domu wyglądał nastrój tuż po zniknięciu Ghuramhy, jak bardzo się rodzice martwili i jak go szukano po Nakharkh i okolicach. Gdy skończono z jedzeniem, rodzina zaczęła dość głośno żądać, aby opowiedział im o swoich przygodach. Mężczyzna początkowo wzbraniał się przed tym, twierdząc, że to nic ciekawego i szkoda na to czasu, ale musiał ulec. Nawet jego przyjaciel go namawiał do podzielenia się wspomnieniami.

– Ach, Ghur, nie krępuj się tak. Wiem, że tu są dzieci, ale pewne bardziej pikantne szczegóły, choć liczne w twym życiu, możesz teraz pominąć, a dopowiedzieć kiedy indziej. Zresztą i tak nocy ci nie starczy, aby o wszyyyystkim mówić – rzekł Tzakaszar, racząc się miodem.

Napój bardzo mu posmakował i póki co pił najwięcej ze wszystkich.

– Ty lepiej zważaj na to ile pijesz, bo ten rodzaj to na specjalne okazje robimy i jest mocniejszy niż się wydaje. Lubi uderzać z zaskoczenia – odparł mu ponuro.

– O mnie się nie martw tylko mów, mój przyjacielu – uśmiechnął się zatakari.

Nie było innego wyjścia, więc Ghuramha opowiadał w wielkim skrócie o tym co robił przez minione dziesięć lat. Jego gadatliwy przyjaciel nie omieszkał się wtrącać co chwilę, więc podirytowany mardaq nie raz dał mu po uchu, bez większego efektu. Przy opowieści czas prędko leciał i zanim się wszyscy obejrzeli, zastał ich środek nocy, a dzieci posnęły na kolanach rodziców. Wolą gospodarzy zdecydowano się wówczas przerwać. Samemu trzeba było się położyć spać, aby mieć siłę o poranku.

Tzakaszar, który nie posłuchał ostrzeżenia przyjaciela, nie wyglądał o tej porze już za dobrze. Zatakari mógłby nawet w takim stanie upojenia skomplikowane matematyczne równania liczyć, ale język mu się plątał w gębie, jak stara sznurówka, więc zrozumieć się go nie dało, a gdy próbował wstać, runął z łoskotem na glebę, co wywołało śmiech mardaqów.

– Mówiłem żebyś uważał dziwolągu – warknął do przyjaciela Ghuramha, pomagając mu się podnieść.

W odpowiedzi zatakari coś zabełkotał. Chyba chodziło o to, że bardzo mu smakowało i nie mógł się powstrzymać, ale najemnik nie dałby sobie ręki uciąć, iż rzeczywiście Tzakaszar to miał na myśli. W każdym razie, po tym jak powstał z pomocą Ghuramhy, odepchnął przyjaciela. Tym razem nie upadł, ale szedł tak zgarbiony i z rękoma przy ziemi, jakby był jakąś bestią co to ledwie na dwóch nogach potrafi łazić, a tak to preferuje cztery kończyny. Lankhubi zaprowadziła go za jedną z zasłon, by tam się położył. W międzyczasie pozostali poszli spać w swoje kąty. Amoarebi również zaoferowano możliwość noclegu, ale nie chciała nadużywać gościnności i zdecydowała się iść do własnego domu. Ghuramha postanowił odprowadzić ją. Jej własna chata leżała niedaleko, więc to nie był problem.

– Ja… cieszę się bardzo, że mogłem cię zobaczyć, Amoarebi i przepraszam za tamto – rzekł ze skruchą mężczyzna, gdy wyszli za drzwi.

– Nie jestem na ciebie zła, Ghur – odparła cicho dziewczyna. – W końcu naprawdę nie wiedziałaś co tu się zaszło. Zapewne przekonasz się o tym jutro i mam nadzieję, że nie zawiedziesz aż tak bardzo.

– Wnioskuję z dzisiaj, że nie jest źle. Uwierz mi, widziałem naprawdę gówniane miejsca – skwitował Ghuramha.

– Powiedz mi, skąd ty właściwie wytrzasnąłeś tego… tego zatakari? – zapytała.

Bardzo ją ta kwestia ciekawiła, ale mężczyzna nie raczył się nią podzielić podczas opowieści.

– Cóż, natknąłem się na niego podczas pewnego zadania, może rok po tym, jak opuściłem Sirr’Orbaiah. Wtedy byliśmy rywalami, pracowaliśmy nad tym samym zleceniem i każdy chciał zgarnąć nagrodę dla siebie. Próbowałem go nawet zabić. Jednakże potem obaj wpadliśmy w ręce wrogów i tylko dzięki współpracy się uwolniliśmy. Po wszystkim poszliśmy każdy w swoją drogą, ale podczas kilku kolejnych akcji los lubił stykać nas ze sobą i w końcu  zostaliśmy przyjaciółmi. Od tego czasu wiele robótek zrobiliśmy wspólnie, a gdy musiałem się gdzieś dostać, Tzak zawsze był niezastąpiony. To dzięki niemu jestem tutaj teraz – rzekł na koniec, obejmując Amoarebi.

– Więc mam mu za co dziękować – odparła romantycznie dziewczyna, obracając się i spoglądając w pysk czerwonego mardaqa.

Dawno temu, gdy byli mali, podkochiwała się w nim. Był taki wyjątkowy z tym swoim futrem. Teraz dawne dziecięce uczucia odżyły, ale nie takie same. Dając się im pokierować pocałowała lekko Ghuramhę, ale natychmiast odskoczyła od niego zawstydzona.

– Dziękuję, że mnie odprowadziłeś. Dobranoc – wymamrotała szybko i pobiegła w stronę jej rodzinnej chaty, która leżała już tuż, tuż.

Ghuramha czuł się… zaskoczony. Nie tym, że go pocałowała. Bez trudu nakłaniał do tego kobiety, jeśli chciał. Raczej to, że towarzyszyły temu inne emocje. Otrzepał się jednak i zrzucił to na karb zmęczenia oraz nostalgii. Zaraz też udał się z powrotem do swojego domu.

By Galliusz

Następny rozdział – Pojawi się, gdy na nowo siądę do reagowania tej powieści

Poprzedni rozdział

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s