Powrót do korzeni – Prolog

Powrót do korzeni

Prolog

 

Barman pracujący w tawernie „Nora Taurigii” widział już wiele interesujących rzeczy w ciągu lat serwowania trunków, ale taką parę indywiduów oglądał prawdopodobnie pierwszy raz na oczy. Podobnie zresztą, jak reszta standardowych bywalców lokalu, którzy łypali na specyficznych przybyszy znad kufli i kieliszków z mieszaniną strachu, niechęci oraz ciekawości. Cóż, ze względu na swoje zajęcie to właśnie barman mógł najlepiej się przyjrzeć niecodziennym, zwierzokształtnym klientom siedzącym przy barze oraz ich ocenić. Na Flaurmandau zdecydowana większość mieszkańców to ludzie i mężczyzna wiedział, że długo nie zapomni tego dnia.

Jeden z nich był przeszło dwumetrowym, potężnie umięśnionym, psowatym mardaqiem o smukłym, jakby trochę lisim pysku, czerwonawej sierści i niebeskich oczach. Bez wątpienia czuł dumę z powodu swojej imponującej muskulatury, bo nosił na sobie wyłącznie proste, brązowe spodnie, a ramiona i pierś, nie licząc pasa, który przytrzymywał na plecach pochwę z nielichej wielkości mieczem, teraz opartą o bar, miał odsłonięte. Mardaq wlewał w siebie w krótkim czasie pokaźne ilości alkoholu, a wprawiony przez lata obserwacji barman od razu stwierdził, że tenże klient stara się właśnie utopić swoje problemy. Zapewne było to coś ze standardowego wachlarza: kobieta, praca, życie.

Jego towarzysz to typ znacznie drobniejszy od psoczłeka. Miało może z półtorej metra wysokości i chudziutkie ciało. Wyglądał, jak kurdupel przy swym kamracie, a mimo to stanowił dla mężczyzny stojącego za barem jeszcze ciekawsze zjawisko. Siedząca przed nim istota o pysku ni to psim, ni to kocim oraz czarnym jak noc futrze, miała świecące, fioletowe tęczówki i takiej samej barwy klejnot lśniący na czole pomiędzy oczami. Klejnot nie stanowił bynajmniej fikuśnej ozdoby założonej specjalnie, on dosłownie wyrastał z czaski istoty. Był częścią ciała, jak włosy, czy paznokcie. W dodatku biała grzywa, długi, gruby ogon z białą kitą, który wił się za nim jak wąż, śmieszny akcent oraz dziwny ubiór, na który składała się niebieska marynarka  oraz sięgająca kolan, rozcięta spódnica takiej samej barwy. Tak, zatakari byli jeszcze rzadszym widokiem w tej knajpie od madraqów. Ten nie pił za wiele, chociaż ruszał się co chwilę, wykonując przerysowane, teatralne i gwałtowne gesty, jak gdyby miał robaki w tyłku, a do tego wypił caluśką cysternę kawy. Jeszcze mielił ozorem bardzo intensywnie, wypluwając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Z tego barman zrozumiał, zatakari starał się swojego pijącego towarzysza pocieszyć.

*

Jednakże, czyszczący kufle mężczyzna nie wiedział, że mardaq nazywał się Ghuramha i przechodził właśnie coś na kształt depresji. Z zawodu najemnik, więc teoretycznie był wolny jak ptak, mógł robić co sobie chce, obierać dowolny cel. Mimo to co raz częściej czuł się jak pusta skorupa pozbawiona sensu istnienia, która próbuje się napełnić czymkolwiek. Alkohol, kobiety, bijatyki, ryzykowne misje, wszystko na próżno. Wszystko było chwilową radością, która zaraz przemijała, sprawiając, że uczucie pustki stawało się jeszcze bardziej dokuczliwe. Nawet ekscytacja wywołana wczorajszym numerkiem już przeminęła. Zirytowany brakiem sensu, stałości oraz celu w swym życiu, Ghuramha postanowił poszukać ich dzisiaj na dnie butelki taniej whisky. Upojenie alkoholowe, a potem kac zajmą przynajmniej jego umysł na kilka dni, a jak potem dalej będzie pustka, znowu się ją zaleje w jakimś barze. Plan jednak nie był taki łatwy do realizacji.

Zatakarijski towarzysz Ghuramhy próbował na wszelkie sposoby go odwieść od tego zamiaru. Zwał się Tzakaszar i potrafił gadać za trzech, myśleć, choć to paradoksalne, trzeźwo będąc pijanym oraz być bardziej upierdliwym od najbardziej bolesnego wrzoda na tyłku.

– Ghur, no wiesz ty co? – rzekł Tzakszar, przeciągając irytująco długo ostatnie słowo. – Przecie widzę wyraźnie, że nie sprawia ci radości takie picie, więc po co tak pić? Możemy przecie porobić coś innego, zabawić się, tak jak wczoraj. Przecież lubisz się bawić, nie?

– Tzak! Daj mi do kurwy nędzy już spokój! – warknął Ghuramha, wychylając kolejny kieliszek. – Dopiero co tu przylazłem i jeszcze nawet nie wypiłem jednej butelki, a ty jęczysz jakbyś był moją matką! Poza tym jaki sens ma robienie czegokolwiek? I tak wszystko przeistacza się w gówno!

– Ależ przyjacielu, ja tylko staram się ci pomóc – odparł z niewinnym uśmiechem zatakari. – Serce mi się kraje, gdy widzę, jak próbujesz się tak bezceremonialnie i ordynarnie wykończyć – dodał, kładąc przyjacielsko dłoń na potężnym ramieniu towarzysza.

– Weź przestań! – mardaq szarpnął się. – To tylko whisky, dobra?

– Tylko whisky mówisz – powtórzył Tzakszar, kładąc się na barze i patrząc bokiem na przyjaciela. – Słuchaj latek to ja mam ponad dwa razy więcej od ciebie Ghur i widziałem już kilka osób którzy przez „tylko whisky, tylko wino, czy tylko piwo” zmienili się w kupę gówna, o którym zresztą sam wspominałeś. Też chcesz tak skończyć? – zapytał, gwałtownie zbliżając głowę do pyska zirytowanego psoczłeka. – Szkoda. Bo spójrz tylko na siebie. Na sam twój widok niejeden twardziel sra w gacie i słusznie, bo możesz mu nieźle kości przetrącić. Nie jeden może ci zazdrościć ciała, siły oraz tego, że jeszcze zostało ci coś oleju w głowie do myślenia. Ba! Jesteś, mardaqiem, rasą znaną z wielkiej dumy, a ty próbujesz tą dumę utopić w tym badziewiu – zakończył wskazując na butelkę z obrzydzeniem, jakby napełniono ją szczynami.

Ghuramha chciał coś odpowiedzieć ostro, ale zaraz sobie pomyślał, że zatakari jednak mądrze gada. Westchnął więc i tylko ponownie napełnił kieliszek.

– Zapewne masz rację Tzak, ale co mam poradzić na to, że znudziło mi się takie życie? – odezwał się ponurym tonem. – Wyniosłem się z domu, bo chciałem zaznać przygód, adrenaliny i sławy, ale marzenia umarły gdzieś po drodze. Teraz czuję się pusty, a wszystko co zrobię zadowala mnie tylko przez chwilę. Jaki sens ma przejmować się czymkolwiek? Co może mnie jeszcze spotkać poza tym, że jutro znowu wstanie świt i rozpocznie się kolejny beznadziejny dzień.

– W końcu powiedziałeś to otwarcie – zatakari uśmiechnął się szeroko, podnosząc z baru. – że masz problem natury egzystencjalnej.

– Odwal się! – burknął Ghuramha, planując wypić zawartość naczynia, ale nieoczekiwanie zachowanie towarzysza go powstrzymała.

– Ghuramho, spójrz na mnie – rzekł Tzakaszar, wskakując na bar, co wywołało oburzenie barmana oraz innych gości lokalu. Nie mając innego wyjścia mardaq usłuchał. – Myślę, że znam sposób na twoją dolegliwość – uśmiechnięty zatakari, uklęknął i pociągnął przyjaciela  za policzek.

– Ciekawe jaki? I zleź stamtąd, bo nas wywalą stąd zaraz. – Ghuramha osobiście zdjął towarzysza z lady. – No? Słucham?

– Kiedy ja mam dołka, tak jak teraz ty, a bywało już tak sporo razy odkąd zostałem powietrznym włóczęgą, nie przeczę, wtedy wracałem do korzeni – wyjaśnił Tzakaszar.

– Korzeni? – powtórzył ze zdziwieniem mężczyzna.

– To znaczy, że odwiedzałem miejsce swoich narodzin – mówił dalej chuderlak. – Leciałem do domu, gdzie spędzałem trochę czasu z krewnymi, opowiadałem co widziałem i takie tam. Zawsze po tym czułem się wypoczęty, pełen sił i nadziei na to, że jutro przyniesie coś ciekawego. Kiedy ty byłeś ostatni raz w swojej ojczyźnie?

– Nie postawiłem tam swojej nogi odkąd się stamtąd wyniosłem. Zresztą jakoś nie jestem przekonany, żeby to miało pomóc, a poza tym moja rodzinna wyspa leży na takim wypizdowie, że w życiu nie znajdziemy lecącego tam statku.

Zatakari zacmokał, tak jak nauczyciel nad uczniem, który nie potrafi rozwiązać prostego równania.

– Oj ty, oj ty, oj mój Ghuramho. Widzę, że dalej się nie nauczyłeś. Ja jestem Tzakaszar Kolmcelam, potrafię załatwić transport w dowolne miejsce – oznajmił z dumą. – Krążące opowieści mówią, że w dowolne miejsce na świecie, ale są one oczywiście trochę przesadzone. Niemniej sądzę, że twoja wyspa leży w mojej mocy. No dalej, zgódź się. Co ci szkodzi zresztą? Masz jakieś zobowiązania? Nie. Zalegasz gdzieś z kasą? Nie i nawet masz jakieś oszczędności. Czy masz co innego do roboty? Tu po raz kolejny pada odpowiedź: NIE! – Krzyknął mężczyzna, unosząc w górę ręce.

Wszyscy aż na niego spojrzeli. Mardaq tymczasem podrapał się po głowie, rozważając co zrobić. W końcu podniósł niedokończoną butelkę whisky i przyjrzał się jej. Kiedy strapiony Tzakaszar sądził, że już przegrał, jego przyjaciel odstawił głośno oraz stanowczo naczynie z powrotem na ladę. Zatakari miał świętą rację – uznał wojownik. Nie miał nic do stracenia, a domu nie widział od lat. Być może odwiedziny faktycznie mu pomogą znaleźć jakiś sens w życiu.

– Niech ci będzie Tzak, zgadzam się! – Powiedział z mocą.

– Kapitalnie! – zawołał zatakari, obejmując przyjaciela, który jęknął z niezręczności. Tzakaszar był bardzo czułym zatakarim i nie postradał się z radości, słysząc prawdziwego Ghuramhę, a nie Ghuramhę pijaka i smutasa – Natychmiast się wszystkim zajmę. Jutro lecimy! – zawołał.

– Jutro? Tak szybko? – zdziwił się mardaq.

– No maksimum. Zresztą nie ma co zwlekać, bo byś mi się jeszcze rozmyślił – mówiąc to, uśmiechnął się szeroko.

– To może jeszcze kielonek na uczczenie twego sukcesu? – zaproponował mu w zamian Ghuharmha.

Zatakari podniósł palec i otworzył usta, chcąc się zgodzić, ale nagle się wstrzymał i roześmiał.

– Och ty cwania… – odezwał się, ale przerwał mu głośny huk otwartych gwałtownie drzwi.

Do tawerny weszło w tym momencie pięciu młodych, elegancko ubranych ludzi, każdy ze szpadą u boku, na których spojrzał absolutnie każdy przebywający w lokalu. Nie było wątpliwości, że pochodzą z arystokracji. Wyglądali ponadto nie dość, że na mocno wkurzonych, to jeszcze wiedzieli, że cel ich poszukiwań znajduje się właśnie tutaj.

– Pacz ty, znaleźli nas – Ghuramha uśmiechnął się na ten widok i niespecjalnie próbował się kryć, chociaż wiedział, że to ich tamta piątka szuka.

– Kurczę, jaśnie paniątko ma lepszy wywiad niż myślałem – rzekł z podziwem Tzakaszar, ale też był rozbawiony. – Sądziłem, że zejdzie im na to przynajmniej doba. Co robimy Ghur?

– A zaczekamy na rozwój wypadku. – odparł Ghuramha, płacąc za wypity alkohol oraz dając solidny napiwek. Przyda im się niedługo – pomyślał.

Tymczasem grupa szlachetków zatarasowała drzwi, a najstarszy z nich, posiadacz ciemnych, wąskich, pieczołowicie zadbanych wąsików oraz nienagannej, ulizanej fryzury pełnił widać rolę przywódcy, bo to on wpierw ogarnął aroganckim spojrzeniem salę, po czym władczym głosem odezwał się.

– Słyszałem, że weszła tutaj dwójka kudłatych stworów, których obecność bruka nasze piękne miasto. Wskażcie mi ich natychmiast!

Cała tawerna najpierw zamilkła grobową ciszą, a potem wybuchła ogłuszającą salwą śmiechu.

– A goń się picusiu! – zawołał ktoś i wszyscy wrócili do swoich zajęć.

Młody szlachcic nie tego się widać spodziewał, bo wyglądał, jakby miał zaraz wyjść z siebie, tak poczerwieniał ze złości.

– Zaraz mu żyłka pęknie – zaśmiał się Ghuramha. – aż tak nie rzucamy się w oczy, że potrzebuje pomocy, aby nas wypatrzeć?

– Widzi nas doskonale, po prostu chciał nastawić resztę przeciwko nam, ale widać bardziej nie lubią tutaj szlachciców niż nieludzi. A że taki zły to mu się nie dziwę. W końcu mardaq spał z jego siostrą – odparł lekkim tonem Tzakaszar.

– I trzeba przyznać, że niezła była, jak na człowieka oczywiście – rzekł mardaq, mile wspominając poprzedni wieczór. – Pewnie jeszcze bardziej go rozzłościł fakt, że zatakari spał z jego drugą siostrą.

Tenże zatakari słysząc to, roześmiał się radośnie.

– No właśnie, jestem zatakari, a my nie mamy potrzeby przespania się każdą osobą przeciwnej płci – wyjaśnił, pokładając się na ladzie.

– To coś ty tam robił w ogóle? – Zdumiał się Ghuramha.

– A słuchał muzyki, pił wino, grał w różne gry. Takie tam. – Wzruszył ramionami.

Ghuramha złapał się za głowę słysząc to. Wiedział, że jego przyjaciel to dziwadło, ale być sam na sam z chętną kobietą i nie załatwić przy tej okazji najważniejszego? Niepojęte. Tymczasem szlachcice przestali próbować zyskać sobie sojuszników w innych ludziach, tylko podeszli prosto do dwójki kudłatych nieludzi, otaczając ich półkołem.

– Jesteś, potworze! – zawołał wąsaty szlachcic, sięgając po szpadę. Barman chciał coś zaprotestować z tego powodu, ale zamilkł natychmiast, widząc rozognione spojrzenie szermierza. – Zapłacisz za zbrukanie czci mojej drogiej siostry swoimi bestialskimi rękami!

– Wiesz, o ile dobrze rozpoznałem emocje, twoja siostra nieźle się ze mną wczoraj bawiła – odparł kpiąco Ghuramha. – Wcale nie miała mi za złe zbrukania tej jej czci.

Człowiek omal nie zapłonął ze złości, słysząc to oświadczenie.

– Ejejej, musimy się tak od razu szlachtować? – wtrącił się delikatnie Tzakaszar. – Może lepiej napijmy się i pogadajmy, jak cywilizowani, a nie dzicy?

– Zamknij mordę dziwolągu! Tobie też urżnę łeb! – warknął mężczyzna, celując ostrzem w klejnot na czole zatakari. – Od Juana, wiem, że też tam byłeś i dobierałeś się do Arny!

Tzakaszar zaczął się śmiać, słysząc oskarżenie.

– Kolejny ignorant, który nic nie wie o mojej rasie – rzekł, drapiąc się po czole. – Słuchaj, ja nie tknąłem twojej drugiej siostry. Urządziliśmy sobie z Arną taki wieczorek towarzyski z muzyką oraz grami, a potem była bitwa na poduszki. A właśnie, Juan wspominał, że bawił się razem z nami i było bardzo miło? – zapytał, spoglądając na najmłodszego z piątki.

Zdumienie tymi słowami, zaraz obiegło całą salę, a szlachcice bardzo się zmieszali. Szczególnie ten najmłodszy. Ghuramha za to jeszcze raz złapał się za głowę i westchnął długo. Zastanawiał się jakim cudem zaprzyjaźnił się z kimś takim.

– Juan o czym ten świrnięty stwór gada? – Wąsaty spytał chłopaka, który uśmiechnął się głupkowato.

– No tak jakoś wyszło panie bracie… – zaczął się tłumaczyć.

– Milcz Juan! – huknął szlachcic. – Potem się z tobą policzę, a teraz zajmę się wami! – zwrócił się do dwójki przyjaciół. – Jakieś ostatnie słowo?

– No mam jedno – mardaq wstał powoli, a szlachcice na ten widok trochę stracili morale i cofnęli się, pozostawiając swego brata sam na sam ze zwierzoczłekiem.

Mężczyzna był niższy od Ghuramhy o ponad głowę i dużo węższy, jeśli idzie o muskulaturę. Mimo to wyglądał na to, że gotowy jest walczyć.

– Jesteś idiotą, a twoja siostra cię nienawidzi – mruknął Ghuramha.

Rozwścieczony szlachetka próbował w tym momencie zadać pchnięcie w znajdującą się przed nim szeroką pierś mardaqa, ale mimo swoich pokaźnych rozmiarów Ghuramha nadal był zwinny oraz szybki. Uniknął szpicu szpady, która wbiła się w ladę baru i wąsacz siłował się z jej wyciągnięciem. W tym momencie Ghuramha złapał go za fraki, wytarł nim bar, jak szmatą,  strącając przy tym wszystkie kieliszki oraz butelki, po czym pchnął, aż szlachetka przejechał przez całą długość lady i gruchną na ziemię, gdy blat się skończył. Zdarzenie to zadziałało jak zapałka przytknięta do benzyny. Nagle w całej tawernie zawrzało, zagotowało się i rozgorzała solidna bójka. Szkło, meble, a nawet ludzie latali po lokalu niczym podczas huraganu. Zdesperowany barman poleciał zaraz na zaplecze wzywać policję. Tymczasem na mardaqa i zatakari rzuciła się pozostała czwórka braci, bo krzywda jednego z nich przywróciła im odwagę. Tzakaszar, który dotąd nawet nie wstał ze stołka, nagle wspiął się na niego i skoczył jak sprężyna na jednego z ludzi, powalając go swoim ciężarem, po czym przetoczył się, przechodząc do walki z kolejnym. Ghuramha nie bawił się w takie sztuczki. Zdał się na własną siłę i zwyczajnie okładał swoich przeciwników, z których jeden poleciał na stół, a drugiego wciągnęła ciżba walczących. Dwójka przyjaciół nie czekając aż się szlachcice pozbierają, zabrała swoje rzeczy, po czym zaczęła torować sobie drogę do tylnego wyjścia, piorąc każdego kto się napatoczył. Parę minut, siniaków oraz otarć później, przedarli się do celu. Dotarli do drzwi w samą porę, bo właśnie do środka wpadł duży oddział policji, która kilkoma ostrzegawczymi strzałami w mig uciszyła rozróbę. Jednakże Ghuramha i Tzakaszar zdołali się już wtedy wymknąć z „Nory Taurigii” i ukryć w ciemnym zaułku z dala od tawerny. Nikt ich nie ścigał, więc mogli tam odetchnąć.

– Świetna zabawa – zawołał zgrzany mardaq z zadowoloną miną. – Zresztą jak zawsze. Mówiłem ci, że jak na takie chuchro nieźle się bijesz?

– Mówiłeś – sapnął zmachany zatakari, siadając na jakiejś skrzynce.

– No to co teraz, Tzak? – zapytał Ghurmha, wieszając pochwę z mieczem z powrotem na pasie.

– Idź gdzieś przenocować i naprawdę proszę cię byś siedział cicho – przestrzegł go Tzakaszar.  – Ten szlachetka jak tylko się ocknie  i wylezie z aresztu, zacznie kombinować, jak nas dorwać. Ja tymczasem zajmę się transportem. Bądź rano w porcie i nie zapij nigdzie po drodze. Nie mam zamiaru szukać cię po rynsztokach – dodał cynicznym tonem, krzyżując ręce na piersi.

Już zdarzały się takie sytuacje, ale Ghuramha nie w głowie miał teraz picie. Po bójce całkiem zapalił się do pomysłu odwiedzenia rodzinnych stron. Zaczęło go nawet ciekawić, co się tam w międzyczasie działo.

– Będę siedział cichutko, jak mysz pod miotłą. To do jutra – obiecał mardaq, wybiegając z zaułka w ciemną noc.

Tzakaszar jeszcze chwilę zbierał oddech, ale wkrótce też wyruszył, na poszukiwanie radiostacji, co by skontaktować się z kim trzeba.

*

O świcie Tzakaszar czekał już spakowany w aeroporcie, oglądając kręcące się tutaj tłumy ludzi oraz śmigające po niebie aerostatki rozmaitej wielkości. Ghuramha spóźniał się i zniecierpliwiony zatakari miał zła przeczucia. Minę miał niezwykle poważną, bo bał się, że przyjaciel zachował się jak skończony dureń, a ruchy pozbawione teatralności. W końcu jednak mardaq pojawił się ze starą, skórzaną torbą na ramieniu, w którą zawsze pakował swoje rzeczy. Posiadał ich śmiesznie mało w porównaniu do bagaży Tzakaszar. Tylko czemu on szedł tak śpiesznym krokiem?

– Gdzieś ty był? – zapytał Ghuramhę, przyskakując do niego. – Ja tu się martwię!

– A żegnałem się z taką jedną panną – odparł mardaq z szelmowskim uśmiechem.

– Nie… Tylko nie mów, że polazłeś znów do tej rezydencji? – zatakari aż złapał się za głowę.  – Bogowie ty jesteś taki… taki niewyżyty! I zapewne twoje szybkie kroki oznaczają, że jej bracia cię gonią?

Mężczyzna skinął głową na znak potwierdzenia.

– I tym razem nie są sami. Chyba zatrudnili najbardziej rosłych osiłków w mieście. Jeden z tych ludzi jest nawet wyższy ode mnie – wyjaśnił Ghuramha, który wyglądał na całkiem poruszonego, że w ogóle znalazł się taki człowiek.

– Dobra, nieważne. Chodź za mną – mruknął Tzakaszar i poprowadził ich na jedno z mniejszych, rzadziej używanych lądowisk.

Znajdował się tam mały, latający statek o pękatej sylwetce. Całkiem ładowny i nieźle uzbrojony, jak na swoją klasę. Maszyna idealna dla wojska, piratów, albo przemytników.

– W ciągu jednej nocy załatwiłeś statek? Nieźle. Gdzie nim dolecimy? – pytał Ghuramha, gdy czekali aż otworzy się klapa.

– Jak to gdzie? Oczywiście, że do celu – rzekł z uśmiechem Tzakaszar.

– Co celu? Nie ma przesiadek? – Zdziwił się mardaq.

Zatakari potwierdził ruchem głowy.

– Tzak twoja legenda jest zaiste prawdziwa – rzekł Ghuramha z podziwem do przyjaciela.

– Aj tam – towarzysz machnął ręką, jakby to było nic. – Po prostu moi znajomi przemytnicy mają coś do zrobienia w okolicy twojej wyspy i poprosiłem ich o podwózkę. Dużo nam nie policzą ze względu na stare dzieje. Ale teraz dość gadania. Wsiadaj. Już słychać nasz ogon!  – zauważył.

– Ja ich nawet czuję – dodał Ghuramha, zaciągając się powietrzem, gdy szli w stronę statku.

Gdy po chwili na lądowisko wpadła grupa jakiś trzydziestu uzbrojonych ludzi, statek uruchomił już swoje silniki i zaczynał odrywać się od podłoża. Dwaj przyjaciele pomachali do zostającego w dole wąsatego szlachcica, aby go troszkę podirytować. Facet wyglądał na jeszcze bardziej wściekłego niż wczoraj. Coś wrzeszczał, strzelał do statku z rewolweru, a kiedy zabrakło amunicji, rzucał czym popadnie w jego kierunku. Widać zatrzymanie odlatującej jednostki leżało poza jego mocą. Wkrótce też okręcik opuścił aeroport, a nieco później wyspa Flaurmandau została za nimi, niknąć w pustce Oceanu Chmur.

 

Następny cel, ojczyzna Ghuramhy.

By Galliusz

Następny rozdział

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s