Sypka sprawa

Jacie. Nawet nie zauważyłem, że tyle czasu minęło już od mojego ostatniego wpisu. Muszę wrócić do powieścidła, ale dzisiaj wrzucam takie małe opowiadanko, które napisałem na zabawę na pewnym forum. Enjoy.

 

Sypka sprawa

Detektyw Norbin Tromer siedział właśnie z założonymi rękami w pokoju przesłuchań. Nie był szczególnie zadowolony ze swojej obecności w tym miejscu, więc minę miał z lekka kwaśną. Właściwie to niedługo powinien skończyć służbę i zbierać do domu, ale oczywiście musiała się napatoczyć jakaś nieszczególnie istotna sprawa, którą przełożony zdecydował się przydzielić akurat jemu. Tromer próbował się od tego wymigać, ale szef pozostał nieubłagany. Detektyw zaklął pod nosem, bo zanosiło się na robotę  nudną. Ot, znaleziono jakiegoś mało znaczącego zbiega, którego należało przesłuchać, a potem zapuszkować. Policjant nie widział absolutnie żadnych przeciwskazań, by nie mogli tej osoby przepytać ludzie z nocnej zmiany.

Jeszcze musiał czekać w pokoju aż tego delikwenta w ogóle dowiozą na komisariat. Przez irytację związaną z tą robotą, Tromera męczyła okropna chęć sięgnięcia po papierosa, ale regulamin surowo zabraniał robienia tego w tym akurat miejscu, zatem musiał się obejść smakiem. Z nudów zaczął przeglądać akta owego znalezionego przestępcy, niejakiego Jakeda Morrisa. Zdjęcie przedstawiało młodego, piegowatego rudzielca w okularach. Wcześniejsze przewidywania Tromera okazały się słuszne. Facet był nudny, jak flaki z olejem. Ot jakiś drobny, niewydarzony złodziej, który dla szybszego końca wyroku i uniknięcia krat dobrowolnie zgłosił się do pracy, po czym wylądował w kopalni. Policjantowi wydało się, że zna skądś jej nazwę, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd tak właściwie. Nie mniej, nie znajdując żadnej rozrywki w czytaniu tychże akt, rzucił bezceremonialnie teczkę na stół. Ledwie to zrobił, drzwi stanęły otworem i dwóch gliniarzy wprowadziło do pomieszczenia niskiego, chuderlawego okularnika, chociaż szkła jego okularów w najlepszym stanie to się nie znajdowały. Posadzili go następnie na krześle, po drugiej stronie stołu niż ta okupowana przez detektywa.

– Czy to naprawdę będzie konieczne? – zapytał uprzejmie Jaked Morris pokazując kajdanki, którymi był skuty za plecami. – Przecież sam się zgłosiłem do was. Od początku mówiłem, że nie mam zamiaru uciekać.

Detektywa zaskoczyła grzeczność oraz nienaganna wymowa złodzieja. Spojrzał też pytająco na funkcjonariuszy, a ci potwierdzili skinieniami głowy słowa Morrisa. Gestem Tromer nakazał im rozkuć mężczyznę, po czym podziękował kolegom. Gdy wyszli, oparł łokcie na stół i pochylił się w stronę przesłuchiwanego. Gość wyglądał na niepewnego, ale chętnego do współpracy. Chociaż tyle – pomyślał z pewną ulgą Tromer. Zapowiadało się, że nie zajmie mu ta fucha wiele czasu.

– Jestem detektyw Norbin Tromer – przedstawił się, jak nakazywał regulamin, pozbawionym wszelkich emocji głosem. – A pan, panie Morris, został skazany za drobne kradzieże na roczek, czyż nie? I dobrowolnie zgłosił się, aby fizycznie odpracować swój dług wobec społeczeństwa?

– Wszystko się zgadza się – odparł potwierdzająco zbieg.

– Więc może wyjaśni mi pan, dlaczego nie pracuje pan teraz w pocie czoła w kopalni tylko włóczy po kraju? Zostały panu jeszcze dwa tygodnie kary, czyż nie? – kontynuował policjant, posiłkując się wiedzą z akt.

Usłyszawszy to, Morris wywalił na niego zdumione oczy, jakby Tromer powiedział jakieś niebotyczne głupstwo.

– O co chodzi? – rzucił niecierpliwym tonem do przesłuchiwanego.

Rudy młodzian podrapał się po karku, jakby nie wiedział jak powiedzieć to co ma do powiedzenia.

– No bo… – zaczął wreszcie. – No nie pracuję, bo kopalnia Westwood… Cóż, tak jakby się, panie policjancie, zawaliła – wydukał niezręcznym tonem. – Um, prasa na pewno o czymś takim wspominała.

Tromer skrzywił się, raz, że z poczucia zażenowania, a dwa, że właśnie przypomniał sobie gdzie słyszał tą nazwę. W gazecie sprzed tygodnia rzeczywiście było wspomniane o tym, że taka właśnie kopalnia zawaliła się kompletnie, grzebiąc iluś tam – nie pamiętał dokładnej liczby – górników oraz odbywających karę skazańców. Bodajże zginęli praktycznie wszyscy, którzy znajdowali się w środku, w momencie katastrofy. Jednak wtedy, gdy o tym czytał, dla detektywa nie była to dość istotna wiadomość, by miał potrzebować ją dobrze zapamiętać. Czuł się teraz jakby wyszedł na durnia, ale nagły  przypływ zainteresowania sprawą pomógł mu przynajmniej zwalczyć znużenie.

– Ach tak, pamiętam już. Gazety napisały, że zawał był tak potężny, że nikt nie przeżył, a góra, lekko mówiąc, zmieniła po wszystkim swój kształt – odpowiedział żywszym głosem. – Niech mi pan zatem zdradzi, panie Morris, jak pan to u diabła przetrwał i dlaczego siedzi pan teraz przede mną?

Rudzielec spojrzał na moment na sufit, po czym odetchnął głęboko, jakby szykował się do opowieści o całym swoim żywocie na tym łez padole. Policjant z obawy przed tym zmarszczył brwi.

– No więc panie władzo kochany, do kopalni Westwood trafiłem za to, że…

Tromer westchnął. Może rudzielec nie zaczął od dnia swoich narodzin, ale nadal znajdował się w swej opowieści daleko od interesujących mężczyznę wydarzeń.

– Wiem za co pan został skazany i nie interesuje mnie pańskie przeżycia podczas  odbywanie kary dzień po dniu – burknął detektyw. – Niech pan, z łaski swojej, przejdzie od razu do rzeczy i oszczędzi nam przedłużania naszej znajomości.

– No dobrze, a więc…

*

Tego dnia, jak każdego innego dnia od trzech miesięcy, wstałem z samiuśkiego rana i wraz z resztą skazańców poszedłem na dół do pracy. Cholernie ciężkiej oraz niebezpiecznej pracy, ale czego się nie zrobi dla wolności, prawda? Szef kopalni Westwood lubił wykorzystywać nas, skazańców, jako tanią siłę roboczą do odwalania drugorzędnych zadań. Zwykle więc zbieraliśmy resztki w starych korytarzach, a prawdziwi górnicy szli pracować przy świeżej żyle w nowym chodniku. Kurna, jak ja żałowałem wtedy, że zdecydowałem się zgłosić do tej pracy…. Dobra, już przechodzę do rzeczy, niech pan tak na mnie nie patrzy, panie władzo kochany.

A więc mi przypadło kopać w niższych partiach kopalni, gdzie skały były twarde, a robota gorsza niż w wyższych chodnikach. Wtedy, tamtego dnia, też tam pracowałem wraz ze swymi towarzyszami niedoli. Kruszyliśmy skały i ładowaliśmy urobek na wagoniki, które potem odsyłaliśmy do windy. Koło południa, pilnujący nas strażnicy ogłosili nam regulaminowo przewidzianą przerwę. Jak zawsze, z tuneli poszliśmy do głównego szybu, gdzie było nieco świeższe powietrze, na posiłek. I wtedy panie władzo kochany, wtedy się to zaczęło. Nagle wszystko dookoła się poczęło trząść, jakby ktoś złapał całą tą przeklętą górą i potrząsał nią wściekle, próbując wyrwać z ziemi w wraz z korzeniami. Wszystkich opanował od razu strach. Wstrząsy w kopalni to normalka, ale coś takiego? Miałem wrażenie, że świat wali się w posadach. Nie wiedzieliśmy co się dzieje i jak zareagować.  Lenn Skarlman, mój znajomy i jednocześnie inny skazaniec, zaczął krzyczeć żebyśmy uciekali póki możemy, po czym pobiegł do tuneli, ale my dalej sterczeliśmy i słuchaliśmy łoskotu, jak zahipnotyzowani. A tu jak nie zaczęły nam się z szybu na łeb sypać kamienie! Mówię panu, istna lawina spadała z góry, a wraz z nią ludzie, sprzęt oraz elementy konstrukcji szybu. Wtedy to już przerażeni uciekaliśmy wszyscy, skazańcy, strażnicy i górnicy w rozmaite strony, a dookoła nas podpory pękały jak wykałaczki. Biegłem jakby mnie najobrzydliwsze, piekielne demony goniły, a spadające dookoła głazy gniotły biegnących obok mnie na krwawą miazgę. Myślałem, że skończę tak jak oni, ale nagle gruz przestał mi się sypać na łeb. Wszystko wciąż się trzęsło, ale ze stropu spadał już tylko drobny pył. Zgadnij pan, gdzie trafiłem? Ano do naszej ukochanej części kopalni, gdzie skały były na tyle twarde, że oparły się jakoś zawałowi, a po kilku minutach wstrząsy ustały.

*

Wygląda na to, że miałeś wielkie szczęście, panie Morris. Ilu was ostatecznie przeżyło zawał? – Wtrącił pytanie Tromer.

– Ano jakiś dwudziestu może? Głównie skazańcy oraz kilku górników, którzy mieli szczęście być na dole, kiedy się zaczęło. Ocalał też jeden ze strażników, który nas pilnował. Strokiz się nazywał i on…

– Szczegółami to zajmiemy się później. Teraz lepiej mów, co się działo dalej? – rzekł niecierpliwym tonem do Morrisa.

*

Strokiz uznał się za lidera ocalałych. Kazał wszystkim siedzieć na tyłkach i oszczędzać powietrze, twierdząc, że wkrótce przyjdzie pomoc, co oczywiście było czystą bzdurą. Strokiz był jednak tępakiem, więc początkowo w wybawienie szczerze wierzył. Przez pierwsze kilka godzin, wszyscy posłusznie siedzieliśmy, ale potem nawet strażnik zwątpił, że nas stąd rychło wyciągną, więc pozwolił wstać, a nawet szwendać się. Wszyscy natychmiast się rozeszli po niezawalonej części kopalni. Nikt jednak nie szukał wyjścia. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że jesteśmy totalnie odcięci. Wyobraża sobie to pan? Przyszedłem tu do pracy, aby uniknąć więzienia, ale zły los i tak odgrodził mnie od świata oraz skazał na karę śmierci. Nie wiedząc co robić w takiej sytuacji kręciłem się wraz z innymi po chodnikach, starając myśleć o tym co zostało na powierzchni, tak dla pocieszenia. Wtedy spotkałem dwójkę innych skazańców. Wspomnianego już przeze mnie Lenna Skarlmana i niejakiego Rifitza, olbrzymiego faceta, z którym wcześniej bałem się rozmawiać. Przysiedliśmy sobie w kącie, gdzie zaczęliśmy dyskusję, co nam wypada począć teraz. Lenn wyglądał jakby miał zaraz zwariować ze strachu. Tak był spragniony jakiegokolwiek zajęcia, że sugerował nawet załatwienie strażnika. Ja na to spytałem się go co to da, a Rifitz ogłosił, że nie ma zamiaru przelewać niczyjej krwi, bo za bójkę i krew tutaj trafił. Lenn nie potrafił oczywiście odpowiedzieć, dlaczego mielibyśmy to zrobić, ale zamilknął. Nie strofowałem go uszczypliwymi uwagami. Też obawiałem się tego, że umrzemy tam, pod ziemią, kiedy tylko skończy się tlen, a oddychać było z godziny na godzinę ciężej. Wtedy zaproponowałem żebyśmy mimo wszystko popróbowali się stąd wydostać, bo a nuż widelec jakiś sposób istnieje. Koledzy mnie wyśmiali. Nie dziwiłem się im, byliśmy w końcu głęboko pod ziemią w kopalni stworzonej ludzkimi rękami. To nie była jaskini, w której znaleźlibyśmy drugie wyjście. Mimo to chciałem żebyśmy mieli czym głowy zająć, abyśmy nie myśleli o takich głupstwach jak Lenn.

*

Mówisz, że nie było wyjścia, a jednak siedzisz teraz na tym krześle? – zauważył Tromer.

Opowieść zbiega zainteresowała go na tyle, że nie mógł się powstrzymać od komentarza, nawet jeśli może być to stek bzdur, który ma ocalić go od kary za ucieczkę.

– No wtedy nie wiedzieliśmy, że jest drugie wyjście – poprawił się Morris, po czym wrócił do historii.

*

Chodziliśmy więc po tunelach gapiąc się na ściany, jakbyśmy oczami mieli wywiercić przez skały drogę ku wolności. W końcu wróciliśmy zrezygnowaniu do reszty, czekającej pod wodzą Strokiza na pomoc z zewnątrz, której nikt nie spodziewał się doczekać. Byliśmy w najniższej części kopalni. Nawet nie spróbują się do nas dokopać, a nawet jeśli, nim by dotarli, skończyłby się nam tlen. Myślałem wówczas, że muszę się z tym pogodzić oraz przygotować na śmierć.

Wtedy jednak, pewien stary górnik stwierdził publicznie, że zna możliwą drogę wyjścia. Wszyscy go wyśmiali, tak jak wcześniej mnie moi dwaj towarzysze. Uważano go za gościa trochę zbzikowanego od zbyt długiego przebywania pod ziemią. Ja jednak postanowiłem zagadać do niego, gdy inni odeszli. Facet, Gerim się nazywał, wyjaśnił mi, że kiedy przed laty kopano te chodniki natrafiono na jaskinię, którą jednak odcięto od reszty kopalni, bo nie było tam nic ciekawego z punktu widzenia szefostwa, a wyglądała na niebezpieczną. Gerim uważał, że można dzięki niej, być może, nawet wyjść na powierzchnię. Spytałem się go zatem, jak tam można się dostać, a on na to, że trzeba tylko otworzyć drzwi. Wtedy zaproponowałem, że nasza trójka mu pomoże. Lenn twierdził, że jest świetnym włamywaczem, więc mógł otworzyć drzwi, a Rifitz to kawał byka. Opowiedziałem towarzyszom o tym. Nadziei wiele w nich nie zostało i chociaż początkowo się upierali to udało mi się ich w końcu  przekonać do pomocy.

*

– Ruszyliście po tym od razu do wyjścia? – zapytał Tromer.

– Owszem. I tak w kopalni nie zostało nic poza beznadzieją i kilofami, które jednakowoż zabraliśmy za radą Gerima – odparł Morris

– Czyli w sumie nie spędziliście tam więcej niż doby?

– Chyba nie, ale tak po prawdzie nie mam pojęcia ile czasu tam na dole spędziłem. Trudno wywnioskować to siedząc pod ziemią, a zegarka nie miałem – rzekł rudzielec, drapiąc się po głowie. – W każdym razie…

*

Górnik zaprowadził nas do korytarza, który mijaliśmy codziennie. Było tam przejście zablokowane starymi dechami. Nigdy się nim specjalnie nie przejmowaliśmy. Nie obchodziła nas ta kopalnia i jej tajemnice. Gerim kazał nam odwalić drewno. Niezbyt ciężka robota. Za deskami ukazał się nam kolejny chodnik. Po dość kiepskim staniem bez problemu można było wywnioskować, że jest on stary. Zawał go tylko dodatkowo osłabił. Nasza trójka czuła wyraźny dyskomfort przed wejściem tam, ale Gerim orzekł, że to jedyna droga do wolności i poszedł przodem. Ja jako pierwszy się przemogłem. Nie chciałem tam na dole umierać. Za mną poszli moi dwaj towarzysze. Zaskoczyło mnie, że surowiec nie został jeszcze wyeksploatowany w tym chodniku, bo wydawało się go być tutaj sporo. W każdym razie, na jego końcu natknęliśmy się na drewniany mur z małymi drzwiami, który stanął nam na drodze. Górnik wyjaśnił, że za nimi są właśnie jaskinie, a więc musimy je pokonać. Lenn od razu zabrał się za otwieranie zamka przy użyciu kawałka drutu, który zawsze miał przy sobie, a z którym nigdy nie przyłapali go strażnicy.

*

Uwierzy pan, że ten gość uciekał w nocy z baraku i szedł do wioski na dziewuchy? – zapytał Morris, schodząc z tematu.

– Uwierzę – odparł Tromer sucho. Podczas swojej kariery usłyszał wiele dziwacznych opowieści. – Ale czy otworzył te drzwi? – Chciał, by młodzieniec wrócił do swojej historii.

– Otóż, właśnie nie.

– Nie? – zdziwił się detektyw.

– Zamek tak zardzewiał od wilgoci, że nie było mowy o jego otwarciu, nawet przy użyciu klucza, gdybyśmy go mieli – wyjaśnił Morris.

– Więc jak ostatecznie przeszliście?

– Wspominałem, ze Rifitz to kawał chłopa, prawda?

*

No więc Rifitz, były pięściarz, a potem barman w jakieś zapyziałej karczmie, zaproponował abyśmy zrobili z drzwiami to samo co wcześniej z deskami. Gerim spojrzał wtedy uważnie na sklepienie i ściany, po czym stwierdził, że to bardzo ryzykowne, ale zirytowany oporem zamka Lenn poparł Rifitza, twierdząc, że nawet najlepszy ślusarz świata nie otworzy tych drzwi, nie rozwalając ich na drobne drzazgi. Zaczęliśmy więc walić w czwórkę kilofami w ten mur. Dziwiło mnie, nie powiem, że zadano sobie takie trud w zablokowaniu jakiejś jaskini. Nie mniej, po jakimś czasie udało nam się wyrwać drzwi. Wtedy stało się to, czego obawiał się Gerim. Mur tak jakby podtrzymywał ten chodnik w kupie. Gdy tak się z nim obeszliśmy, strop zaczął się walić. Górnik nie czekał na kamienie i pierwszy pobiegł naprzód, a my za nim. Po chwili korytarz, którzy opuściliśmy zawalił się, odcinając nas od odciętej kopalni. Byliśmy teraz w naturalnych, ociekających wilgocią jaskiniach i targały nami wątpliwości co do zachowania żyć.

*

Morris zamilknął nagle, jakby wspomnienie tego strachu ciągle było w nim żywe. Tromer jednak nie miał czasu, aby czekać aż wróci na ziemię.

– No mów dalej! Co tam zastaliście? – Pytaniem wyrwał chłopaka z zamyślenia.

*

Ano, panie władzo, zastaliśmy wielkie, świecące jasno kryształy chorocytów. I stało się dla mnie jasne, dlaczego odcięto to miejsce. Państwo dla tych kryształów zajęłoby całe złoże, a szef kopalni wolał wpierw wyeksploatować do cna co się dało przed ogłoszeniem odkrycia. Zaniepokoił mnie wówczas Gerim. Starzec wyglądał tak, jakby zobaczył największy skarb świta. Nam też się wprawdzie oczy zaświeciły na ten widok, ale bardziej od chorocytów zajmowało nas wydostanie się na powierzchnię, więc naciskaliśmy na Gerima, abyśmy szli dalej. Wędrowaliśmy więc przez kryształową jaskinię i nawet lampy specjalnie nie były nam przy tym potrzebne, bo kryształy dawały dość światła dla oczu. Ile czasu spędziliśmy tam, również nie wiem. W trakcie wędrówki straciłem rachubę jeszcze bardziej niż wcześniej w kopalni. Byłem jednak pełen nadziei. Mieliśmy tlen, więc musiało istnieć jakieś połączenie z powierzchnią. Jednak kolejne chwile w podziemiu, głód i pragnienie, znowu osłabiły nasze nadzieje na wolność. W dodatku Gerimowi zaczynało co raz wyraźniej odbijać. Ciągle gapił się na te kryształy i mamrotał do siebie oraz do kamieni. Zacząłem nawet myśleć, że bardziej od wydostania się na zewnątrz, chciał się tutaj dostać. Być może on je właśnie odkrył, kto wie? W końcu zaczął się złościć, gdy spostrzegł, że my także patrzyliśmy na chorocyty. Twierdził, że to jego własność i nie pozwoli nam tego ukraść. W końcu górnik począł nas opóźniać, więc za radą Lenna, który twierdził, że nie jest nam on już potrzebny, zostawiliśmy go.

Z czasem zrobiliśmy się tak zmęczeni, że nie mieliśmy wyjścia. Musieliśmy się zdrzemnąć choć przez chwilę. Walnęliśmy się tam, gdzie uznaliśmy, że będzie nam najwygodniej. Oczywiście wygodnie nie było, ale wtedy nie narzekaliśmy. Obudził mnie jednak jakiś hałas. Kiedy wstałem, ujrzałem, że Gerim dusił Lenna, więc zacząłem krzyczeć i próbowałem go odepchnąć. Stary okazał się całkiem silny i dopiero z pomocą Rifitza obezwładniliśmy go. Chciałem zapytać, czemu to zrobił, ale gdy górnik tylko oprzytomniał to uciekł w tunele. Nie biegliśmy za nim, jednak ponownie spania już nie próbowaliśmy.

*

– Czy ten górnik spowodował, że tylko ty tu dotarłeś? – zapytał Tromer, gdy Moriss przerwał, aby złapać oddech.

– Nie. Nigdy więcej go nie zobaczyliśmy – wyjaśnił rudzielec. – I całe szczęście. Nie miałem ochoty ponownie się spotykać z tym świrem.

– Daleko jeszcze do końca tej opowieści? – zapytał detektyw, spoglądając na swój zegarek.

– Jeszcze chwila – odparł przesłuchwiany.

*

Dotarliśmy wreszcie do stromej, śliskiej skały. Z otworu na górze spadały na nas błogosławione powiewy świeżego powietrza. Po tylu godzinach w podziemiach to było cudowne. Niestety, musieliśmy się wspinać. Nie ma pan pojęcia jak we mnie emocje buzowały. Byliśmy tak blisko wolności, a jeden fałszywy ruch mógł przekreślić wszystko. Bez wypadku dotarliśmy wysoko, ale wtedy Riftiz poślizgnął się. Nim spadł zdołałem go złapać za rękę, jednak mężczyzna był tak ciężki, że nie mogłem go długo utrzymać. Nigdy nie zapomnę jego błagającego o ratunek, przerażonego wzroku. W końcu wyślizgnął mi się, po czym runął w dół. Kurna, słabo mi się robi jak to sobie przypominam. Mężczyzna nie tylko spadł, ale trafił też na chorocyty. Nabił się na taki wielki kryształ, jak na jaką olbrzymią włócznię. Prawie się nie porzygałem, ale Lenn pomógł mi oprzytomnieć. Wraz z nim dotarliśmy na górę i padliśmy wyczerpani na ziemię. Czułem się podle, że nie zdołałem Rifitza ocalić, jednak mój ostatni towarzysz powiedział, że jest pewien, iż blisko do powierzchni. To mi pomogło się podnieść oraz ruszyć w dalszą drogę. Niedługo później usłyszeliśmy wyraźny szum wody. To nam dodało sił i pozwoliło na bieg. Po chwili wyszliśmy na powierzchnię obok jakiego strumienia prosto w blask słońca. Padliśmy wtedy na kolana i chwaliliśmy wtedy wszelkie możliwe bóstwa oraz duchy świata.

Dopiero po jakiś czasie doszło do nas, że mamy kolejny problem.  Wylądowaliśmy w jakiejś kompletnej głuszy bez jedzenia. Dobrze, że chociaż się napiliśmy z potoku. Po ugaszeniu pragnienia, ruszyliśmy w drogę przez dzicz. Szliśmy tak aż do zapadnięcia zmroku. Wtedy las postanowił raz jeszcze nam przeszkodzić, rzucając w naszą stronę watahę wygłodniałych wilków. Uciekaliśmy przed nimi, ale dopadły i zżarły Lenna. Ja jakoś uciekłem i natknąłem się na polujących w tamtym lesie myśliwych. Byli na tyle dobrzy, że zabrali mnie do swojej chaty, nakarmili mnie, a nawet podwieźli do miasta, gdy odzyskałem siły. Wtedy zgłosiłem się do pierwszego patrolu. Nie chciałem wyjść na zbiega, zwłaszcza, że jak sam pan wspomniał, zostały mi dwa tygodnie kary.

*

– Co teraz ze mną będzie? – Zapytał skruszonym tonem Morris.

– Co takiego? – Tromer dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że opowieść dobiegła już końca.

– Co będzie ze mną? – powtórzył chłopak.

Detektyw był tak zaskoczony całą tą opowieścią, że nie wiedział jak odpowiedzieć rudzielcowi. Nie spodziewał się takiego końca dzisiejszego dnia. Nie mniej Morris okazał się uczciwy skoro wrócił, po tym jak kopalnia uległa zawaleniu.

– Szkoda, że tylko ty wróciłeś, ale myślę, że nie skażą cię ponownie za ucieczkę, skoro ratowałeś w ten sposób życie, a po wszystkim dobrowolnie się zgłosiłeś do nas. Mogą jednak chcieć zobaczyć tą jaskinię, przez którą przeszedłeś z towarzyszami.

– Wolałbym jej nie oglądać znowu. Wolałbym zapomnieć w ogóle o tej kopalni – jęknął Morris, który jakby oklapł z sił.

– Nie mniej do zakończenia wyjaśnień będziesz musiał kwaterować w naszym areszcie – rzekł Tromer. – Może być?

– Wolę już kraty od podziemi – odparł młodzieniec. – Prowadź pan.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s