Pięć Dni rozdział III

Znowu później, ale to pokłosie sesji egzaminacyjnej. Mam nadzieję, że teraz faktycznie będę umieszczał te rozdziały mniej więcej co tydzień. W tej części, a także kilku kolejnych zostaną zaprezentowani kolejni bohaterowie powieści. Zapraszam do lektury.

3

Dush’Ugra przybyła do tego miasta ludzi zaledwie kilka dni temu, nie wiedząc o nim właściwie nic, ale uważała, że póki co nieźle sobie tutaj radzi. Bez wzbudzania podejrzeń i większych problemów znalazła robotę ochroniarza tam gdzie chciała. Tak jak się spodziewała, arogancki człowiek, z którym rozmawiała, by pracę ową otrzymać, nie zadawał jej zbyt wielu pytań. Miał Ugrę po prostu za kolejnego, nierozgarniętego zielonoskórego. Właśnie dlatego ludzie chętnie najmowali orków do ochrony, z powodu mniemania o ich nikłej inteligencji. Za niewielką cenę otrzymywali silnych, twardych i pozbawionych skrupułów najemników. Tak naprawdę jej pobratymcy nie należeli do skończonych kretynów zdolnych tylko do bitki, ale po prostu byli zbyt leniwi oraz zbyt przyzwyczajeni do prostackiego życia, aby używać mózgów tak jak mniej sprawne fizycznie rasy.

*

– Padam już z nóg. Weź zróbmy sobie krótką przerwę – Zaproponował jeden z robotników, rozładowujących latający transportowiec na prywatnym lądowisku. – Czemu w ogóle mamy wynieść to wszystko tylko we dwóch?

Stojąca na warcie Dush’Ugra, spojrzała niby od niechcenia w tamtym kierunku. Na płycie lądowiska ujrzała dwójkę ludzkich mężczyzn, ale tylko idiota nabrałby się na to, że są oni zwykłymi robotnikami. Wysocy, umięśnieni, pewni siebie i brodaci. Nijak nie pasowali do obrazu typowego tragarza. Właściwie tylko brudem oraz potem byli do niego podobni.

– Przerwa to zdecydowanie dobry pomysł – Odparł z aprobatą drugi „tragarz”, odchodząc wraz z tamtym w cień rzucany przez zabudowę okalającą lądowisko. Stanęli nieopodal posterunku Ugry. – To chyba ma być kara za tamtą wpadkę.

– Przecież nie chcieliśmy stuknąć tego faceta. Rzucał się – Mruknął ze skargą w głosie ten pierwszy.

– Feniks widać inaczej na to patrzy – Westchnął jego koleżka. – Jak myślisz, co tym razem chłopaki przywieźli w tych skrzyniach?

– To co zwykle. „Cenne rzeczy.” – Odpowiedział mu porozumiewawczo kamrat. – Ale chyba nie powinniśmy o tym mówić przy… –Mężczyzna dygnął w głową w stronę orczycy, udającej brak zainteresowania tą rozmową.

Widać zauważył jednak, że Dush’Ugra rzuca na nich okiem.

– Daj spokój to tylko ork, który zresztą robi dla nas. No mów – Nakłaniał go ten drugi.

– W sumie masz racji – Zgodził się pierwszy. – A więc, ponoć to świeża dostawa figurek wzbogaconych porcją „księżycowego pyłu” – Dush’Ugra drgnęła na dźwięk tych słuch. Miała nadzieję, że oni tego nie zobaczyli. – Sporo osób będzie chodzić z uśmiechami po mieście w najbliższym czasie. Może Tandryk odpali nam jakąś dolę z zysków? – rzekł z nadzieją.

– Żartujesz. Ten krasnal uchodzi za chciwego nawet wśród swoich. Nie da nam nic więcej poza tym co obiecał, a i tak będzie się awanturował, że za dużo chcemy. Nie zdziwię się jeśli zgarnia, no wiesz, więcej niż powinien do własnej kieszeni. Niech tylko szef się o tym dowie, to spadnie komuś głowa – Zaśmiał się jego towarzysz.

– A wtedy będzie potrzebny nowy dystrybutor towaru na Placu Północnym – Tamten też się roześmiał.

*

Godziny później, gdy zaczynało już zmierzchać, a cały ładunek wreszcie znalazł się już bezpiecznie w magazynie, obaj „robotnicy” opuścili lądowisko, a transportowiec został szczelnie zamknięty. Ona musiała tu jeszcze tkwić przez jakieś dwie godziny. Jedyne co miała do roboty to podziwianie statku. Mierząca 50 metrów, smukła jednostka o skątowanym kadłubie stanowiła kawał porządnego żelastwa. Dush’Ugrę zastanawiało, jak w ogóle ci goście zdołali to coś oficjalnie zarejestrować jako statek transportowy. Trochę się o tym wywiedziała w międzyczasie. Jednostka rozmiar miała może regulaminowy, jeśli idzie o małe statki transportowe, ale ten konkretny model bez wątpienia był pierwotnie korwetą do zastosowań militarnych. Modyfikacje mające go upodobnić do jednostki cywilnej nie były jakoś daleko posunięte. Ukryto głównie uzbrojenie, więc dalej wyglądał jak okręt marynarki i bez wątpienia był idealnym narzędziem do szmuglowania, a nawet rabowania jachtów bogaczy oraz mniejszych transportowców, tych prawdziwych. Gang Płonącego Nieba trudził się wieloma dziedzinami działalności przestępczej, więc potrzebował też wielozadaniowych okrętów.

Kobieta marzyła o tym, by unicestwić doszczętnie tych łotrów za to co zrobili jej bratu. Tylka dla tego celu przybyła tutaj. Jednak znajdując się w Higurashanie zrozumiała, że nie da rady tego zrobić sama, bez żadnych informacji. Musiała zatem dokonać czegoś w czym orkowie nie byli za dobrzy, infiltracji grupy. Brzydziła się tym, że pracowała dla nich, ale tylko tak mogła dowiedzieć się czegoś o osobie o pseudonimie Feniks, pod którym krył się szef gangu. A że większość członków bandy to ludzie lub krasnoludy uważające wszystkich orków za tępych mięśniaków zainteresowanych tylko najpierwotniejszymi potrzebami, tym łatwiej jej to przychodziło. Wielu z nich nawet nie wyobrażało sobie, że Dush’Ugra może coś knuć za ich plecami. Była dla nich kolejnym zielonoskórym pracującym w zamian za raczej marne grosze, a mimo to okazującym posłuszeństwo.

Orczyca już miała w głowie pewien plan. Wiedziała, że owy krasnoludzki handlarz, Tandryk, jest dość bliskim współpracownikiem Feniksa i na pewno jutro rano dostanie te „figurki”. Dush’Ugra splunęła na myśl o ich dodatkowej zawartości. „Księżycowy pył.” Tak nazywano pewien parszywy, nowy narkotyk, który stał się popularny w ciągu ostatnich miesięcy. Przez to właśnie gówno zginął jej głupi brat, a ona chciała pomsty za tą śmierć. Skoro nie mogła zniszczyć całego legowiska, odetnie chociaż łeb królowej węzy. Odpowiednio przyciśnięty Tandryk z pewnością powie jej, gdzie owej królowej szukać. „Już niedługo będzie po wszystkim” – pomyślała z zadowoleniem orczyca. Nie należała do szczególnie cierpliwych osób, więc gdy głowę miała pełną myśli o bliskim dokonaniu zemsty, reszta warty dłużyła się jej okropnie. W końcu jednak pojawił się drugi ork żeby ją zmienić, jak zawsze spóźniony. Ten wielkolud należał właśnie do gatunku prymitywów, od których wziął się stereotyp orka w krainach innych ras. Uważał się on za tak atrakcyjnego, że Dush’Ugra powinna oddać mu się bez oporu. Faktycznie był większy od niej, potężnie umięśniony, a wielkie kły sterczały mu z gęby jak u dzika, ale tam pomiędzy uszami miał mniej niż przeciętny głaz.

– Dorosłaś już do tego maleńka Ugro? – Uśmiechnął się do niej lubieżnie. – Możemy to zrobić nawet tutaj. Nie obchodzi mnie, że te słabiaki nas zobaczą.

„Za jaką karę ten tępak sobie mnie upodobał i poprzysiągł przelecieć?” – Spytała niemo duchy, czując rosnącą irytację na tego kretyna.

– Wypchaj się Ruzdh! – warknęła do niego powstając. Była niższa o jakieś pół głowy, ale w brutalnym świecie orków wygrywał nie tylko najsilniejszy, ale i najsprytniejszy. – Za nic w świecie nie będę się kochać z takim zakutym łbem jak twój! Pilnuj lepiej lądowiska i swojego nochala, bo ci go rozkwaszę!

Ruzdh nie poczuł się zbytnio zadowolony z takiej odpowiedzi. Dush’Ugra przyciągała  jego wzrok od kiedy ją zobaczył i chciał ją mieć, choćby musiał ją stłuc na miazgę, żeby mu się wreszcie oddała. Nienawidził sprzeciwu, zwłaszcza, że był wielce dorodnym facetem, za którym ta baba winna szaleć. Dlatego, kiedy przechodziła obok niego, rzucił się na nią i schwycił za ramiona w swe wielkie, zielone łapska.

– Dokąd do to maleńka? – szepnął jej lubieżnie do ucha, po czym zaciągnął się zapachem jej czarnych, sztywnych jak miotła włosów. Dush’Ugra zachowała kamienny spokój mimo napaści podnieconego samca. – Pójdziesz, gdy ja ci na to pozwolę.

„Akurat” – Pomyślała orczyca. Kopniak z zaskoczenia w kolano zachwiał Ruzdhem na tyle, że mogła mu się wyszarpnąć jednym gwałtownym ruchem. Potężny cios łokciem w brzuch, który w mgnienie oka później nastąpił, bez problemu zakończyć umizgi mężczyzny.

– Ty wredna suko! – warknął pełnym bólu głosem, sięgając po nóż. – Wypatroszę cię za to!

„Niedoczekanie twoje.” Z tą myślą, zdzieliła go prawym sierpowym w głowę. Ruzdh z rozciętą skronią padł ciężko na ziemię, jak wór cementu. Nie zabiła go jednak. Znała możliwości swojego ciała, a trup tego matoła, chociaż zrobiłaby to z nieukrywaną przyjemnością, nie był jej w tej chwili do niczego potrzebny. Za kilka minut oszołomienie Ruzdhowi minie i będzie robił swoje. Niestety wątpiła, by go to coś nauczyła. Ten ork był po prostu tępy. Chyba nic tego nie zmieni.

Dush’Ugra, jak gdyby nigdy nic, poszła zaraz odebrać swoją dniówkę od jednego z łotrów urzędujących stale w magazynie, a potem, nie wypowiedziawszy przy tym żadnego słowa, ruszyła do miasta. Nie podobało jej się to miejsce. Orczyca wcześniej rzadko zapuszczała się poza rodzinne strony zamieszkane przez swoją rasę, a ten miesiąc, jaki tu spędziła wcale nie zachęcił jej do pozostanie. Nie mniej ten czas okazał się całkiem kształcący. Orkowie nie budują takich miast jak wiele innych, uważających siebie za cywilizowane, ras. W porównaniu do Higurashanu były tylko bezładnymi zbieraninami skleconych na jedno kopyto, kanciastych budowli wzniesionych z drewna, kamienia, kości i ewentualnie stali. Pierwszy raz widziała tyle istnień skupionych na tak małej przestrzeni i przy tym nie walczących ze sobą o terytorium. W dodatku wszędzie stały oraz pracowały jakieś maszynerie zwykłe lub armagiczne. Orkowie wprawdzie, może poza najprymitywniejszymi plemionami żyjącymi na obrzeżach znanej przestrzeni, również znali mechanikę, a wiele urządzeń trafiało do nich jako łupy, ale nigdy w takiej ilości. Chociaż w tym mieście znajdowało się wiele nieznanych jej rzeczy, Dush’Ugra jako tako zdołała się dostosować się do nowego środowiska. To nie było takie trudne, ale spora w tym zasługa tego co powiedział jej brat, Kirg’Dokihal, który, ku swojej późniejszej zgubie, odwiedzał cywilizowane wyspy. Mawiał, że nie cierpi ich zacofanej ojczyzny, że tu mu lepiej i robi wielkie pieniądze. Jego siostra miała zgoła inne zdanie. Nie było szans, by miała kiedykolwiek dołączyć do miejscowej społeczności, która nią gardziła. Zamierzała wrócić do domu, gdy tylko spełni swoją zemstę. O ile to przeżyje. Wiele się może wydarzyć i wiele zależy od tego, czy Tandryk zna potrzebne jej informacje oraz czy zdoła je z niego wycisnąć.

Kiedy dotarła do zajmowanej przez siebie zapyziałej gospody, leżącej w jakiejś biednej dzielnicy we wschodniej części miasta, zamówiła sobie strawę oraz piwo. Trzeba wypić z przyjaznymi duchami za powodzenie przedsięwzięcia. A jako że biedni ludzie z sąsiedniej ulicy to skończeni rasiści pałający absolutną nienawiścią do biednych nieludzi z tej ulicy, nie obyło się bez pijackiej burdy, do której orczyca dołączyła z wielką chęcią. Trzeba ćwiczyć, gdy trafia się okazja, jak sama mawiała. Po wszystkim, wyposażona w kilka nowych siniaków i zadrapań, poszła spać. Materace w tej gospodzie nie były szczególnie martwym przedmiotem. Właściwie to można rzec, że żyły własnym życiem i ruszały się pod ciałem. Jednak ork nie potrzebuje wygód żeby się wyspać. Zresztą robale wspaniale masowały jej plecy.

*

Nad ranem powinna pójść z powrotem na lądowisko, przejąć wartę i sterczeć tam kolejne dwanaście godzin. Jednak dzisiaj kończyła z tymi podchodami. Zamiast tego uzbroiła się tak jak przeciętny ork zbroi się na bitkę. Założyła toporny, stalowy napierśnik, do pasa przyczepiła topór oraz krzywy orkowy nóż, kilka granatów własnej roboty i w końcu strzelbę, którą zabrała jakiemuś idiocie po roztrzaskaniu mu łba, kiedy próbował ją napaść. Z takim rynsztunkiem bez wątpienia rzucać będzie się w oczy na ulicy, a policja, czyli tak zwani miejscowi stróże prawa, mogłaby przez to chcieć ją zatrzymać. Dlatego po chwili pomyślunku zarzuciła na siebie wielkie futro własnoręcznie upolowanej niegdyś  bestii, którym zakryła uzbrojenie. Cóż, powinna w ten sposób dojść do celu bez wzbudzania dodatkowego zainteresowania. Była gotowa, więc zeszła do zrujnowanej wczorajszą burdą głównej sali gospody. Właściciel, po tym co widział, nie śmiał nawet mówić nic o pieniądzach za szkody. Dush’Ugra uregulowała zatem rachunek za norę zwaną tutaj pokojem, po czym wyszła.

Na zatłoczonych ulicach zwracała na siebie uwagę taką, jaką wzbudzał tutaj  każdy ork. Jeśli już ktoś na nią spojrzał to ze strachem, albo pogardą. Osobiście miała gdzieś ich i to co myślą o niej. Zresztą długo już tutaj nie zabawi. Plac Północny leżał dość daleko od jej gospody, więc miała trochę do przejścia w ciepłym futrze pod palącym letnim słońcem. Spociła się, jak szczur, ale orkowe kobiety inaczej dbały o swoje piękno niż przywykły to robić inne kobiety.

*

Plac Północny, jak sama nazwa wskazywała, leżał w północnej części miasta i był prawie przez cały dzień dość ludnym miejscem. A to za taką sprawą, że codziennie rozstawiali się tutaj liczni handlarze, u których można kupić wiele rzeczy taniej niż w sklepach, a przy okazji także towary zakazane przez władze miasta i Królestwa Tenguru. Idealne miejsce, by rozprowadzać po kryjomu „Księżycowy pył”, zwłaszcza że kupowałeś tak naprawdę glinianą figurkę. Policjant nie mógł podejść i wyrwać jej komuś z ręki bez wyraźnych dowodów. Dzisiaj jednak Plac wydawał się ludniejszy niż zwykle i kręciło się tutaj sporo czarnych mundurów. Z tego co doszło do uszu orczycy, wczoraj w nocy, w pobliżu doszło do jakieś tajemniczej eksplozji, w którą zamieszany był elf. Niezbyt ją to jednak interesowało.

Stragan Tandryka stał w kącie u zbiegu kilku uliczek, pozwalających jego właścicielowi na szybką i sprawną ucieczkę w razie zagrożenia. Dush’Ugra nie zmierzała mu na to pozwolić. Budę otaczała grupka ludzi przeglądających towar. Akurat ten towar wystawiony na ladzie był jak najbardziej czysty. Trzeba znać „magiczne słowo”, by dostać „zaczarowaną figurkę”, jak mawiali członkowie Gangu Płonącego Nieba. Tandryk poznał orczycę, widział ją kilka razy na lądowisku i w magazynie, ale niepomiernie zdziwił się na jej widok.

– Witam, witam – Zagadnął ją pierwszy. – Spokojnie dziś na Placu Północnym, prawda? – Co znaczyło, że żadna konkurencyjna banda, ani policja nie próbuje wtykać swojego nosa w ich interes. – Jesteś pewna, że na moim skromnym straganie znajdziesz coś do przyda się takiej dużej i silnej kobiecie? – A to z kolei miało oznaczać żeby spadała.

Dush’Ugra nauczyła się trochę ich tajemnych hasełek dzięki lekceważącym stosunku wobec niej członków gangu. Postanowiła sama w zagrać w te gierki słowne.

– Może jednak stary przyjacielu. Może znajdzie się tam dla mnie coś ciekawego? – Wyraziła zainteresowanie nabyciem „Księżycowego pyłu”.

Mina krasnoluda wyrażała jasno, że nie kupił tego. Dyskretnymi ruchami głowy, dał znak dwóm podejrzanie wyglądającym facetom czającym się w okolicy,  swoim stałym ochroniarzom. Ci ruszyli w ich stronę, ale z ociąganiem, jakby mieli wątpliwości, czy dadzą jej radę. Dush’Ugra uśmiechnęła się. Po co w ogóle próbowała się zgrywać, zamiast od razu złapać krasnala za fraki?

– Te towary są zarezerwowane tylko dla stałych klientów, a ty mi nie wyglądasz na jednego z nich orczyco! Lepiej pilnuj własnego nosa i swojej roboty! – Warknął Tandryk.

– Niestety mam z tobą do pogadania, krasnoludzie! – Odparła złowrogo. –Chyba nie sądzisz, że tych dwóch patałachów da mi radę?

– Brać ją! – Zawołał do swoich ludzi.

Ci zawahali się na chwilę, zastanawiając co robić. W końcu jeden z goryli, rzucił na nią od tyłu i złapał za szyję próbując dusić. A drugi szykował kij do ciosu. Widząc co się święci, pozostali klienci odsunęli się prędko, wywołując spore zamieszanie, które niosło się po Placu, jak fala.

„Głupcy. Takich dwóch, żałosnych ludzi nie ma szans wygrać w walce wręcz z prawdziwą, orkową wojowniczką.” – Pomyślała nie specjalnie przejęta Ugra. Drąg bandyty po prostu złamał się na jej pancerzu i nim zdziwiony mężczyzna zdołał zareagować, ona zdołała zerwać z siebie tego pierwszego, po czym pchnęła go na sąsiednie stoisko z niszczycielskim skutkiem. Widząc to, ten od kija próbował sięgnąć po pistolet, ale Dush’Ugra doskoczyła do niego nim zdążył wypalić, po czym wykręciła mu rękę. Wyraźnie słyszalny trzask kości oznaczał, że więcej niż wykręciła, ale grunt, że upuścił broń. Następnie cisnęła go na ladę Tandryka aż pękło drewno i na ziemię posypały się bibeloty. Nie próbował wstawać. Jego kamrat zdołał się wygrzebać ze szczątków straganu z mieczem w ręku. Próbował nawet atakować, ale Ugra bez problemu go rozbroiła w pięciu ruchach, z czego jeden to samo wyciągnięcie noża. Potem jeszcze zdzieliła go pięścią po głowie, by nie próbował więcej kombinować. Krasnolud patrzył na to tą jednostronną walkę jak wryty. Pozbawiony ochrony próbował uciekać, ale orczyca błyskawicznie sięgnęła po strzelbę.

– Stój! Albo podziurawię cię jak sito! – Krzyknęła.

Poskutkowało. Tandryk podniósł ręce do góry, po czym powoli odwrócił się ze wściekłą miną. Dush’Ugra podeszła do niego i przystawiła mu lufę do samego nochala.

– A teraz mi powiesz, gdzie znaleźć szefa Gangu Płonącego Nieba karle! – warknęła ponurym głosem.

– Nie wie o czym mówisz – odparł pewny siebie. – Nie mam nic wspólnego z tymi przestępcami, a ty za ten napad słono zapłacisz.

Orczyca odwiesiła strzelbę na pasek. Bez żadnych ceregieli, schwyciła Tandryka za szmaty, podnosząc go z ziemi, jak piórko, a następnie uderzyła nim o ścianę najbliższej kamienicy dość silnie, by zabolało, ale nie tak żeby połamać mu kości. To zostawi jako argument na później.

– Jesteś pewien? – zapytała kpiąco. – Bo tak mi się obiło o uszy, że osobiście znasz Feniksa.

Tandryk nie miał już takiej hardej miny. Zaczął nawet drżeć ze strachu.

– Słuchaj. Możemy się dogadać. Zapłacę ci bardzo dobrze. Nie będziesz musiała już do końca życia pilnować magazynów. Tylko nie każ mi o nim mówić. On nie bardzo to lubi.  – Negocjował, a przynajmniej starał się.

– Nie interesują mnie twoje pieniądze. Gdzie znajdę Feniksa! – Potrząsnęła krasnoludem.

– Ale on mnie zabije, jak ci powiem!

– Nie uda mu się to, jeśli ja zabiję go pierwsza! – Warknęła orczyca licząc, że tym go przekona.

Krasnolud na chwilę stracił głos ze zdumienia. W jego uszach taki plan musiał brzmieć niezwykle głupio i niewykonalnie.

– Chyba nie chcesz walczyć sama z Gangiem Płonącego Nieba? Jesteś szalona?

– Może! Gadaj wreszcie! – Znowu nim potrząsnęła.

Niestety nie zdążyła wycisnąć informacji z krasnala. Zamieszanie ściągnęło wreszcie uwagę stróżów porządku. Przez tłum przecisnęło się czterech gliniarzy, którzy natychmiast spostrzegli, że sprawa jest poważna.

– Puść tego krasnoluda, a potem stań z podniesionymi rękami twarzą do nas orku! – Zawołał oficer policji.

Tandryk widząc w czarnych swój ratunek, natychmiast zhardział na powrót.

– I co teraz? – Zapytał z uśmieszkiem.

– Pójdę po prostu na wojnę! – Warknęła mu do ucha. – I ciebie też jeszcze dorwę!

– Ty naprawdę jesteś szalona. – Stwierdził z niepokojem łotr.

– Puść go natychmiast! Inaczej użyjemy siły! – Odezwał się ponownie glina.

– Ten karzeł sprzedaje „księżycowy pył”. W resztkach jego straganu znajdziecie potrzaskane figurki nim wypełnione. – Powiedziała im Dush’Ugra, licząc, że coś jej to pomoże.

Myliła się. Nie rozumiała biurokracji i sposobu funkcjonowania takich służb jak policja.

– Przyjrzymy się temu, ale wpierw odłóż go na ziemię i poddaj się! – Policjant ciągnął swoje.

„Cholerni idioci!” – Stwierdziła w myślach orczyca. Wedle ich mniemania zrobiła bardzo złą rzecz i chcą ją za to aresztować, ale Tandrykowi dadzą szansę się wymigać. Nie może sobie pozwolić trafić do ich więzienia, kiedy jest tak blisko celu. Ci ludzie w czerni nie zatrzymają jej. Wypuściła jednak Tandryka i krasnolud łupnął głośno o ziemię. Nie próbował się podnosić, ani patrzeć w czarne oczy kobiety. Bał się ją drażnić.

– A teraz powoli podnieś ręce do góry i daj się zakuć! Pójdziesz z nami! – Oficer dał znak jednemu ze swoich ludzi, który ruszył w jej stronę z kajdankami.

– Nie mam na to czasu! – Warknęła i ruszyła przed siebie niczym czołg, tratując owego mężczyznę.

– Stój! Zatrzymaj się! – Wołał gliniarz, ale zrozumiał, że werbalnie tego nie załatwi. – Co tak stoicie! Aresztować ją!

Gliny chciały ją powstrzymać swoimi pałkami, ale ich ciosy niewiele jej mogły zrobić w zbroi, a nawet jak padały na nieopancerzone części ciała nie wiele to zmieniało. Byli jednak na tyle uporczywi, że zdołali ją zmusić do zatrzymania się. Musi z nimi walczyć, jeśli chce stąd odejść. Dush’Urga odrzuciła wówczas futro, aby nie przeszkadzało jej w walce. Widząc jej arsenał, czarni nieco stracili animusz, ale nie zamierzali się jeszcze poddawać. Po chwili po Placu Północnym zaczęli latać policjanci niszcząc pod swoim ciężarek kilka okolicznych stoisk, których sprzedawcy zaczęli wyklinać na wszystko. Dookoła widowiska zbierał się co raz większy tłum, który dopingował zarówno policję, jak i orczycę. Kobieta dobrze się początkowo bawiła, ale z tłumu zaczęli się wysypywać kolejni stróże prawa i im więcej ich było tym więcej batów zgarniała. Chociaż paru gliniarzy po spotkaniu z jej pięściami nie mogło się podnieść, to reszta ciągle chciała walczyć, a jej zaczynało brakować tchu. Była może orkiem, ale zielonoskórzy również mają ograniczone siły, jak wszystko co żyje. Nie uda jej się im wyrwać. Jednak nim zwyciężyło ją zmęczenie, bo ci ludzie nie mogli z nią wygrać w walce wręcz, stróże porządku poszli po rozum do głowy.

– Durnie! Sięgnijcie wreszcie po broń! Otoczyć ją! – Rozkazał oficer. Po chwili w orczycę wycelowano z tuzin nabitych karabinów i rewolwerów. – To ostatnie ostrzeżenie! Poddaj się, albo otworzymy ogień!

Dush’Urga rozejrzała się, rozważając co zrobić. Teraz tym bardziej nie miała jak wydostać się stąd w jednym kawałku, gdy otaczali ją gotowi do strzału strzelcy. Jednak, jeśli się im podda może zdoła później uciec i potem wymierzyć swą zemstę. Tylko że dla niej, jako wojowniczki, schwytanie przez wroga oznaczało większą hańbę niż ucieczka. Ucieczka przed zbyt silnym wrogiem nie była czynem honoru, ale akceptowalnym w myśl zasady: „Przeżyj, abyś mógł walczyć innego dnia.” Ale dać się złapać i zamknąć w klatce jak zwierzę?

– Liczę do pięciu orku! Jeśli się nie poddasz, będziemy strzelać żeby zabić! Raz! Dwa! Trzy…

Nie doliczył do pięciu, ale to nie dlatego, że orczyca w końcu się poddała. Ktoś się w tą sytuację wmieszał. Ktoś kogo nikt nie spodziewał się na Placu Północnym dzisiaj zobaczyć.

– Stać! Natychmiast! – Zawołał władczy głos.

Policja była na tyle zaskoczona, że nie wystrzeliła. Oficer zaś, nie mniej zdziwiony, obejrzał się za siebie w stronę właściciela głosu. Kiedy rozpoznał tą osobę, otworzył szeroko oczy.

– Lordzie ver Vathalla, co pan tu robi? – Zapytał.

Nie miał wątpliwości kim jest jeden z dwójki mężczyzn, którzy nadeszli. Wszyscy w mieście znali nazwisko ver Vathalla, a większość policjantów nawet wiedziała jak wygląda. W końcu to dzięki niemu krasnolud Ruaghim został szefem policji.

– Nie powinno to ciebie interesować, oficerze – Odpowiedział aroganckim tonem lord. Wyglądał na śmiertelnie zmęczonego i nie mającego ochoty na czyjkolwiek sprzeciw. – Żądam abyś puścił tą osobę – Wskazał na orczycę, która ni w ząb nie rozumiała co właśnie dzieje się na jej oczach.

„Dlaczego ten człowiek uratował mi życie? Kimże on jest, że ci policjanci tak zgarbili się na jego widok?” – Próbowała to przetrawić, ale przecuć nie miała dobrych.

– Chciałbym panie, ale dopuściła się ona rozboju, gróźb, stawiała opór podczas aresztowania, a przede wszystkim raniła poważnie kilku funkcjonariuszy. To poważne przestępstwa i musi za nie odpowiedzieć. O ile zgodzi się poddać, inaczej będziemy musieli ją zastrzelić – Wygłosił z przekonaniem policjant.

Tezraz uśmiechnął się pełen podziwu. Jakimś cudem Ruaghim wzmocnił pewność siebie swoich podkomendnych. Kilka miesięcy temu wszyscy ci mundurowi straciliby głowy na sam widok znanego arystokraty i ostatecznie zrobiliby to czego sobie zażyczył.

– A jeśli zapłacę za wyrządzone przez nią szkody? – Zapytał, a widząc nieprzekonaną minę oficera, dodał. – I wniosę spoty datek na konto policji?

Tym razem oficer zamyślił się.

– Ale pan komendant mnie zabije, jeśli się zgodzę, lordzie – Odrzekł w końcu z pretensjami.

– Pan komendant zostanie o wszystkim poinformowany i jestem pewien, że nie będzie miał obiekcji – Skwitował Tezraz. – Sądzę za to, że może być bardziej  niezadowolony, jeśli się dowie, że nie spełniłeś mojej małej prośby, oficerze.

Oficer ewidentnie zaczął wykazywać znaki zdenerwowania. Wszyscy wiedzieli, że Ruaghim został szefem policji dzięki lordowi ver Vathalli i mimo swojego dążenia do osłabienia zorganizowanej przestępczości w Higurashanie oraz dbania o niezależność swojej instytucji od wpływów zewnętrznych, to dla arystokraty krasnolud czasami naginał przepisy. Robiąc coś przeciwko ver Vathalli gliniarz mógł się faktycznie narazić na niezadowolenie szefa.

– Opuścić broń! – Mruknął do swoich zaskoczonych ludzi. – Zróbcie to!

Policjanci powoli opuścili broń, a Dush’Urga nie mogła wyjść ze zdumienia. Domyślała się już jednak, że ten człowiek czegoś od niej bardzo chce i na pewno nie chodziło o bycie ochroniarzem magazynu. Nie bardzo uśmiechało się jej służyć ludziom, ale z drugiej strony pozwoliłoby jej to kontynuować swoją zemstę.

– Proszę, lordzie – Obwieścił oficer, ale widać po nim, że nie podoba mu się to co zrobił. – Nie wiem tylko jak zamierzasz ją zmusić by z tobą poszła, skoro nie ulękła się nawet broni palnej, ale nie będę wnikał. Powiem tylko, że jeśli ten zielony małpolud zmaluje coś w moim rewirze to następnym razem ją zapuszkuję nawet, jeśli znowu za nią staniesz lordzie – Rzekł do Tezraza tonem ostrzeżenia, po czym zajął się zbieraniem swoich ludzi z resztek straganów oraz uspakajaniem rozłoszczonych handlarzy.

– Każdy kto poniósł dzisiaj straty w wyniku czynów tej kobiety niech zgłosi się w ratuszu do biura radnego lorda ver Vathalli z wyceną szkód, a otrzyma zadość uczynienie! – Zawołał towarzysz tego człowieka.

W międzyczasie arystokrata podszedł do orczycy.

– Czego ode mnie chcesz? – Dush’Urga odezwała się jako pierwsza, opryskliwym tonem.

Nie obchodziły ją arystokratyczne tytuły ani ludzi, ani żadnej innej rasy i wiążące się z tym zwyczaje. Nawet nie potrafiła rozpoznać arystokraty. Tak więc Tezraz był dla niej tylko kolejnym zadzierającym nosa, gardzącym orkami człowiekiem z tego kraju.

– Powiedzmy, że ktoś mi powiedział, iż to właśnie ty możesz mi w czymś pomóc orku – Rzekł do niej Tezraz, ukrywając swoją dumę na czas tej rozmowy.

„Ciekawe kto?” – Chciała powiedzieć orczyca. Podczas kilku dni spędzonych w Higurashanie nie poznała raczej nikogo, kto by o niej rozpowiadał, a przynajmniej nie w sposób pozytywny.

– Skąd pewność, że się na to zgodzę – Odparła zamiast tego.

Szelmowski uśmiech na twarzy mężczyzny zbił ją z pantałyku.

– Ponieważ masz wobec mnie dług, moja droga. Uratowałem ci życie, a z tego co wiem orkowie bardzo honorują takie rzeczy. Poza tym oferuję również sporą nagrodę pieniężną, jeśli wypełnisz zadanie. I zawsze mogę oddać cię policji, jeśli się nie zgodzisz, a jestem pewien, że zależy ci na uniknięciu wycieczki krajoznawczej do aresztu.

– Mogę przecież uciąć ci łeb i uciec nim ci… – Tu wskazała na policję. – Zrozumieją co się dzieje. Nie celują już we mnie z karabinów.

– Jestem pewien, że nie jesteś zwykłym zielonoskórym rzezimieszkiem, jakich trochę w Higurashanie jest. Inaczej byś się poddała. Nie, ty jesteś wojowniczką z wolnego plemienia. Masz honor, honor, który nie pozwalał ci dać się zamknąć i nie pozwoli ci również zabić osoby, która ocaliła ci życie, przynajmniej póki nie spłacisz długu.

Dush’Urga była zaskoczona. Ten człowiek mógł naprawdę wiedzieć coś o kulturze orków i mimo bycia jakimś wysoko postawionym człeczyną, nie okazywał ostatecznej pogardy wobec niej.

– Widzę, że wiesz coś tam o nas orkach – Mruknęła na potwierdzenie jego słów. – A więc, do czego chcesz mnie wynająć?

– Nie będziemy o tym rozmawiać tutaj. Zapraszam cię do mojego powozu. Pojedziemy w pewne miejsce. – Gestem wskazał Ugrze, by poszła za nim.

– Panie? – Dosłyszał to towarzysz człowieka. – Chcesz żeby ta zielonoskóra… dama, jechała w pańskim powozie? – Nie bardzo mu się to podobało, a orczycy nie spodobał się póki co on.

– Przeszkadza ci coś we mnie? – Warknęła do niego.

– Spokojnie. – Arystokrata stanął pomiędzy nimi, po czym spojrzał karcąco na swojego służącego. – Skąd takie podejście Edrynie? A właśnie to jest Edryn, mój kamerdyner. Ja zaś nazywam się Tezraz Ramos ver Vathalla, głowa rodu ver Vathalla i członek rady miasta Higurashanu – Arystokrata przedstawił się.

– Dush’Ugra –Odpowiedziała krótko kobieta.

– A więc? Jaka jest twoja decyzja? – Zapytał, tonem dającym jej do zrozumienia, że musi natychmiast podjąć ostateczną decyzję.

– Wygląda na to, że nie mam wyjścia – Westchnęła. – Chodźmy.

– Kapitalnie. Możemy zatem opuścić to miejsce.

Tezraz był pewien, że perfekcyjnie zinterpretował tą część przepowiedni, ale potrzebował jeszcze trzech osób, a czas uciekał. Zastanawiał się, czy powinien czekać i robić to co zwykle, licząc, że wpadnie na nich przypadkiem tak, jak na orczycę, czy powinien wykazać się pewną inicjatywą. Kiedy w milczeniu szli we troję do powozu, tak się złożyło, że na obrzeżu Placu mijali gazeciarza. Tezraz nawet nie zwróciłby uwagi na chłopaka, ale Edryn był bardziej zainteresowany prasą.

– Piszą o tych dziwnych, nocnych magicznych wypadkach, które skończyły się zniszczeniem kilku budynków. I wygląda na to, że policja w jakiś sposób dorwała tego łotra zwanego Duchem. Ciekawe, nawet jego zdjęcia nie ma. Tylko jakieś stare z ledwo widocznym kształtem przestępcy.

Tezraz zatrzymał się. To pasowało do kolejnej osoby, chociaż nie wiedział o co chodzi z tym kotem. Nie mniej powinien to sprawdzić. Czyli jednak musi wykazać się inicjatywą.

– Kup jedną gazetę, Edrynie, jeśli łaska.

– Ale panie, pan nigdy nie czyta codziennych gazet – Zaoponował kamerdyner, myśląc, że jego przyjaciel ze zmęczenia traci rozum.

– Zrób to – Rozkazał lord.

Nie narzekając więcej, Edryn rzucił chłopaków kilka drobniaków, po czym wziął jedną gazetę, którą przekazał Tezrazowi.

– Dziękuję – Mruknął lord, po czym rozłożył ją i zajął się pobieżną lekturą.

Chociaż nakłaniający do wrogości wobec elfów tekst o magicznych zjawiskach zajmował znacznie więcej miejsca niż artykuł o schwytaniu legendarnego Ducha to nie interesował on Tezraza. Podobnie wszystkie inne nowinki, które redakcja gazety chciała sprzedać przeciętnym higurashańskim zjadaczom chleba. Natychmiast otworzył na interesującym go miejscu. Była tam krótka informacja o przeszłych wyczynach zabójcy, którego prasa ochrzciła mianem Ducha. Osobnik działał w mieście od kilku miesięcy, zabierając przy tym kilka żyć należących do dość znaczących osób w miejscowym półświatku przestępczym. Wedle opisów świadków atakował nawet, gdy ofiara z kimś przebywała, a był przy tym tak szybki i precyzyjny, że świadkowie nie umieli powiedzieć jak do tego wszystkiego doszło oraz jak on wygląda. Nawet Tezraz o nim słyszał – „znał go, chociaż o tym nie wiedział”. Trzeba to sprawdzić, ale musiał się śpieszyć. Odpoczynek znowu musi odłożyć na później. Wedle informacji z artykułu, policja chce od sędziego jak najszybszego wyroku śmierci, a lord znał sędziego i wiedział, że w sytuacji zabójców, którzy mogą być też niebezpieczni dla przedstawicieli władz miasta, nie będzie się on patyczkował.

– Ciekawe – Mruknął, składając gazetę i oddając ją Edrynowi.

– Co takiego, panie? – Zapytał Edryn.

– Idziemy do powozu, natychmiast!

*

Daved niepomiernie się zdziwił, widząc swego pracodawcę w towarzystwie prawie dwu metrowej orczycy.

– Panie? Co… – Zaczął, ale nie zdołał za wiele powiedzieć.

– Nie pytaj się o nic Davedzie, tylko wieź mnie do aresztu! – Tezraz nie chciał tracić czasu i natychmiast wsiadł do środka, a za nim Edryn i Dush’Ugra.

– Po co chcesz jechać do aresztu panie? – Zapytał zaniepokojony Edryn, wyjątkowo siadając obok swego pracodawcy, a nie naprzeciwko.

– Właśnie – Mruknęła orczyca, również zaniepokojona, ale w innym sensie niż kamerdyner.

– Nie jadę tam ciebie zamknąć tylko kogoś zabrać. – Wyjaśnił zagadkowym tonem Tezraz.

W tym momencie powóz ruszył. „Dawno nie miałem tak męczącego dnia” – Stwierdził w myślach lord.

By Galliusz

Następny rozdział – Pojawi się, gdy na nowo siądę do reagowania tej powieści

Poprzedni rozdział

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s