Pięć Dni rozdział II

Oto drugi rozdział mojego powieścidła, ponad trzykrotnie dłuższy od pierwszego. Pojawia się później nie zakładałem, ale przez koniec semestru mam trochę na głowie. Miłej lektury życzę.

2

Lordowski powóz jechał najszybciej jak mógł tłocznymi ulicami Higurashanu. Miasto było rozległe, większe nawet od samego Alizaru, stolicy Królestwa Tenguru. Podróż z leżącego na południu Pałacowego Wzgórza na północ zajmowała czasem kilka godzin ze względu na gęsty ruch uliczny. Korki w  Higurashanie już dawno przeszły do legendy i oznaczały, że poruszałeś się z tą samą ślimaczą prędkością niezależnie od rodzaju użytkowanego pojazdu. Po mieście bowiem poruszało się także wiele automobilów oraz innych wynalazków. Arystokracja jednakże tradycyjnie poruszała się powozami, często fantazyjnie wyglądającymi. Były one symbolem ich statusu, ich dumy, ich odrębności od mas pospólstwa, a lord Tezraz Ramos ver Vathalla był w niektórych kwestiach bardzo tradycyjnym arystokratą. Co nie oznaczało bynajmniej, że nie interesował się nowinkami technicznymi. Wszakże dbał o to, by je jego zakłady zawsze nadążały za resztą świata pod względem sposób produkcji.

Widoki za oknami powozu co chwila się zmieniały. Higurshan był barwnym miejscem, podzielonym na liczne dzielnice, z których każda miała swój unikalny styl i odmienny status ekonomiczny. Takie Pałacowe Wzgórze, które opuścili,  górujące nad miastem ze swymi rezydencjami stanowiło oazę zbytku, szczyt piramidy. Z kolei slumsy we wschodniej części miasta zamieszane przez imigrantów przeciwny biegun. Powóz jednak dążył na północ, więc ominą ich „uroki” tej części miasta. Przejeżdżali za to przez dzielnice zamieszkane przez kupców, robotników i drobnych przedsiębiorców.

Edrynowi ta niespodziewana wycieczka wydawała się dziwna. Jego pan nigdy nie działał pod wpływem emocji, zawsze myślał nad każdym swoim działaniem. Jednak ostatnie dni odcisnęły na arystokracie swoje piętno. Mężczyzna siedział naprzeciw kamerdynera ze zmęczoną twarzą i jak zahipnotyzowany wpatrywał się w widok za oknem. Martwiło to wiernego sługę, który domyślał się, że to tylko maska skrywająca burzę rozgrywającą się za nią, ale Edryn zdecydował się na uprzejmie milczenie. Dopiero w połowie drogi lord jakby zauważył, że nie jest w powozie sam, przy czym westchnął.

– Dlaczego koniecznie chciałeś jechać ze mną Edrynie? – zapytał wreszcie Tezraz, przełamując milczenie.

– Ponieważ martwię się panie w słuszność tej decyzji – odparł szczerze mężczyzna. – Też mnie boli, że panienki Lette nie ma tam, gdzie być powinna, a jej porywacz unika słusznej kary, ale czy powinniśmy zawierzać listom od nieznajomych, niezależnie od tego jak bardzo są niezwykłe?

Wiedział, że upierając się przy decyzji towarzyszenia swemu pracodawcy w tym spotkaniu ryzykował sprowadzeniem na siebie jego gniewu, ale obawiał się, że w swoim obecnym stanie fizycznym oraz emocjonalnym lord ver Vathalla mógłby zrobić coś nieodpowiedniego, tym samym narażając na szwank nie tylko swoje życie, ale również dobre imię własne i całego rodu. Edryn nie chciał do tego dopuścić. Na szczęście jego pan w końcu uległ gorącym prośbom. Jedną z dobrych stron takiego obrotu sprawy było to, że lord zapoznał kamerdynera z treścią listu. Napisano go w bardzo mętny sposób, ale arystokrata nie miał wątpliwości, że to zabieg celowy, a nie bełkot szaleńca. Dlatego właśnie Tezraz spędził pierwszą połowę zeszłej nocy na odszyfrowaniu znaczenia wiadomości, a drugą na jego dogłębnej analizie.

– Gdybyś spędził nad nim całą noc, zrozumiałbyś, że ten który to napisał nie robi sobie ze mnie żartów Edrynie. To jak najbardziej poważna propozycja, a biorąc pod uwagę sytuację Lette i uciekający jej czas muszę sprawdzić każdą możliwość. – odpowiedział arystokrata, po czym ponownie pogrążył się w zadumie.

Jednak tak po prawdzie to Tezraz nie mógł uwierzyć w to co robi na równi z Edrynem. Zrazu treść listu wydała mu się jakąś dziwną poezją i być może dzięki temu doszedł do wniosku, że warto mu się przyjrzeć. Przeczytawszy całość kilka razy stwierdził, że ma do czynienia z szyfrem, którego zrozumienie zajęło mu kilka godzin. Potem długo zastanawiał się nad ewentualnymi kosztami i zyskami oraz nad swoją ostateczną decyzją. Czuł, że nie ma do czynienia z kłamstwem, ale mimo wszystko, biorąc pod uwagę liczbę niewiadomych, Tezraz był gotów zignorować list.

Jednak kiedy Edryn przyniósł mu kolejną wiadomość o niepowodzeniu policji w znalezieniu jego Cukiereczka, miał dość. Miał dość strachu o los ukochanej córki. Miał dość, że jej porywacz nadal jest na wolności. Miał dość nieudolności Raughima oraz jego podkomendnych. Ten krasnolud stale twierdził, że odkąd został szefem policji poprawiło się bezpieczeństwo w całym mieście. Że on i rodzina ver Vathalla są przyjaciółmi, a przez to uczyni tą sprawę priorytetową. Gówno prawda! Jeśli zmniejszyła się przestępczość to dlaczego jakiś kutas dostał się do rezydencji i porwał Lette prosto z łóżka, kiedy smacznie spała?! Skoro litera prawa nie może pomóc Tezrazowi to zwróci się on do innych sił, które poradzą sobie lepiej. Och, znał kilka w Higurashanie! Jego potęga nie opierała się tylko i wyłącznie na tytule szlacheckim! Mógł przebierać w dostępnych środkach. Więc czemu siedzi teraz w powozie jadąc na spotkanie z tajemniczym nadawcą listu? Dobre pytanie.

Być może powodowała nim złość, na Raughima, na to, że czekał z innymi krokami zawierzając krasnoludowi, a być może w słowach spisanych na papierze było coś takiego co podświadomie do niego przemówiło. Nieważne. Chociaż taka propozycja innym arystokratom, nawet tym którzy zadaliby sobie trud odcyfrowania wiadomości, wydałaby się nieprawdopodobna, Tezraz zamierzał z niej skorzystać. Edrynowi ewidentnie nie do końca się to podobało, ale to zrozumiałe. W końcu postępował wbrew swoim przyzwyczajeniom. Uruchomi jednak potem również inne trybiki, jak powinien zrobić na samym początku. Lette się znajdzie, a gnój który ośmielił się ją tknąć zawiśnie na latarni naprzeciw siedziby głównej policji, by ci nieudacznicy zobaczyli jakimi są głupcami! Mężczyzna mimo zewnętrznych, teatralnych wręcz pozorów spokoju był w środku cały roztrzęsiony i gorał w nim gniew. Kamerdyner o tym wiedział, ale rozumiał, że wiercąc temat może wreszcie przekroczyć granicę lordowskiej łaski. Edryn miał świadomość, iż ciężko zachować zimny spokój, gdy dzieje się coś takiego. Ojciec czuł jednak, że jego córka nadal jest gdzieś w mieście. Że ją znajdzie, nieważne za jaki sznurek będzie musiał pociągnąć i co go to będzie kosztowało. Obcy wysyłający mu zaszyfrowaną wiadomość, w której twierdził, że może pomóc będzie pierwszym. Tezraz próbował się uspokoić, powinien to zrobić dla własnego bezpieczeństwa, ale chciał jak najszybciej mieć to za sobą, jak najszybciej zyskać choćby najniklejszy cień nadziei.

– Panie? – Głos sługi wyrwał go z zamyślenia. – Dobrze się pan czuje? Może powinien pan był przynajmniej chwilę odpocząć przed wyjazdem?

– Nie, list wyraźnie nakazuje pośpiech Edrynie, ale wiem co mnie może otrzeźwić. – Tezraz stuknął w dach powozu. – Devan! Zignioruj przepisy i popędź konie! Korzystaj z bocznych ulic, jeśli to okaże się konieczne!

Woźnica być może chwilę zastanawiał się, czy powinien usłuchać tego polecenia. Być może, powtórzył w myślach Edryn, bo po chwili pojazd przyspieszył i mocniej zaczęło nimi trząść, a z zewnątrz dochodziły odgłosy klaksonów, hamowania oraz przekleństw innych użytkowników ruchu.

*

Jakieś dwie godziny od opuszczenia posiadłości, z czego jedna wypełniała szalona jazda ulicami miasta, powóz wreszcie wydostał się za miasto. Jakimś cudem nie zostali zatrzymani przez policję. Wielu funkcjonariuszy obawiało się zatrzymywać arystokrację, ale niektórzy byli na tyle gorliwi.

O północnych rogatkach Higurashanu można śmiało powiedzieć, że nie są najpiękniejszym miejscem na świecie. Zrujnowane przez dawne wojny, przemysł i urbanizację nie stanowiły raczej miłego miejsca na piknik. Żeby poczuć prawdziwą naturę, trzeba było sporo się oddalić od miasta. Jednak Tezraz nie jechał na piknik. W okolicy znajdował się stara, zrujnowana Forteca Zatakari. Prawdziwa nazwa była wprawdzie inny, ale w Higurshanie wszyscy tak na to miejsce mówili.  Olbrzymia fortyfikacja miała jakieś 300 lat i pochodziła z czasów Inwazji. Stamtąd rasa zatakari kontrolowała, po poprzednim podboju, Higurashan oraz sąsiednie tereny, zanim zostali po kilku dekadach wojny  wyparci z wyspy. Ruiny, po ograbieniu z wszelkiego uzbrojenia, technologii oraz wszelkich innych cennych rzeczy, pozostawiono samym sobie, rzekomo jako pamiątkę tamtych wydarzeń. Lord jednak wiedział, że tak naprawdę podczas powojennej odbudowy nikomu nie chciało zajmować się tak wielkim kompleksem, a przez to tracić pieniądze na jego renowację, czy zburzenie. Nawet wojsko królewskie uznało go za niepotrzebny do niczego. Liczono na to, że Forteca sama się rozpadnie, ale zatakari byli cholernie dobrymi budowniczymi, może nie takimi jak krasnoludowie, ale póki co ruiny stały. Wbrew pozorom nie stały się one siedzibą biedaków, czy innych włóczęgów wydalonych ze społeczeństwa. Strach przed zatakari był żywy mimo setek lat od ich wierutnej klęski. Fortecę tak naprawdę odwiedzała tylko nieliczna grupka osób, głównie zainteresowanych historią miasta lub ewentualnie wojskowością tych najeźdźców, studentów oraz historyków.

Nikt inny nie miał tutaj czego szukać. Dlatego Tezraz musiał stwierdzić, że to idealne miejscem na dyskretne spotkanie z dala od ciekawskich oczu. Intrygowało go kim jest nadawca listu. Po godzinach rozmyślań nad jego tekstem miał pewność, że to nie jest żaden żartowniś, szaleniec, prowokatorski dziennikarz, ani nawet porywacz Lette. Jeśli zdobędzie dzięki niemu choćby strzępek informacji gdzie szukać córki, obsypie tę osobę złotem. Ale biada mu, jeśli zmarnuje czas lorda ver Vathalli.

Powóz zatrzymał się wreszcie w pobliżu zarastającej ścieżki, niegdyś szerokiej drogi, prowadzącej na wzniesienie, na którym stała imponująca fortyfikacja. Otaczający ją wielki, sypiący się mur, ciągnął się po zasięg wzroku, opasając całe wzgórze. Z jakiegoś powodu okolice fortecy porastał las, nici sobie robiący ze zniszczonego przy północnym skraju miasta środowiska. Kiedy Tezraz wysiadł po tym jak Edryn otworzył mu drzwi i spojrzał na Fortecę, uznał, że w czasach swoich świetności musiała wzbudzać podziw, a przede wszystkim strach podbitej ludności. Można było stąd łatwo ostrzelać miasto w razie jego buntu, albo bronić się nawet przed wielką armią.

– Czy to na pewno dobry pomysł, by szedł tam pan sam i nieuzbrojony? – zapytał się woźnica.

Nie był może równie troskliwy co Edryn, ten lizus, ale miał dobrze płacone, więc nie chciał stracić takiego pracodawcy. Kamerdyner miał jednak na to odpowiedź.

– Pan nie idzie sam, ani nieuzbrojony – rzekł. – Przygotowałem panu pas z rapierem i pistoletem. – dodał, pokazując wspomnianą część garderoby. Samemu też się uzbroił.

– Nie jestem jakimś bezbronnym paniczykiem, Davedzie. Jednakowoż Edrynie to nie będzie nam konieczne – odparł lord.

Tezraz wyczytał z listu, że ma do ruin pójść bez broni. Cóż, akurat stosowanie się do tego przykazu można uznać za nierozważne, ale wątpił, by ktoś chciał go wciągnąć w zasadzkę. Z drugiej strony nie było tam mowy o tym, że ma koniecznie przyjść sam, więc w sumie dobrze, że Edryn uparł się, aby z nim tutaj przyjechać. Kamerdyner zmarszczył się z niezadowolenia, odkładając broń do powozu. Może przypomniały mu się stare czasy? Niegdyś w  młodości obaj brali udział w wojnie i umiejętności wojskowe nie całkiem jeszcze w nich zardzewiały. Zresztą co jakiś czas wspólnie odświeżali sobie szermierkę oraz strzelanie, a lord  czasami odnosił wrażenie, że jego przyjaciel chętnie wziąłby jeszcze udział w jednej prawdziwej bitwie.

– Idziemy Edrynie – zarządził Tezraz. – Ty Davedzie zostań tu i czekaj na nasz powrót.

– Jednak jak nie wrócimy przez kilka godzin to rusz swoją mózgownicą i wymyśl, że coś nam się stało. – dodał Edryn. On i woźnica nie przepadali za sobą.

Następnie ruszyli pod górę. Tezraz słusznie ucznił, każąc kamerdynerowi przygotować odpowiednie do wyjścia w teren ubranie. Inaczej nieźle by ubrudził surdut. Edryn również się przebrał ze swojego stroju kamerdynera. Ścieżka jak najbardziej chciała im uświadomić, że prawie nikt od trzystu lat z niej nie korzysta. Cóż, trochę się spocą nim dotrą na szczyt. Byleby nie była to strata czasu. Ruiny zbliżały się z każdym krokiem, ale Tezrazowi wydawało się, że wspinaczka dłuży się niemiłosiernie. W końcu, kilka minut później, stanęli przy szczątkach wielkiej bramy. Zatrzymali się tam na parę chwil.

– Ci zatakari musieli mieć kompleks mniejszości. – rzekł arystokrata, patrząc z bliska na cyklopowe mury. – Budować taką fortecę, aby pilnować jednego miasta.

-To daguli’aglo, co na nasz język można przełożyć jako „warowne miasto” – odparł Edryn. – Tyle lat mieszkam w Higurashanie, a nigdy nie zbliżyłem się do tych ruin.

– Skąd Edrynie wiesz jak zatakari to nazywali? – zapytał zaskoczony Tezraz.

– Widzisz panie, gdy mam czas wolny zdarza mi się korzystać z biblioteki w rezydencji. Znalazłem tam kilka ciekawych ksiąg – Edryn uśmiechnął się.

– Rozumiem – Po raz pierwszy od dłuższego czasu lord zaśmiał się. – Idziemy dalej.

Za bramą wkroczyli na teren zniszczonej fortecy. Podobnie jak okolica na zewnątrz, po drugiej stronie muru również rosła wyjątkowo bujna roślinność. Zupełnie jakby po budowniczych pozostało coś, co pomogło przetrwać, a potem rozkwitnąć zieleni, która usiłowała pochłonąć twory cywilizacji. Rozpadające się białe budowle były porośnięte rozmaitymi pędami, korzeniami i pnącymi się roślinami. Niektóre z nich całkiem dobrze zniosły trzystuletnie opuszczenie. Właściwie, to jedyne kompletnie zniszczone budynki to te, które zostały wysadzone podczas ataku. Miejsce to miało swój szczególny urok, uznali obaj mężczyźni. Tezraz rozejrzał się. Zgodnie z informacją z listu miał wejść do okrągłego, kopulastego budynku. Zadanie nie takie łatwe. Teren Fortecy był ogromny.

– Widzisz jakiś okrągły budynek, Edrynie? – zapytał służącego. – Po co im był potrzebny tak wielki obiekt obronny?

– To nie był tylko obiekt obronny panie. Podczas Inwazji zatakari budowali na podbitych terenach takie warowne miasta posiadające własne elektrownie i fabryki. Były one bazą oraz domem dla żołnierzy sił okupacyjnych, wszelkich służb pomocniczych i ich rodzin. Mieszkały tu tysiące zatakari – wyjaśnił kamerdyner. – Myślę, że powinniśmy iść w tę stronę – Wskazał na wprost.

Podczas wędrówki okazało się, że forteca nie jest tak do końca całkiem opuszczona. Korzystając z okazji, zamieszkało w niej wiele rozmaitych zwierząt. Były to głównie ptaki, gryzonie oraz wszelkie pełzające, robacze paskudztwo. Ale równie dobrze mogło być to także coś większego. Lord wzdrygnął się na myśl, że mógłby wyskoczyć na nich jakiś drapieżnik. Nie przestraszył się jednak obrazów podsuwanych przez wyobraźnię. Chwilę później dotarli mniej więcej do serca Fortecy, gdzie stał idealnie pasujący do opisu, okrągły budynek zwieńczony kopulastym dachem. Ruszyli do ziejących mrokiem, pustych drzwi obiektu. Tezrazowi trudno było powiedzieć do czego to miejsce mogło służyć, poza tym, że zatakari nie stosowali się do zasady przewagi funkcjonalności nad formą w swoim budownictwie militarnym. Na cholerę stawiać tak skomplikowaną konstrukcję i ozdabiać ją jeszcze wymyślnymi dodatkami architektonicznymi skoro ktoś na to może spuścić bombę niwecząc całą misterną robotę? Cały Isrannan zamieszkiwało wiele rozmaitych ras, ale to zatakari mieli etykietę naprawdę obcych i odmiennych. Tezraz jednak nie miał dotąd okazji poznać przedstawiciela tego gatunku. Odkąd ich wypędzono z Higurashanu, żaden z nich nie postawił tu więcej nogi, a przynajmniej żaden na tyle ważny, by arystokrata uznał go za wartego poznania. Ale to nie czas na rozważania na temat jacy to są zatakari i co jest prawdą, a co plotką. Weszli więc do budynku. Nie ogarnęły ich tam całkowite ciemności. Przez puste drzwi wpadało dość światła, by mogli wyraźnie widzieć hol. Znajdowały się tutaj zniszczone schody, wiodące na wyższe kondygnacje. Oj, za żadne skarby arystokrata nie próbowałby po nich wejść. Były też trzy korytarze. Jeden wiódł w prawo, drugi w lewo, a trzeci prosto. I ten trzeci zwracał na siebie największą uwagę, bo na jego końcu widniał jasny punkcik. Innymi słowy kolejne drzwi.

– Jak na mój gust to było jakieś centrum administracyjne. – odezwał się Edryn.

– Biorąc pod uwagę lokalizację, możesz mieć rację, ale nie obchodzi mnie funkcja budynku – odparł lord. – Idziemy tym korytarzem na wprost. Tam powinien czekać nadawca listu.

Ku swojemu zdumieniu, Tezraz i Edryn znaleźli się w obszernym atrium oświetlanym przez wpadające przez otwór w kopule światło. W dodatku odmienna flora od tej typowej dla wyspy w tym miejscu i duża fontanna po środku, wypełniona teraz deszczówką, świadczyły o tym, że znajdował się tu raczej ogród, albo park a nie jakiś plac ćwiczeniowy. Tezraz pomyślał, że,  wzorem Edryna, będzie musiał trochę poczytać o tych zatakari. Zaintrygowali go swoją innością. Nigdy nie słyszał o kimś, kto tak buduje swoje fortece. Lord rozejrzał się, ale nikogo nie zobaczył.

– Czyżbyśmy przybyli pierwszy? – rzekł od niechcenia Edryn, ale lord wiedział, że ma co innego na myśli.

Tezraz jednak nie chciał od razu poddawać w wątpliwość swoich wcześniejszych sądów. Wyszedł więc na środek tegoż atrium i ponownie porozglądał się. Jednak stali tu sami jak dwa palce. Siedząca w nim złość zaczynała się gotować. A więc tajemniczy list rzeczywiście miał się okazać kpiną tak skrupulatnie przygotowaną, że zmyliła jego podejrzliwość, sprawiła, że w nią uwierzył i zmarnował czas poświęcony na odszyfrowywanie i zjawienie się tutaj? Nagle przeszła mu przez głowę bardzo nieprzyjemna myśl. Czy to więc to rzeczywiście mógł być porywacz jego Cukiereczka, który sobie z nim teraz pogrywał, by wzmóc jego cierpienia? Gniew mężczyzny tylko nabrał na sile.

– Zapłacisz mi za to gnoju! Słyszysz mnie, zapłacisz! – zawołał pośród martwych murów, grożąc pięścią niewidzialnemu przeciwnikowi. Edryn wolał się nie wtrącać. – Jeszcze będziesz błagał śmierci! Niech tylko dostanę cię w swoje ręce robaku! Użyję całej swej władzy, by tak się stało! Pożałujesz po tysiąckroć, że ośmieliłeś się zadrzeć z lordem Tezrazem Ramosem ver Vathallą i porwałeś jego córkę! – Po czym zwiesił smętnie głowę, dysząc jak po ciężkim wysiłku.

– Chodź panie – odezwał się kamerdyner. – Powinien pan teraz wrócić do domu i odpocząć.

– Masz rację Edrynie – zgodził się arystokrata. – W takim stanie niewiele pomogę córce.

Krzyk i groźby pomogły mu się nieco uspokoić, ale nadal był wściekł na to, że się nabrał na ten list. W dodatku nie ma jak ścigać posłańca, bo okazał się nim cholerny golem, który rozpadł się zaraz po przekazaniu przesyłki.

– Do kogoż to przemawiałeś tak, o lordzie ver Vathallo? – zadał mu pytanie spokojny żeński głos. – Do kogoż? Do kogoż?

Tezraz chciał odpowiedzieć, że do skurwiela, który porwał mu córkę i robi sobie z niego żarty. Ale w ostatnim momencie, widząc zdumienie na twarzy Edryna, zrozumiał, że to pytanie nie powstało w jego głowo. Obrócił się. Na cembrowinie fontanny siedziała postać w długiej, szarej szacie z kapturem pozbawionej jakichkolwiek ozdób. Tylko że chwilę wcześniej nikogo tam nie było! Arystokrata od razu pomyślał, że to jakaś czarodziejska sztuczka i cofnął się. Kamerdyner zaś podbiegł do niego, gotów własnym ciałem chronić swego pana. Obca nie była człowiekiem. Jej gołe stopy przypominały raczej łapy zwierzęcia, a na fontannie spoczywał gruby, szary ogon zakończony kitą ciemniejszych włosów. Spod kaptura również wystawał porośnięty siwym futrem uśmiechnięty pysk. Jakiś zwierzoczłek, pomyślał mężczyzna.

– Kim jesteś bestio? Co to szopka? – odezwał się hardo kamerdyner.

– To ja twego pana wezwałam w miejsce to człowieczy synu – odpowiedziała w jakże przedziwny sposób. – I oto zadaję mu pytanie: Chcesz tenże cenniejszy od złota swój odnaleźć skarb?

Tezraz zamyślił. „Chcesz tenże cenniejszy od złota swój odnaleźć skarb?” To był dosłowny cytat z listu po odszyfrowaniu. Mężczyzna po prawdzie domyślał się kogo ma przed sobą, ale te słowa rozwiały wszystkie jego wątpliwości. Poczuł ulgę, że to jednak nie jest żart, ale nadal był zły.

– Czegoś mnie zwodziła bestio? Czemu nie czekałaś na mnie tylko… pojawiasz się tak z nagła? – warknął.

Istota otwarcie się roześmiała, kładąc na cembrowinie, a głowę opierając na ręce.

– Jestem cieniem, jestem wiatrem, jestem myślą. Pojawiam się i znikam. Nikt mnie nie schwyta. Nikt nie zobaczy, gdy zobaczona być nie chcę.

– Na pewno nie szaleniec? – rzekł cynicznie Edryn. – Panie, zabierajmy się stąd. Ten bełkot nam nie pomoże – Spojrzał na swego pracodawcę, a kiedy obracał głowę z powrotem, obca stała tuż przed jego nosem!

Kamerdyner nie zdołał powstrzymać jęku. Z wrażenia próbował się cofnąć i upadł.

– Kurwa! Co to miało być? – zawołał do śmiejącej się istoty.

-Bez wątpienia pojawiasz się i znikasz. Skąd jednak znasz moje imię oraz że porwano mi córkę? I do diabła powiedz mi kim i czym jesteś! – Zażądał lord Tezraz, zachowując kamienną twarz. Nie miał ochoty bawić się w uniżanie przed jakimś stworem. Był arystokratą. Miał swoją dumą i status.

Kobieta obróciła głowę tak nagle, że mężczyzna się wzdrygnął. Zobaczył jednak wtedy, że jej oczy są przewiązane jakąś tkaniną, a powyżej nich do czoła przyczepiony był czworościenny niebieski klejnot. Nie, nie przyczepiony. On wyrastał z jej czaski.

– Wiele widzę, o lordzie Tezrazie. Naprawdę wiele. Twój umysł w stanie nie jest zrozumieć co oczy moje dostrzec potrafią. A zobaczyły, tak, zobaczyły że z porwaniem Lette wiążą są pewne wydarzenia bardzo ciekawe… – Istota nagle zamilkła, a głowa jej opadła, jakby odleciała gdzieś nie tyle myślami co całą duszą. Nim jednak Tezraz, albo podnoszący się z ziemi Edryn zdołali w jakiś sposób na to zareagować, kobieta ponownie spojrzała na lorda. – Bóstwo do mnie szepnęło. Skoro ja twoje poznałam imię, sekretem za sekret muszę odwdzięczyć się. Aizurad, mnie po narodzinach nazwano. Imię znaczenie straciło dawno dla tej co nosi je. Ale jeśli życzenie twoje takie, tak możesz do mnie zwracać się.

– To jeszcze powiedz czym jesteś.

Osoba w szacie znowu się roześmiała i zniknęła na ich oczach.

– Ellear widziałeś lordzie i nie wiesz? – Znowu siedziała na fontannie. – Rozejrzyj się, pomyśl, a znajdziesz odpowiedź.

– Już się rozglądałem kobieto – warknął do niej.

Tym razem jednak olśnienie spadło na Edryna.

– Chyba nie chcesz powiedzieć… że jesteś zatakari? – zapytał.

Tezraz zdumiał się na tą rewelację. Czy rzeczywiście mieli przed sobą zatakarijkę? Nigdy się nie zastanawiał jak oni wyglądają i nie miał pojęcia co to jest Ellear. Słyszał tylko, że są podobni do zwierzoczłeków. Nie mógł więc tego potwierdzić samemu, zwłaszcza, że kobieta miała na sobie tą szatę.

Zaskoczenie oby mężczyzn tylko wzrosło, gdy kobieta potwierdziła skinieniem głowy, a następnie zdjęła kaptur. Zwierzoczłeków nazywano w ten sposób, bo przypominali innym rasom zwierzęta, które żyją współcześnie. Tymczasem zatakari, mimo pewnych podobieństw fizycznych, nie mieli absolutnie żadnego krewnego pośród stworzeń Isrannanu. Stąd Tezraz nie mógł się zdecydować, czy ozdobiona grzywą głowa owej Aizurad przypomina mu bardziej kocią, czy psią. Zastanawiało go też po co jej ta zasłona na oczach. Na pewno nie mogła przez nią widzieć, a mimo to zachowywała się jakby na nich patrzyła. Jednak najbardziej przyciągającą wzrok rzeczą był bez wątpienia ten niebieski klejnocik, prawdopodobnie będący owym Ellearem. Mężczyzna nigdy nie wyobrażał sobie zatakari, ale gdyby ktoś go o to wcześniej spytał,  wyobraźnia na pewno podsunęłaby mu coś dziwnego. Prawda okazała się raczej niezbyt obca. Tylko co ona tu robi?  Czemu gada w taki dziwny sposób? Jak potrafi się teleportować? A to zaledwie część pytań, które wykluły się w głowach Tezraza i Edryna.

– Nie zastanawiaj się czemu tu jestem – rzekła, jakby przeczuwała o czym myśli lord. – Tak miało być, oto jestem.

– Zatem dość gadania o bzdetach. Jak zmierzasz pomóc mi odnaleźć córkę? – Tezraz uznał, że czas najwyższy przejść do sedna i zapytał kobietę władczym tonem.

– Panie, pan nadal nie zrezygnował? – Zdziwił się Edryn. – To zatakari, a oni nie  myślą tak jak my. Nie ma co marnować na to czasu, bo wątpię byśmy dowiedzieli się od niej czegoś ciekawego.

– Słowa to słowa – odezwała się Aizhurad. – Myśli to myśli. Myśli twe przeczą słowom, Edrynie Unoliusie. O wiele rzeczy zapytać byś mnie chciał, jak twój pan podobnie.

Kamerdyner się zaczerwienił. Rzadko kto wyprowadzał go z równowagi, ale tej zatakarijce się to udało. Chciał już coś powiedzieć, ale Tezraz uciszył go gestem dłoni i dał znak kobiecie by mówiła.

– Czy imię Emuromo o uszy twe, o lordzie, obiło się kiedyś?

Arystokrata zamyślił się, ale nie słyszał nigdy o takiej osobie. Spojrzał na Edryna, ale mina sługi jasno świadczyła o tym, że nie doszedł do takiego rozdziału w książce o zatakari. Wtedy Tezrazowi coś innego przyszło na myśl. Przypomniał sobie dawne czasy, gdy jeszcze chodził z matką do świątyni. Kapłani zawsze byli ubrani w rozmaite szaty. Dzięki temu wspomnieniu strój Aizhurad skojarzył mu się z szatą kapłańską, a więc Emuromo musiał być bóstwem, o którym wcześniej wspominała. Lord jednak nie był szczególnie religijny w swoim dorosłym życiu i chociaż pamiętał wciąż nazwy kilku bóstw, czy religii to szukając w tę stronę również napotkał pustkę. A więc mogła należeć do jakiegoś małego, dziwnego kultu. Zetknął się jako radny z paroma takimi grupami i wiedział, że niektóre z nich są zupełnie szalone. Nie zbyt uśmiechało mu się dołączyć do takiej grupy.

– Nie znam żadnego Emuromo. Jeśli twoja „pomoc” wiąże się z przynależnością do jakieś szalonej sekty to nie licz na to – odparł wreszcie.

Zatakarijka raz kolejny roześmiała się, a następnie zaprzeczyła ruchem głowy.

– O nie, nie wiąże się. Ale wyjaśnić muszę rzeczy kilka, o lordzie – Wskazała mu miejsce obok siebie. – Usiądźcie. Obaj.

Tymczasem lord był już tym wszystkim zirytowany. Tracił czas. Nie mogła mu powiedzieć wprost co ma zrobić aby odzyskać córkę? Mimo to był ciekawy co takiego może mu mieć do powiedzenia pierwsza w życiu spotkana zatakarijka, dlatego usłuchał i usiadł. Daję jej kilka minut – Obiecał sobie przy tym w myślach. – Albo mi powie to co chcę wiedzieć, albo spotka ją coś złego po tym jak stąd pójdę.

– A więc? Mów co masz do powiedzenia – Ponaglił ją.

– Emuromo, o lordzie, to pan szeptów, duch sekretów i utajonej wiedzy, sługa bogini Menue. Odkrywa świata tajemnice, zbiera cywilizacji wszelkich wiedzę, przygląda się śmiertelników sprawom. Może odkrywać sekrety przed tymi, którzy godni się okażą, albo w wielkiej potrzebie znajdują i którzy opłatę drobną zechcą ponieść.

– Jaką opłatę? –zapytał krytycznie Edryn, bo domyślał się, że nie chodzi tu o pieniądze.

– Niech skończę, spokojnie, spokojnie – Uniosła uspokajająco rękę, po czym wróciła do swego monologu. – Jestem cieniem, jestem wiatrem, jestem myślą. Pojawiam się i znikam. Nikt mnie nie schwyta. Nikt nie zobaczy, gdy zobaczona być nie chcę. Emuromo jestem służką. Widzącą jestem, ponieważ spojrzenia mi swego użycza. Szeptaczką mnie zwą, bo do uszów szepczę słowa o tym co ujawnione przede mną zostało.

– Czyli, że jesteś jakiegoś rodzaju jasnowidzką? – zapytał podejrzliwie lord.

Znowu się uśmiechnęła.

– Nie, widzącą jestem, ale nie taką o jakiej myślisz, o lordzie. To czym jestem to rzecz bardzo daleko leżąca od owej profesji. Moje wizje są prawdziwe, bo przez Emuromo ujawnione, a Emuromo pokazuje tylko to co wie sam. Spojrzę dla ciebie w cienie tajemnic, aby znaleźć to czego szukasz. Tylko zgodzić się na zapłatę pierw musisz.

– Spojrzysz? Myślałem, że masz gotową wizję, skoro mnie tu ściągnęłaś kobieto – rzekł zniecierpliwionym tonem Tezraz.

– My, Szeptaczy Bractwo mamy swoich zasad spis, których łamać nie wolno. Tedy uprzedzam od razu, że gotowej odpowiedzi, gdzie Lotte się znalazła, nie mogę dać. Tylko drogę ukazać do jej odnalezienia prowadzącą. Tak Emuromo karze nam. Nic nie może przyjść łatwo. Będziesz musiał pomyśleć, o lordzie, popracować, może nawet o śmierć się otrzeć. Jednakowoż pewnym jest, że na końcu ścieżki znajdziesz to co odnaleźć pragniesz. Duch sekretów nie zwodzi tych, którzy zaufać się mu odważą.

Mężczyzna zamyślił się. Zgadzać się, czy nie zgadzać? Czego ten stwór może od niego chcieć w zamian za wskazówkę? Czy cena będzie tego warta? Jednak problem istniał taki, że w obecnej chwili nie posiadał żadnego śladu prowadzącego do córki. Nie miał większego wyboru.

– Powiedz mi zatem jaka jest cena? – oznajmił, ku zaskoczeniu kamerdynera.

– Sekret za sekret – odparła enigmatycznie Aizurad.

– Co takiego? – zapytał Edryn, a pan spojrzał na niego ostrym wzrokiem za to, że się znowu wtrącił, więc pokornie zamilknął.

– Droga do córki prowadząca sekretem teraz dla ciebie jest. By przestała nim być w zamian musisz swoją tajemnicę przed Emuromo ujawnić. Nie ma wglądu do umysłów śmiertelników mój pan. Poznać może sekrety tylko za zgodą ich. Sam zdecydujesz jednak, o lordzie, która ze spraw leżących w głowie twojej, ukrytych przed innymi, jest dość cenna, by spłacić nią córki odnalezienie.

Zaiste dziwne to żądanie – pomyślał Tezraz.

– Innymi słowy, jeśli się zgodzę, ktoś kiedyś będzie mógł poznać tą tajemnicę od twojego bóstwa, czy tak? – zapytał.

Aizurad potaknęła.

Mężczyzna wstał, po czym zaczął chodzić w tą i z powrotem obok fontanny. Oczywiście spodziewał, że pakuje się w coś niezwykłego przez ten list. Ale to co przed chwilą usłyszał zmieniało postać rzeczy. Co robić? Mógł, a nawet zamierzał, skorzystać z innych środków, więc nie musiał teoretycznie wchodzić  w konszachty z jakąś obcą mu religią. Tylko czy cena naprawdę jest taka wygórowana? Dowolny sekret swojego życia? Mógł przecież powiedzieć jakąś nic nie znaczącą rzecz. Choćby to, że jako dziecko wraz z Edrynem podkradali ciepłe, świeżo wypieczone bułki z kuchni, doprowadzając tym do szału wredną  kucharkę. Aż uśmiechnął się w duchu, na to wspomnienie odległych błogich czasów, ale szybko wrócił do teraźniejszych problemów. Właściwie, cóż się złego stanie, jeśli zgodzi się na propozycję zatakarijki? A więc decyzja zapadła.

– Niech będzie Aizurad. Zgadzam się na twoje warunki – obwieścił. Edryn od razu chciał zaprotestować, ale pan nie pozwolił mu zabrać głosu. – Mam teraz powiedzieć tą tajemnicę?

– Jak już mówiłam, na to pora przyjdzie, kiedy swą córkę odnajdziesz, o lordzie. – mówiąc to usiadła prosto, po czym dotknęła swojej zasłony. – Teraz wzrokiem swym, Emuromo darem, poszukam ścieżki dla ciebie mój panie. Cierpliwy bądź bo to trwać czas jaki będzie – Wówczas zerwała tkaninę, ale powieki miała wciąż zamknięte.

Kiedy je chwilę później otworzyła, tęczówki jej niezwykłych, granatowych oczy zaświeciły własnym blaskiem, niczym dwie małe lampki. Chwilę później światło to wzmogło się, jej ciało zesztywniało, a powietrze dookoła stało się ciężkie. Obaj mężczyźni poczuli niepokój, jakby byli świadkiem czegoś nadprzyrodzonego.

– Nie podoba mi się to panie – Edryn wstał z fontanny i odsunął się od zatakari. – Przecież już wiemy, że ona jest jakąś wiedźmą. Skąd pewność, że nie zrobi nam czegoś złego?

– Edrynie skąd te zabobony? – Posilił się na żart Tezraz. – Wiedźmy nie zmieniają w żaby. Zresztą, gdyby faktycznie chciała nam zrobić coś złego, raczej nie zanudzała by nas tą pokręconą rozmową – odparł lord, ale jego umysł ciągle pracował.

Co to wszystko znaczyło? Czy naprawdę działała teraz moc jakiegoś boga? Aizurad patrzyła sztywno w dal, ale arystokrata miał wrażenie, że jej wzrok przenikał wszystkie fizyczne przeszkody, jakby patrzyła na coś tak odległego, że nie potrafiłby sobie tego nawet wyobrazić. Choć nic jeszcze nie powiedziała, zaczynał wierzyć w jej wszystkie słowa, że rzeczywiście ma zdolność odkrywania tajemnic. Z zapartym tchem czekał aż przemówi. W końcu otworzyła usta, a jej głos wwiercał się w uszy, jakby każde słowo chciało wyryć się na zawsze w ich mózgach. Tezraz aż jęknął, bo sprawiało to niemal fizyczny ból.

– Któż to porwał twego Cukiereczka z łóżka i po cóż, o lordzie? W głębokim cieniu jego powody leżą. W głębokim cieniu przebywa też córka twoja. Wzrok Emuromo nawet nie zgłębi tego cienia. Córka jednak twoja, córką twoją wciąż jest. Widzę oddech jej, bijące jej serce widzę. Słońce pięć razy jeszcze wstanie i zajdzie. Czy wciąż będzie twoją córkę wtedy? Głęboki cień skrywa dalszy los.

– Więc jak mam ją odnaleźć? – zawołał arystokrata, chociaż nie wiedział czemu właściwie krzyczy.

Nie ty ją znajdziesz, człowieczy synu, nie ty. Los tego zadania nie przewidział dla ciebie. Jeśli sam uparcie się na poszukiwania wybierzesz, niechybnie klęskę spotkasz, a Lotte dla ciebie stracona na zawsze będzie.

– To kto? Kto ma ją odnaleźć?

– Czterech ma być ich. Nie szukaj ich, do ciebie sami wkrótce trafią, nim dzień się skończy, ale ty zdecydować musisz, czy ich właśnie spotkałeś. Emuromo tylko podpowiedzieć może, czego wyglądać masz.

– Więc niech podpowiada!

– Spotkasz kobietę, tak. Widzę ją, w zieleni całą. Silną jest osobą, tak zewnątrz, jak i wewnątrz i gniew jej też silny i zamieszanie jest towarzyszy. Krwi szuka, za krzywdy których nie ona doznała, ale pójść z tobą zgodzi się, by swą zemstę móc ciągnąć.

Dostrzegam również kota. Kot to niezwykły, we krwi cały. Słyszałeś o nim, chociaż nie wiesz tego jeszcze. Nic nie może zatrzymać go, gdy na ofiarę swą poluje, tylko cieniem wydając się tym co na wyczyny jego patrzeć mogli. Będziesz śpieszyć musiał do niego, chociaż uciec ci nie może.

Będzie też elf. Nie znany, ale bliski twojej dumie. Biegły w Sztuce, jak nikt w okolicy. Niezadowolenie go poprowadziło do katastrofy, a zarazem zaprowadzi do ciebie.

– A czwarty?

– Jest blisko!

Nagle kobieta zamknęła oczy i upadła na ziemię w drgawkach, jakby wizja wyssała z niej wszystkie siły. Mężczyźni zastanawiali się co robić, ale po chwili jej ciało się uspokoiła, a wówczas ponownie założyła na swoje oczy zasłonę. Teraz nie byłą wątpliwości, czemu ta tkanina służyła. Edryn wzdrygnął się. Nie chciałby posiadać takiego daru, który zrobiłby z niego narzędzie w rękach jakiegoś boga i który uniemożliwiałby mu normalne patrzenie oczami na świat.

Tezraz za to czuł całym sobą, że wizja kobiety jest tak prawdziwa, jak te ruiny dookoła. Jednak nie oznaczało to, że mu się ona spodobała.

– To znaczy, że mam oddać los córki w ręce czterech obcych osób? Oszalałaś!? – krzyknął, chociaż zachwiał się po tym. Czuł się wyczerpany nieprzespaną nocą już wcześniej, ale przez chwilę uderzyło go takie zmęczenie, że runąłby w trawę, gdyby nie podtrzymał go w porę kamerdyner.

– Nie musisz wedle moich słów iść – rzekła kobieta, podnosząc się z ziemi i otrzepując szatę. – Decyzja do ciebie należy, ale o czasie pamiętać racz. Pięć dni, pięć nocy, ni mniej, ni więcej.

Lord zamknął oczy, starając się zebrać siły i myśli. Aizurad strasznie we wszystkim namieszała. I jak on ma podjąć decyzję? Znaleźć czwórkę obcych, właściwie nie znaleźć, tylko czekać aż oni sami do niego przyjdą? Czy spodziewał się czegoś więcej po tym spotkaniu? Nie spodziewał się na pewno, że spotka zatakrijkę miewającą wizje. Mistycyzm to raczej ostatnie do czego Tezraz by się zwrócił w normalnej sytuacji, a nieoczekiwanie stał się on pierwszym krokiem. Ale chociaż mówiła, że nie musi iść tą „drogą” zrobi to, a właściwie skorzysta jednocześnie z kilku dróg.

– Rozumiem wątpliwości, o lordzie. Emuromo nie prowadzi za rękę nigdy. Jednak i nie zwodzi nigdy. Śpiesz się z decyzją, bo poszukiwaczy swoich możesz znaleźć niedługo już – odezwała się zatakarijka, zakładając kaptur.

– Ale będę mógł trochę „pomóc” tej czwórce? –Zapytał się arystokrata, ale nikt mu już nie odpowiedział.

Kiedy otworzył oczy, jej już nie było. Szara kapłanka zniknęła. Pozostał tylko szum wiatru, z którego uszy wyłowiły jakby słowa.

– Jestem cieniem, jestem wiatrem, jestem myślą. Pojawiam się i znikam. Nikt mnie nie schwyta. Moje oczy patrzą, moje oczy widzą. – Tak one brzmiały i Tezraz dobrze wiedział co oznaczają.

Arystokrata westchnął, po czym odepchnął od siebie kamerdynera. Po chwili słabości znów czuł, że może ustać. Nadal był jednak wyczerpany, a to spotkanie wcale nie ukoiło jego nerwów, tylko jeszcze bardziej je nadszarpnęło. Pięć dni? Kurewsko mało czasu i jeszcze sam musi zdecydować, która napotkana dziś  osoba będzie tą z przepowiedni. Ale postara się ich znaleźć. Postanowiwszy to, ruszyli w drogę powrotną do powozu. Edryn był niezwykle tym wszystkim zmartwiony. Nie tylko jego pan nie dostał jasnej odpowiedzi to jeszcze miał oddać los córki w ręce przypadkowych osób. Mężczyzna postanowił, że znowu się uprze i dołączy do tej grupy, aby ich przypilnować. Nie pozwoli, aby Lette coś się stało.

*

Daved przez pierwsze kilka minut czekał cierpliwie na stanowisku, ale kiedy jego pracodawca nie wracał, rozsiadł się wygodnie pod drzewem. W końcu zaczął się trochę martwić i rozważać, czy nie iść szukać lorda, albo czy nie wezwać pomocy, tak jak oczekiwał Edryn. Gdy się tak wahał, pojawili się wreszcie obaj na ścieżce.

– Panie! –Daved zerwał się z miejsca. – Czy wszystko w porządku? – Tezraz nie wyglądał na szczególnie uradowanego, a właściwie to tak, jakby miał zaraz paść ze zmęczenia. Czyżby spotkanie w tym dziwnym miejscu nie potoczyło się po jego myśli?

– Wracamy do rezydencji. – odparł krótko lord.

Woźnica nie narzekał, do jego obowiązków nie należało zajmowanie się rozterkami klasy wyższej. W przeciwieństwie do włazodupa Edryna.

Kiedy pół godziny później jechali z powrotem przez miasto, lord Tezraz cały czas myślał, chociaż zmęczenie mocno mu to utrudniało. Rozważał, czy zdoła rozpoznać odpowiednie osoby oraz jakie powinien uruchomić jeszcze kanały. Zatakarijka mu tego nie zabroniła, a on lubił mieć wiele opcji. Okropnie potrzebował odpoczynku, jednak pozwoli sobie tylko na chwilę. Kiedy dotrze do posiadłości będzie musiał wysłać sporo wiadomości, telefonicznie, listownie, czy też słownie. Za długo z tym zwlekał, a jego córce kończył się czas. Pięć dni, to diabelnie mało by znaleźć kogokolwiek, gdy nie ma się żadnych śladów.

Kiedy przejeżdżali obok jednego z miejskich placów, Placu Północnego bodajże,  Tezraz zauważył, że panuje tam spore zamieszanie. Kilka straganów leżało w drzazgach, a w szczątkach leżeli zwijający się z bólu policjanci. W zgromadzonym tłumie dostrzegł kilka kolejnych czarnych mundurów służb porządkowych Higurashanu. Mieli wyciągniętą broń, wycelowaną w kobietę tak brzydką, że Tezraz widząc ją nawet z okna swego powozu, ze sporej odległość, mógł stwierdzić, że jest ona orczycą. Wtedy przypomniał sobie tą część przepowiedni o silnej kobiecie całej w zieleni, którą lubi zamieszanie. Czy to mogło być takie proste? Czy to ona była pierwszą z czwórki? W sumie Aizurad mówiła, że spotka ich jeszcze dzisiaj. Musiał podjąć szybką decyzję.

– Zatrzymaj się! – zawołał moment później, stukając w dach powozu.

– O co chodzi, panie? –Zdumiał się Edryn.

– Wyjrzyj przez okno.

Kamerdyner zrobił to i zrozumiał. Daved natychmiast ściągnął wodze i konie oraz powóz zaraz stanęli. Tezraz nie czekał aż Edryn otworzy mu drzwi. Tylko sam wyparował na zewnątrz, po czym ruszył prędkim krokiem w stronę zbiegowiska.

By Galliusz

Następny rozdział

Poprzedni rozdział

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s