Pięć Dni, rozdział I

Witam ponownie. Tym razem publikuję dłuższy tekst napisany kilka miesięcy na NaNoWriMo, czyli takie wyzwanie, aby napisać powieść liczącą 50 000 słów w miesiąc. W związku z pośpiechem nie jest to jakieś wielkie dzieło, ale mam nadzieję, że sprawi jakąś rozrywkę czytelnikom. Zamierzam publikować jeden rozdział na tydzień w miarę jak będę przeprowadzał edycję kolejnych części owej powieści.

A teraz zapraszam do lektury

Pięć Dni

1

Edryn Unolius przełknął głośno ślinę, stojąc przed drzwiami gabinetu swego pana. Przez kilka dobrych minut zbierał odwagę, by w ogóle nacisnąć klamkę, a co dopiero wejść do środka. Jego pracodawca nie był może szczególnie niecierpliwą, czy wybuchową osobą, ale wiadomość, którą mu niósł po raz kolejny zawierała złe wieści w bardzo istotnej dla arystokraty sprawie i Edryn wcale nie chciał ich przekazywać osobiście. Jednak tak się składało, że pracował jako kamerdyner w tym domu, więc był to jeden z jego wielu obowiązków. Ale ostatecznie uznał, iż prawdopodobnie lepiej usłyszeć nieprzyjemne wiadomości i przy okazji łatwiej je znieść, z ust kogoś znajomego. Ta myśl pomogła mu wreszcie otworzyć drzwi gabinet..

Znalazł się w dużym prostokątnym pomieszczeniu, jasno oświetlonym dzięki wielkim oknom skierowanym na południowy wschód. Widok za nimi był zaiste przecudowny. Wzniesiona na wzgórzu dzielnica willowa miasta Higurashan wraz ze swymi barwnymi ogrodami oraz wysmakowanymi budowlami stanowiła niezwykle urokliwe miejsce, tak przynajmniej uważał Edryn. I prawdopodobnie słusznie, bo nie można powiedzieć tego samego o innych częściach Higurashanu. Jednak widok to nie wszystko. Wyłożone ciemno-czerwoną boazerią z tropikalnych drzew refforu ściany gabinetu były obstawione regałami pełnymi ksiąg, często drogocennymi. Stały tu też gabloty zawierające rozmaite bibeloty o znacznej wartości oraz wisiały rozmaite elementy broni, czy zbroi, a także trofea z rzadkich, niebezpiecznych stworzeń. Wszystko to pamiątki po przeszłych pokoleniach rodu jego pana. Obecny właściciel tego pomieszczenia oczywiście również dołożył tu kilka przedmiotów dla potomnych, ale stosunkowo niewiele w porównaniu do niektórych swoich przodków. Część ze znajdujących się tutaj przedmiotów Edryn bardzo dobrze znał. W końcu nie raz nadzorował sprzątaczki, kiedy zajmowały się tym pomieszczeniem. Dostał jasny przykaz od swego pracodawcy, że nic stąd nie może zniknąć i zamierzał tego polecenia dotrzymać.

W końcu, na lewo od drzwi gabinetu, stało wielkie, ręcznie rzeźbione biurko z ciemnego drewna. Za nim, na wygodnym, równie misternie zdobionym fotelu zasiadał wysoki, szczupły, elegancki mężczyzna o ostrych rysach dumnej twarzy i nieco już przyprószonych siwizną, kruczoczarnych włosach oraz koziej bródce poświęcający się czytaniu listu. Ubrany był w czarny surdut z najlepszych tkanin dostępnych w Higurashanie, uszyty przez najlepszego krawca w mieście. Oto Lord Tezraz Ramos ver Vathalla, obecna głowa rodu ver Vathalla, przedstawiciel arystokracji, członek rady miejskiej oraz właściciel sporej liczby zakładów rozrzuconych po całym Higurashanie. Naprawdę potężna figura na mapie wielkich person tego miasta, a nawet całego królestwa. Edryn był dumny, że mógł pracować dla takiej persony, którą w dodatku mógł zwać przyjacielem. Postrzegał swoją służbę jako niezwykły zaszczyt. Niestety ciągle martwiło go to co miał zaraz powiedzieć, zwłaszcza, że lord Tezraz wyglądał na okropnie zmęczonego i ewidentnie nie miał dobrego humoru. Sine worki pod oczami oraz głębsze niż jeszcze kilka dni temu zmarszczki, jasno świadczyły o zmartwieniu ciążącym na głowie arystokraty, a także ostatnich nieprzespanych nocach poświęconych na poszukiwaniach.

-Mój panie. –Edryn dyskretnie zwrócił na siebie uwagę swego pracodawcy.

Lord dopiero teraz spostrzegł pojawienie się kamerdynera, przy czym oderwał się od lektury kawałka papieru.

-Witaj Edrynie, którą mamy godzinę? –Tezraz oparł się wygodnie o oparcie fotela, trąc zmęczone oczy, a następnie spojrzał przenikliwie na swego sługę, jakby spodziewał się co takiego zaraz usłyszy.

Edryn nie cierpiał tego spojrzenia. Miał wrażenie, że jego pan może dzięki temu przewiercać się aż do duszy osobnika, który ośmieli się nawiązać kontakt wzrokowy z parą błękitnych oczu mężczyzny.

-Dochodzi dziewiąta rano, panie. –Odpowiedział. –Wszyscy martwiliśmy się o pana.

-Dziewiąta? –Arystokrata wydał się tym bardzo zdziwiony, chociaż nie wychodził z gabinetu przez całą noc i musiał zaobserwować zmiany pory dnia. Edryn był pewien, że to przez ten list, który lord miał teraz przed sobą na biurku. –Zasiedziałem się, czyż nie? A zatem? Z czym do mnie przychodzisz przyjacielu?

-Przynoszę wiadomość od komendanta policji… -Kamerdyner wciągnął dużą porcję powietrza nim zdecydował się dokończyć. –Pan Raughim kazał przekazać, że niestety, ale dotychczasowy trop prowadził donikąd. Znaleźli wprawdzie tego  szaleńca, Dusiciela z Moorigonu, jak go ochrzciła prasa, który porywał kobiety, by się nad nimi pastwić, ale nie odkryli w jego kryjówce żadnego śladu naszej panienki. Twierdzi ponadto, że policji kończą się już opcje co do możliwego miejsca przebywania dziewczynki.

O dziwo jego pan przyjął to… dość spokojnie. Jeszcze kilka dni temu krzyczał jak oszalały, gdy policja przynosiła mu kolejne wiadomości o nieudanych poszukiwaniach. Lord Tezraz miał kilkoro dzieci, w tym dorosłego dziedzica, nieobecnego w tym momencie w mieście, ale jego najmłodsza córka, sześcioletnia, piękna jak wróżka, tak uważał Edryn, Lette była jego oczkiem w głowie. Jej zniknięcie mocno wstrząsnęło zarówno arystokratą jak i całą rezydencją. Edryn wiedział, że ojciec gotów jest poruszyć niebie oraz ziemię, a nawet przetrząsnąć caleńki Ocean Chmur wraz z jego Drugą Stroną, jeśli zajdzie taka potrzeba żeby ją odnaleźć. Kamerdyner również zdążył już zatęsknić za panienką Lette, za jej słodką twarzą, za jej miłym głosem. Cała służba ją lubiła. W sumie to samemu poderżnąłby gardło sukinsynowi, który to zrobił. A potrafiłby. W końcu był kiedyś żołnierzem. Ale, póki co, stróże prawa nawet się do drania nie zbliżyli, a gnój nie wysłał żadnych żądań wobec lorda. Wszyscy się obawiali, że Lette wpadła w ręce szaleńca, co to tylko dokładało zmartwień. Kamerdyner bał się, iż związany z tym wszystkim stres wpłynie bardzo negatywnie na zdrowie jego pracodawcy, a przez to na rodzinne interesy. Unoliusowie, chociaż jeszcze przed Inwazją stracili tytuł szlachecki, byli dalekimi krewnymi ver Vathallów i wciąż utrzymywali z nimi dobre stosunku. Tak więc, chociaż Edryn pracował tu tylko jako sługa, obchodził go los rodu, zwłaszcza że on i Tezraz byli przyjaciółmi.

Tymczasem lord zamyślił się głęboko. Kamerdyner miał pewność, że jego myśli krążą teraz wokół zaginionej córki.

-Wyślij odpowiedź dla Raughima. Napisz w niej żeby się wypchał tą swoją bezużyteczną pomocą i że nie wesprę jego starań w dostaniu się do rady miasta skoro nie potrafi znaleźć jednej dziewczynki. –Przemówił wreszcie, a głos miał  wyjątkowo chłodny. Edryn uznał to za znak, że Raughim, a przynajmniej przez jakiś czas, nie zostanie więcej zaproszony na wystawne piątkowe kolacje odbywające się regularnie w rezydencji. –I każ natychmiast szykować dla mnie powóz. –Dodał Tezraz, zabierając list z biurka.

-Dokąd chce pan jechać o tej porze? Nie wolałby pan wcześniej czegoś zjeść, wypocząć? –Zapytał Edryn, mając na uwadze zdrowie swego pana.

-Zrób to! –Krzyknął arystokrata, uderzając pięścią w blat biurka. –I przygotuj moje terenowe ubranie! Nie chcę zniszczyć tego surduta!

Kamerdyner był tym zaskoczony. List musiał być niezwykle ważny, skoro lord natychmiast chciał jechać. Edryn intensywnie zastanawiał się co takiego napisano w wiadomości. Stwierdził, że jego nadawca bez wątpienia wyraził chęć spotkania. Tylko że powody stojące za tą chęcią muszą być zaiste niezwykłe skoro jego panu było tak śpieszno. W sumie już sam kurier, który ten list przyniósł to niezwykłe zjawisko. Magia w Higurashanie nie jest szczególnie popularna, więc nie co dzień gliniany golem przynosi przesyłki do dzielnicy willowej, po czym rozpada się na drobny pył rozwiewany przez wiatr. Treść przesyłki na pewno była nie mniej nadzwyczajna, stwierdził Edryn, wychodząc z gabinetu.

By Galliusz

Następny rozdział

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Pięć Dni, rozdział I

  1. Bardzo ciekawie zapowiada się wątek 🙂 Czekam na kolejne części. Podoba mi się, że w tym opowiadaniu umieściłeś wątek kryminalny, mój ulubiony gatunek literacki. Stylistycznie jest o niebo lepiej niż w opowiadaniach, które pisałeś na początku, jednak nie przestawaj pracować nad stylistyką 🙂 Buziaki bracie kochany

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s