Łowca smoków

Aj, muszę zwiększyć swoją aktywność, bo mi aż wstyd, że tak rzadko coś tu umieszczam. A teraz opowiadanie.

 

Jam jest łowca smoków

Arlod był bardzo zadowolony ze swego odkrycia. Ślady jednoznacznie wskazywały na to, że zbliża się prosto do legowiska potwora. Dobrze zrobił, że wbrew zapewnieniom wieśniaków postanowił się tutaj rozejrzeć. Miejscowi byli święcie przekonani, że bestia owa przybywa z daleka i tak zazwyczaj bywa. Smoki nie należą do „towarzyskich” stworzeń, chcących mieszkać blisko ludzi, dlatego Arlod spodziewał się napotkać ślady jego bytowania co najmniej trzy dni drogi od osady. Dla stworzenia ze skrzydłami ta odległość nie stanowiła żadnego problemu. Ten konkretny okaz jednakowoż uwił sobie gniazdko nieco ponad dzień drogi konno na wschód od napadanej przez niego regularnie wsi.

-Zuchwała i sprytna bestia. –Stwierdził młody wojownik. –Prawie dałem się nabrać.

Bo początkowo miał zamiar, wydostawszy się z doliny, jechać głębiej w dzicz, ale kiedy mijał tę górę coś go oświeciło i postanowił sprawdzić to przypuszczenie. Kiedy mężczyzna wspiął się na wschodni stok wzniesienia, stanowiącego widnokrąg dla mieszkańców doliny, odnalazł tam sterty kości smoczej zdobyczy. Zrozumiał wówczas jak tenże stwór działa. Smoczysko porwawszy w szpony bydlę lub owcę leciało za tę górę i kiedy ludziska myśleli, że leci ono wciąż gdzieś hen na wschód, on już siedział tutaj, pożerając łup, by potem porozrzucać kości po okolicy, aby w ten sposób zatrzeć ślady prowadzące do jego kryjówki oraz przerazić ewentualnych podróżnych, chociaż tych tu raczej wielu nie trafiało. Na wschodzie długo nie ma niczego ciekawego dla większości ludzi. Arlod jednakże nie dał się zwieść pozorom. Czuł, że bestia jest gdzieś blisko. Skrupulatnie przyglądając się podłożu tej „jadalni” znalazł wreszcie słabo widoczne ślady wielkich łap odciśnięte w żwirze. Ruszył za nimi ostrożnym krokiem, uważnie przypatrując się okolicy. Otaczały go potężne, rozsypujące się skały, prawie pozbawione roślinności. Nie spodziewał się jednak napaści z zaskoczenia. Z tego co usłyszał w wiosce, smok atakował o zmierzchu, kiedy trzoda była prowadzona do obór, więc dzień bez wątpienia przesypiał objedzony. Za to wszędzie leżał sypki żwir i świeżo odłupany gruz. Łatwo było skręcić nogę przy braku uwagi, a nawet zsunąć się wraz ze wszystkim w dół zbocza. Trop prowadził go kilka chwil przez to martwe miejsce, nim w oddali, ukryty za formacją skalną dojrzał ciemny i obszerny otwór jaskini. Nie było wątpliwości. Tam drzemał potwór.

-Więc tu się schowałeś. –Mruknął zadowolony Arlod, przyglądając się wejściu. –Nieźle się tu urządziłeś, przyznaję.

Jednakże nie rzucił się tam natychmiast z okrzykiem na ustach i z mieczem w ręku. To by było wielce nierozsądne, zwłaszcza, że większość ekwipunku zostawił w obozie. Dzisiaj tylko szukał drogi i nie zależało mu, aby pancerz utrudniał mu poruszanie. Chwilowo wycofał się, po czym ruszył w drogę powrotną w dół zbocza. Obozowiska nie rozbił jednak na samym dole u podnóży góry, ale nieco wyżej pod nawisem skalnym chroniącym go nawet przed wzrokiem smoka, który raczej nie miał powodów, by patrzeć na wschód. Zmierzchało już, kiedy tam dotarł i domyślał się, że bestia wkrótce ruszy na żer. Słońce nie sięgało już za wzniesienie, więc nikt nie zobaczy skąd dokładnie wyruszył napastnik. Wojownik nie musiał nawet wyglądać, by wiedzieć, że wyłonił się on z jaskini. Potężny ryk odbił się echem od górskiego zbocza wprawiając w ruch mniejsze kamienie, które jako mała lawina stoczyły się na dół z głośnym stukotem. Chwilę później Arlod usłyszał bicie potężnych skrzydeł i zaraz potem nastała niepokojąco głęboka cisza. Teraz musiał czekać, a nerwowy to był czas, bo bestia na pewno poczuła zapach intruza w pobliżu swego legowiska i mogła uznać, że nie zszedł on z góry. Niedługi czas później smok powrócił, a polowanie bez wątpienia się powiodło, bo mężczyzna usłyszał głuche tupnięcie ciała kolejnego nieszczęsnego bydlęcia, a zaraz potem zaczęła się uczta. Niespokojny mężczyzna z obrzydzeniem słuchał niesionego echem odgłosu łamanych kości, rwanych mięśni i kłapania potężnej paszczęki. Jednakże wkrótce wszystko ucichło. Bestia nie wyczuła człowieka. Arlod westchnął z ulgą. Mimo dość młodego wieku zabił już wiele potworów, ale pierwszy raz porywał się na smoka. Miał prawo czuć zdenerwowanie. Teraz musiał czekać. Nie miał szans wejść w ciemnościach na górę w pełnym rynsztunku nie zabijając się po drodze. Nie mógł też rozpalić ogniska, by nie zaalarmować przypadkiem stwora zapachem. Mężczyzna zadowolił się jednak w zupełności sucharem i suszonym mięsem popitym winem. Owinąwszy się w koce usnął, pewien, że nic nie złoży mu niezapowiedzianej wizyty, bo niewiele jest stworzeń dość odważnych, by żyć w pobliżu smoczej jamy.

Poranek zastał go sposobiącego się już do bitwy. W takim napięciu nie było mowy, by miał długo spać. Arlod był wysokim i potężnie zbudowanym mężczyzną, więc nie bał się wspinaczki z ciężkim wyposażeniem. Założył kolczugę oraz blaszane naramienniki oraz nagolenniki, a na swoją głowę porośniętą czarną czupryną i lekkim zarostem wsunął otwarty hełm. Na koniec do pasa przywiązał pochwę z długim mieczem krasnoludzkiej roboty, czego dowodem były zdobiące go runy, a na plecy założył tarczę. Sprzęt, poza ostrzem, nie był najwyższej możliwej jakości, ale Arlod nie był rycerzem, którego stać by było na wypolerowaną płytówkę, jednak to żelazo było wystarczające, by pozbawiać głów nękające ludzi maszkary i zarabiać. Kiedy był gotowy ruszył do góry.

Zdecydowanie ciężej się teraz szło, ale żaden wypadek nie przeszkodził Arlodowi w wspinaczce, chociaż niedojedzone krowie truchło porzucone w „jadalni” było co najmniej obrzydliwe. Słońce nie wzeszło jeszcze w pełni, gdy młody łowca potworów stanął naprzeciw wejścia do jaskini, a w nos od razu uderzyły go smocze wyziewy. Zmówiwszy modlitwę do Harwira, boga wojowników, mężczyzna sięgnął po miecz i tarczę, po czym zanurzył się w cień jaskini. Szeroki tunel nie był zupełnie ciemny, dziury w sklepieniu wpuszczały snopy światła rozjaśniające mrok. Od głównego korytarza odchodziły mniejsze, ale nimi Arlod nawet się nie przejmował. Smok nimi by się nie przecisnął, a wszelkie inne stworzenie uciekły stąd pewnie niemal od razu po przybyciu  gadziny. W końcu wojownik dotarł do obszernej komory leżącej gdzieś pod szczytem góry. Nie musiał długo szukać swego przeciwnika. Wielka bestia spała nieco z boku, zwinięta w kłębek niby olbrzymi, pokryty łuskami kot. Arlod wykorzystał to do oceny stwora i w swojej pysze nie uznał go za szczególnie przerażającego. Nie był to bowiem smok jakiś szczególnie monstrualnych rozmiarów, może wielkości wiejskiej chaty, a podobno istnieją większe. Miał piękne, błękitne łuski połyskujące w świetle, ale jego skóra była mocno zniszczona oraz poznaczona licznymi bliznami, brakowało też jednego rogu spośród czterech zdobiących łeb bestii, a skrzydła, stanowiące trzecią parę kończyn wyrastającą z pleców stwora były postrzępione. Mężczyzna zrozumiał, że ma przed sobą starego smoka, ale nie uznał tego faktu za oznakę większego  zagrożenia. Zaczął podchodzić do cielska na tyle cicho, na ile pozwalała mu chrzęszcząca zbroja. Zamierzał jak najbardziej zmniejszyć dystans nim bestia się przebudzi i w miarę możliwości zaskoczyć ją pierwszym ciosem, chociaż nie liczył, że na tym jednym się skończy. Mniejsze paskudy potrafią wytrzymać rany, które powaliłby najwytrzymalszego męża. Ku swojemu zaskoczeniu podszedł niemal do samej śpiącej wielkiej masy mięsa i gnatów nie wywołując alarmu. Patrząc na majestatycznego stwora z tej odległości uznał go za naprawdę niesamowitego oraz wspaniałego. Często łapał się na tym, że podziwiał zabijane przez siebie bestie, ale niestety były one zagrożeniem dla ludzkości i musiały zginąć. Ten smok także. Arlod wzniósł miecz zamierzając rozedrzeć bestii gardło, gdy nagle zamarł, słysząc głos.

-W oborze się chowałeś cukiereczku? Nie grzecznie jest włazić do czyjegoś domu bez pukania i pozwolenia. –Zagrzmiał wyraźnie urażony, niski, damski głos, a niebieskie cielsko się poruszyło.

Zaskoczony wojownik zapomniał zadać ciosu, tylko odskoczył, by nie dać się przygnieść. Tymczasem smok ziewnął potężnie, rozprostował swe ciało i podniósł głowę na wysokość co najmniej czterech Arlodów. Para świecących szafirowych oczy zalśniła własnym blaskiem, kiedy uniosły się powieki. Spojrzały z góry na przybysza z ciekawością i jakby  rozbawieniem.

-Kim jesteś i czego tu szukasz człowieczku-cukiereczku? –Smok rozwarł paszczę i przemówił, by po chwili jeszcze raz ziewnąć, ukazując swój zestaw ostrych jak brzytwy zębów, tak jak łuski, niekompletny.

Arlod zupełnie zbaraniał. Był całkowicie zdumiony widząc przed sobą mówiącego smoka. W informacjach, które zebrał o tych gadach nie było nic o tym, że one potrafią gadać.

-Ty… Ty… Ty mówisz! –Wydukał wreszcie.

Smok westchnął, jakby z politowania nad głupotą swego gościa, oparłszy głowę na przedniej łapie.

-Tak geniuszu, mówię. To coś tak wielkiego? –Zapytał, oglądając od niechcenia swoje pazury.

-Ale smoki nie potrafią mówić! To zwierzęta! –Zawołał wojownik, nie mogąc się pogodzić z tym co się dzieje.

Bestia prychnęła niezadowolona z tego osądu.

-Pff, po pierwsze to nie zwierzęta, cukiereczku. Po drugie, potrafią, tylko albo nie chce im się uczyć waszego śmiesznego języka, bo mamy własny, albo to was ludzi uważają za zwierzęta, z którymi nie warto konwersować. –Smoczyca nagle wyciągnęła grzbiet, ponownie upodabniając się do wielkiego kota, aż głośno strzeliły jej stawy. –Uh. To może zacznijmy od początku. –Ponownie spojrzała na intruza. -Kim jesteś i dlaczego nachodzisz mnie w moim domu?

 -Czy to nie jasne? –Wrzasnął wojownik zdumiony tym pytaniem. –Ty jesteś smokiem, potworem, który napada pobliską wioskę! A ja… -Przybrał poważną minę, wypiął pierś i odchrząknął. –A jam jest łowca smoków! Me imię Arlod! Przybyłem  zakończyć twój żywot bestio! –Oświadczył z dumą i pychą.

Uznał, że wyszło mu to wcale nieźle, chociaż nie ćwiczył tej kwestii wcześniej i trudno go jeszcze uznać za łowcę smoków. Jednakże tenże smok, co miał być tym pierwszym, wyraźnie próbował się powstrzymać przed śmiechem, trzęsąc jak galareta. W końcu nie wytrzymał i roześmiał się tak głośno, że aż gruz posypał się ze sklepienia.

-Zaiste, tyś łowca smoków, a mnie mój żywot miły! –Odparła nabijając się z niego. -A ile smoków już zaszlachtowałeś wielki łowco, chmy? Wyglądasz mi na totalnego leszcza, to jest amatora, jeśli wolisz. –Zakpiła z niego ze złośliwym uśmieszkiem, co było kolejnym zaskoczeniem dla Arloda, bo nie sądził, że pyski gadów są zdolne do mimiki.

Wojownik się mocno speszył. No może nie zabił jeszcze żadnego smoka, ale odnosił sukcesy w walce z wieloma innymi rodzajami potworów. Wielu było ludzi wdzięcznych jego czynów. W końcu wymyślił co odpowiedzieć.

-Żadnego, ale polowałem wiele razy na wiwerny. –Rzekł pewnym siebie tonem. –To coś podobnego.

Smok znowu zaczął się śmiać.

-Proszę cię, wiwerny? Podobne do smoków? Czyli jednak amator. Widzisz, pyszałku opałku, przeciętna dorosła wiwerna, kiedy stoi na ziemi na wszystkich kończynach, szyję wyciągnie nieco ponad głowę człowieka, a przeciętny dorosły smok jest trzy razy większy i wiele razy mądrzejszy no i groźniejszy od wiwerny. Nadal wierzysz w swe szanse, cukiereczku?

W Arlodzie już się gotowało od wściekłości od jej kpiącego tonu. W złości rzucił tarczą o ziemię.

-Przestań kurwa gadać! –Zawołał. -Przybyłem tu walczyć nie mleć ozorem! Bądź facetem i stawaj! –W ostatnie słowo włożył cały głos, aż się echo odbiło po jaskini oraz znowu posypał gruz ze sklepienia. Mężczyzna poczuł się z tego powodu dumny.

Smok spojrzał na niego… dziwnie.

-Facetem? –Zapytała w taki sposób, jak grom zwiastuje burzę. –Weź, nie obrażaj mnie cukiereczku! Nie widzisz głąbie, że masz przed sobą damę?! –Ryknęła i Arlod przestał być dumny ze swego krzyku.

Totalnie go zatkało, ale przyjrzał się smokowi. Dotąd nie widział ich dość wiele, zwłaszcza z takiego bliska, by móc rozróżniać ich płcie, ale teraz jakby zobaczył w bestii subtelne cechy świadczące o tym, że jest ona raczej samicą.

-Ty jesteś smoczycą, tak? –Odparł, drapiąc się po głowie.

-Bystrzacha, nie ma co! –Ponownie z niego zakpiła. -Wiesz, myślę że to ty wczoraj kręciłeś się przed moją jaskinią. –Wciągnęła nosem powietrze z głośnym świstem. –Tak! To byłeś ty! Wzięłam cię jednak za jakiegoś idiotę, który lubi łazić po górach i narażać się na lawiny oraz ataki potworów. Udało ci się mnie zmylić, jeden punkt dla ciebie, cukiereczku. Ale to za mało chłopie, by polować na smoki.

-A co ty możesz o tym wiedzieć? I przestać nazywać mnie cukiereczkiem! –Odwarknął Arlod.

-Cukiereczkiem nazywam każdego ładnie opakowanego pyszałka opałka, który myśli, że mnie może zabić. –Wyjaśniła, krzyżując łapy przed sobą. -A wracając do twojego pytania, znacznie więcej od ciebie. Powiedz, ile ty masz lat?

-25! –Odpowiedział jej natychmiast. Zaraz potem ugryzł się w język myśląc, po co ja jej do cholery to mówię!

-25? –Powtórzyła z cmoknięciem. -U, młodziutki z ciebie cukiereczek, jeszcze taki mięciutki i delikatny. Ja mam prawie 2000, cukiereczku. Urodziłam się w czasach dla was tak odległych, że zwiecie je Drugą Erą, chociaż dla mnie te całe Ery są bez sensu. Wiem więcej od wszystkich ludzi, których ty przez całe swoje króciutkie życie poznałeś. Przy mnie jesteś głąbem.

-Przestań mnie obrażać, smoku! –Pogroził jej mieczem.

W odpowiedzi bestia machnęła swymi skrzydłami dla ostrzeżenia, wywołując pokaźny podmuch.

-To ty mnie obrażasz cukiereczku! –Warknęła. -Ty, przyłażąc tu tak zupełnie bez ogłady i to sam. Sam! Życie ci nie miłe? Nie słyszałeś, że polowanie na smoki to sport zespołowy? Potrzebowałbyś co najmniej dwóch osób, by mieć jakąkolwiek szansę choćby z młodym, niedojrzałym smokiem, który dopiero nauczył się latać.

-Ja się przynajmniej przedstawiłem, ty nie. –Palnął Arlod bez pomyślunku.

Smoczyca chciała coś powiedzieć, ale zaskakująco zrezygnowała.

-Tu mnie masz. –Przyznała, co dziwne, z tycim szacunkiem. -Kolejny punkt dla ciebie cukiereczku. Cóż, mojego prawdziwego imienia byś nie zdołał zrozumieć, a co dopiero zapamiętał. Przez całe swoje życie poznałam ledwie paru takich co to potrafiło.

-Więc? –Naciskał wojownik, zadowolony z tego, że czymś zagiął gadatliwego stwora.

-Nie poganiaj mnie! –Pokazała gniewnie zęby smoczyca. –Mów mi Zizgidukah.

-Co takiego?

-Zizgidukah. –Powtórzyła bestia. -To taki skrót mojego prawdziwego imienia. Mam ci przeliterować? –Dało się wyczuć w jej tonie kolejną kpinę.

-Obejdzie się! –Machnął ręką Arlod. -No więc Zizgidukah, co teraz?

Łowca miał serdecznie dość tej uwłaczającej mu rozmowy i chciał wreszcie przejść do czynów, bo póki co miał wrażenie, że smoczyca chce zagadać go na śmierć.

-Cóż. –Odezwała się, drapiąc pazurem po podbródku. -Nie spodziewałam się, że znajdzie się jakiś palant, który zechce polować na smoka za te marne grosze oferowane przez wieśniaków z doliny i do tego trafi jeszcze do tej jaskini, miast szukać mnie gdzieś w głuszy. Mogłabym cię oczywiście zabić, ale przyjdą kolejni, lepiej przygotowani i biedna stara smoczyca zakończy żywot. A jak mówiłam, jest mi on miły. Mam taki kaprys, aby umrzeć ze starości. Smok też może, chociaż ostatnimi czasy niewielu z nas się to udaje. Zróbmy tak. Ty sobie pójdziesz, a ja sobie stąd odlecę i wszyscy będą zadowoleni. –Zaproponowała z naiwnym uśmiechem.

-Jest pewien problem. Ja nie będę zadowolony! –Oznajmił Arlod pukając się w pierś. -Po pierwsze, poświęcony na szukanie ciebie czas będzie zmarnowany. Po drugie, nie zabiję smoka, a mam na to ochotę. Człowiek też może. Po trzecie, nie zarobię. Swoją drogą gdzie twój skarb? –Teraz dopiero mężczyzna przypomniał sobie o tym jakże istotnym szczególe w przypadku smoków.

-Czy każdy smok musi mieć skarb? –Smoczyca odpowiedziała z politowaniem, jakby rozmowa wróciła do punktu wyjścia.

-Nie mów mi, że nie masz skarbu? –I kolejne zdziwienie Arloda.

-A no nie mam. –Zizgidukah wzruszyła niewinnie ramionami. -Wiesz smoki lubią wasze złoto i klejnoty, ale nie ze względu na ich wartość tylko wygląd. Lubimy otaczać się ładnymi rzeczami. Ja jednak wolę ładne skały, więc skarb mi niepotrzebny. Ale niestety ta góra jest taka brzydka. Ależ bym chciała wrócić do swojej poprzedniej siedziby. –Dodała nostalgicznym tonem i na chwilę odpłynęła myślami.

-Kurwa! Nic nie zarobię i jeszcze gadam z starą smoczycą! Inni łowcy mnie wyśmieją! –Arlod powoli tracił panowanie nad sobą.

-A dlaczego polujesz na potwory? Coś osobistego? –Zapytała niespodziewanie bestia, wracając do rzeczywistości.

-Nie, ojciec się tym zajmował i… -Wojownik dał się początkowo złapać i po chwili dopiero ugryzł się w język. -Chwila moment, dlaczego ja ci to wszystko mówię? Jakaś przeklęta smocza magia?

-Skąd. –Machnęła łapą. -Po prostu czujesz, że możesz powiedzieć wszystko babci Zizgidukah, a ona cię nie odrzuci. Lubię was krótko żyjące istoty. Jesteście bardzo zabawni. Nie jak inne smoki i te sztywne elfy. Kiedyś nawet użyczałam wam grzbietu. Ach, to były czasy, kiedy nosiłam jeźdźca. Nie to co teraz. –Znowu wpadła w nostalgiczne myśli.

-Hej ty! Nie odlatuj mi tutaj Zizgidukah! Ja się pytam co z moją kasą? Nudzi mnie już ta rozmowa ty stara, stetryczała krowo!

-Krowo?! Czy ja dobrze słyszałam? –Arlod potwierdził kiwnięciem głową, tym razem naprawdę rozwścieczając smoka. -No tego już za wiele cukiereczku! Zaraz cię nauczę manier!

Smoczyca zerwała się zupełnie nagle i szybko, jak na stworzenie tych rozmiarów. W jej gardle zakotłowało się coś, zagotowało, a w końcu z pyska wystrzelił płomień. Arlod ledwie zdołał go uniknąć, porywając przy tym z ziemi swoją tarczę.

-Brawo! Umiesz przebierać tymi nóżkami! –Zawołała smoczyca uderzając go łapą.

Wojownik ponownie uskoczył. Łapa uderzył skałę obok niego, sypiąc na około odłamkami, ale tym Arlod razem zdołał kontratakować, a smoczyca zaryczała z bólu. Krasnoludzki miecz zdołał przebić jej skórę i z rany kapała teraz gęsta, wrząca, smocza krew. Mężczyzna uśmiechnął się.

-Widzę, że przygotowałeś się do tej roboty. –Syknęła Zizgidukah, oblizując ranę. -Kolejny punkt dla ciebie cukiereczku. Zwykły miecz by się tylko odbił, ale te brudne, brodate pokurcze zawsze wiedziały jak kuć, by zranić smoka. Ale się tak nie ciesz. Teraz to już na pewno ci nie daruję!

Teraz dopiero zaczęła się prawdziwa walka. Smoczyca napierała nieustannie i Arlod mógł się tylko cofać, uskakując przed kolejnymi atakami ognistym oddechem i łapami. Nie warzył się zasłaniać tarczą, spodziewając się, że smok po prostu połamie mu rękę ciosem, albo oparzy ją rozgrzany metal. Ciążyła mu więc ona mocno, ograniczała ruchy. Próbował kontratakować, ale po dwóch milleniach doświadczeń i walk z „cukiereczkami” Zizgidukah nie miała problemu z odczytaniem ruchów Arloda i albo udawało się jej uniknąć ciosu, albo tak się ustawiała, że nawet krasnoludzki miecz ześlizgiwał się po łuskach. W końcu wojownik został przyparty do ściany jaskini, a potężny cios łapą wyrwał mu tarczę z ręki. Złapawszy miecz w obie dłonie, rzucił się desperacko naprzód, uwalniając z pułapki i atakując od flanki brzuch bestii, ponownie raniąc smoczycę, ale nie zdołał go rozciąć. Zizgidukah miała teraz więcej problemów z mobilniejszym wrogiem, ale Arlod zapomniał o jednej ważnej rzeczy. O ogonie. Smoczyca nieoczekiwanie okręciła się, a długi ogon, niczym olbrzymi bicz smagnął mężczyznę z wielką siłą w pierś i rzucił ponownie na ścianę. Upadając upuścił swój cenny miecz. Nim zdołał go sięgnąć, łapa przyszpiliła go do ściany, a pazury wbiły się w skałę tuż obok jego ciała. Głowa niedoszłego łowcy smoków była uwięziona między dwoma szponami niczym dorosły winogron. Łeb smoczycy uniósł się wysoko w górę i tylko jej oczy lśniły w cieniu. Arlod niemal srał w gacie z przerażenia.

-Czuję twój strach cukiereczku! –Odezwał się groźny pomruk. -Zapamiętaj go! Zapamiętaj słyszysz?! Bo jeśli choć na chwilę przestaniesz bać się smoka, choć na chwilę go zlekceważysz, umrzesz! Rozumiesz?!

Arlod potaknął posłusznie i po chwili był wolny. Upadł na ziemię ciężko dysząc. Smoczyca omal nie zmiażdżyła mu żeber. Dopiero po dłuższej chwili zdołał przemówić.

-D… D-dlaczego to z-zrobiłaś? –Wydyszał.

Wiele razy otarł się już o śmierć, ale nigdy wcześniej się tak nie bał śmierci. Kiedy tak patrzał z klęczek na potężnego, mimo swego wieku, gada zaczął szanować smoki i tym bardziej je podziwiać.

-Żeby dać ci lekcję, cukiereczku. –Odparła, a widząc zdziwioną minę Arolda kontynuowała. -Widzisz. Ogólnie jestem bardzo miłym smokiem, który lubi mniejsze krócej żyjące istoty, ale w głębi duszy to złośliwa i mściwa ze mnie bestyja, jak na gada zresztą przystało. Tak się składa, że mam dla ciebie propozycję, bardziej dochodową niż oferta tych wieśniaków. Jesteś zainteresowany?

-Słucham, Zizgidukah. –Odparł z pokorą, siadając na pobliskim głazie.

-Zacząłeś mnie szanować, Arlodzie. Cieszy mnie to, widać, że się uczysz. No więc, pewien młody smok śmiał mnie zaatakować i wygnać z mojego ulubionego legowiska. Chcę je odzyskać oraz ukarać pyszałka, ale jestem za stara i za słaba by sama się z nim policzyć. Ty zrobisz to za mnie.

-A co będę z tego miał? –Zaprotestował wojownik. -Nie zbierasz przecież skarbów.

-Nie możesz mi wyświadczyć przysługi biednej staruszce? –Zachichotała na widok miny człowieka. -Dobra, żartuję! Mnie wasze skarby nie interesują, ale jego tak. Powiedzmy, że na wasze standardy to bardzo stereotypowy smok. Przez te dwie dekady odkąd się tam wprowadził na pewno sporo sobie na myszkował. Ale pamiętaj, że polowanie na smoki to sport zespołowy. Musisz zebrać kilku towarzyszy. Pamiętaj, co najmniej trzech lub czterech, a najlepiej pięciu, oczywiście na podobnym do ciebie poziome. Szczerze mówiąc twoje umiejętności są całkiem niezłe, jak na twój wiek i mówi to istota, która sporo się naoglądała przez te 2000 lat.

-Cóż, dziękuję za komplement. –Arlod lekko się skłonił. -Potrzebny będzie jakiś czarodziej?

-Może się przydać. Smoki często lekceważą magików.

-No to pozostaje już tylko kwestia, gdzie znajdę tego smoka. –Mężczyzna zdecydował się przejść do konkretów.

-Kiedy zbierzesz ludzi, powędrujesz do kraju Gyhlstag nad górnym Avnirostem. Jest tam wiele gór, wśród których smok może znaleźć sobie niedostępne dla nieuskrzydlonych istot kryjówkę. Znajdziesz tam malownicze jezioro przez ludzi zwane Fenneled.  Za pół roku pokażesz się u jego północnego brzegu, a ja wskażę wam drogę.

-A jak się nie zjawię? –Lepiej znać wszystkie szczegóły, pomyślał Arlod.

-Uznam cię za tchórza? –Smoczyca wzruszyła ramionami. -Złociutki, chyba nie myślisz, że będę cię ścigała za to że się nie zjawisz? Za stara na to jestem. Chcę tylko spokoju i bezpiecznego legowiska na dokonanie żywota.

Arlod zastanawiał się chwilę. Interesy ze smokiem to nie byle co, trzeba to dobrze przemyśleć. Przecież mogła go zdradzić, kiedy on i jego drużyna będą zmęczenie walką z tamtą bestią. Ale była takim sympatycznym potworem, że zdecydował się jej zaufać.

-No dobra Zizgidukah, zgadzam się. –Rzekł, wstając z głazu.

-To pysznie! –Zawołała smoczyca, by po chwili zrobić wielkie oczy. -Znaczy wspaniale! To wspaniale! –Poprawiła się, uznając, że słowo „pysznie” brzmi niepokojąco z ust kogoś takiego jak ona. -No to jesteśmy umówieni Arlodzie. A i jeszcze za nim się pożegnamy, pójdź w tamtą część jaskini. –Wskazała mu ciemny kąt.

Wojownik spojrzał na nią nieprzekonany, ale Zizgidukah tylko go ponagliła ruchem głowy, więc poszedł tam i przewrócił się o coś, wywalając z głośnym rabanem. Kiedy wymacał przedmiot, o który się potknął okazał się być twardy, podłużny i ostro zakończony, ale nie przypominał w dotyku skały.

-To przecież róg! –Zawołał.

-Ta, mój. –Potwierdziła smoczyca. -Weź go sobie. Złamałam go niedawno przez przypadek o sufit, a łuski pewnie nie wystarczą, by wieśniacy uznali mnie za martwą.

-Co ty knujesz? –Zapytał wojownik, wracając do Zizgidukah.

-To co wcześniej, zwinąć się stąd, a ty przy okazji zarobisz i może przekona cię to, że nie chcę cię wykiwać. Smoki są raczej honorowe nie zdradzieckie jak mówią wasze historyjki. No to żegnam. Milusi z ciebie człowiek, Arlodzie, dawno takiego nie spotkałam cukiereczka. –Posłodziła mu na koniec aż się zarumienił.

Kiedy wchodził do tej jaskini nie spodziewał się, że jego niedoszła ofiara będzie mu sadzić komplementy.

-To do zobaczenia? –Rzekł nieprzekonany, zabierając do wyjścia.

-Mam nadzieję mój drogi, mam nadzieję. –Odpowiedziała Zizgidukah, ponownie kładąc do snu. –Zdrzemnę się jeszcze do wieczora. Lepiej by nasz mały szwindel nie wyszedł na jaw moim pojawieniem w środku dnia. –Zachichotała, a Arlod obrócił się i ruszył w drogę na powierzchnię.

Mężczyzna opuścił jaskinię i długo nie wierzył w to co tam przeżył. Ale wieśniacy uwierzyli, że uwolnił ich od potwora, więc wyruszył w dalszą drogę nieco bogatszy, bo to prawda, że miejscowi oferowali drobniaki za zabicie smoka.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s