Wycieczka do starego zamku – Część 1

Na wschodzie, wśród dzikich, odludnych ziem leży Las Pegre. Jest to piękna, pradawna puszcza pełna wielkich, starych drzew. Pod osłoną ich liści żyje jedno z plemion istot nazywanych gulelu. Gulelu stanowią jeden ze szczepów zwierzoczłeków, więc czasami nazywa się ich myszoczłekami, ze względu na to że chociaż poruszają się jak ludzie to przypominają wyglądem gryzonie. Są to niskie, kudłate istoty z wielkimi uszami i długim, cienkim ogonem. Mają bardzo pokojowe usposobienie oraz naturę domowników. Ich największym marzeniem jest spokojny żywot w swojej osadzie w otoczeniu rodziny, a najlepiej także w dobrobycie. Oczywiście nie wszyscy wybierają taki spokojny los. Niektórzy gulelu po osiągnięciu wieku młodzieńczego wyruszają w podróż, która może trwać nawet całe ich życie. Mimo niewielkiego wzrostu i wątłej siły, czasami docierają w miejsca wielce odległe od ich rodzinnego domu. Jak zostało wspomniane, myszoczłecy są ludem pokojowym, ale nie są tak naiwni, by sądzić iż nic im nie zagraża. Oczywiście, kiedy mogą, będą próbowali uniknąć zagrożenia po prostu kryjąc się przed nim. Dzięki małej posturze przychodzi im to z naturalną łatwością. Jednakowoż, gdy wymaga tego sytuacja, są gotowi stanąć naprzeciw niebezpieczeństwu. Gulelu są zbyt dumni, by żyć jak szkodniki wśród innych, większych ras. Budują swoje własne małe osady, które wkomponowują w naturalny krajobraz i starają się jak najmniej mu szkodzić. Zwykle mieszkają w płytkich norkach, ale w przeciwieństwie do agresywnych misvri, szczuroczłeków, ich tunele są czyste, przestronne, przewiewne, umeblowane i mają ozdobione ściany – to prawdziwe podziemne domy.

W Pegre znajduje się kilka spokojnych wiosek gulelu odizolowanych od zewnętrznego świata. Od tak dawna żaden obcy nie przechodził starym traktem opodal lasu, że droga zaczęła zarastać, a tutejsi myszczołecy zdążyli zapomnieć jak wyglądają inni rasy. Nawet inni zwierzoczłecy nie mieszkają w lesie lub jego okolicach. Wojna, czy też zaraza, a może obydwie te katastrofy sprawiły, że na ziemiach dookoła Pegre pozostały po nich tylko niszczejące szczątki wsi oraz opuszczony zamek. Innych mieszkańców świata gulelu znają tylko z opowieści opowiadanych wieczorami przy ognisku przez mistrzów bajarzy.

Nawet kiedy żyły tu inne ludy, gulelu trzymali się swego lasu nie szkodząc nikomu, więc i nimi się nie interesowano. Opuszczenie lasu wiązano z wieloma obawami, więc trzeba było wiele czasu, by w końcu ciekawości przemogła. Odważniejsi gulelu zaczęli wtedy przeszukiwać opuszczone wsie. Wśród szczątków chat często znajdowali przedmioty, które mogli wykorzystać do ułatwienia sobie życie. Biorąc pod uwagę kreatywność gulelu, czasem używali ich niekoniecznie zgodnie z przeznaczeniem, jaki nadali im ich dawni właściciele. Jednakże wieloletniej ciszy zalegającej w opuszczonym zamczysku na wzgórzu nikt nie zaburzał. Wielka budowla z kamienia ciągle budziła w sercach myszczoczłeków z Pegre niepokój, więc wzorem większości swojej rasy woleli nie kusić losu.

Jedna z wiosek gulelu nazywała się Tiokia. Leżała na małej polance otoczonej drzewami zmienionymi w domy, a łączka stanowiła centralny plac osady. Było stąd całkiem blisko do granicy lasu, więc jej mieszkańcy nie bali się tak otwartych przestrzeni, a nawet uprawiali niewielkie poletka. Życie toczyło się tu jednakim torem od lat. Większość dni zajmowała myszoczłekom ciężka praca, wolnymi chwilami oddawali się swoim zainteresowaniem, a wieczorami słuchano opowieści mistrza bajarza. Co jakiś czas urządzano święto, które często ściągało gulelu z innych osad i razem bawiono się przez cały dzień. Z pewnością większość mieszkańców Tiokii lubiło swoje życie i nie marzyło o niczym więcej.

Młody Iko, właściciel brązowego futra i wyjątkowo bujnej czupryny, należał do tej niewielkiej grupy chcącej czegoś innego. Pragnął on przeżyć jakąś przygodę w swoim życiu, a może nawet ruszyć w daleki świat. Deprymowało go to, że nikt z tych, którzy opuścili Pegre, nigdy nie wrócił, więc nie miał gdzie zaczerpnąć świeżych informacji. Znał wprawdzie na pamięć większość opowieści mistrz bajarza, ale rozumiał, że są one dawno przestarzałe i ubarwione przez pokolenia ustnego przekazywania.

Jakkolwiek, tego dnia na chwilę wyszedł z lasu kłócąc się, nie po raz pierwszy w ostatnim czasie, ze swoim sumieniem. –Odejść, czy zostać? -Zastanawiał się gorączkowo, przedzierając się przez wysuszoną letnim słońcem, metrowej wysokości trawę sięgającą mu niemal piersi, jaka porastała równinę na zachód od Pegre. Gulelu nie żyją zbyt długo. Czterdzieści lat, o ile tyle dożyją, to dla nich późna starość, więc im szybciej się Iko zdecyduje, jak ma wyglądać jego przyszłe życie, tym lepiej. Niestety nie było to takie proste. By rzucić się w nieznane musiałby opuścić rodzinę i dom. Nie, nie groziło za to zhańbienie siebie oraz krewnych, gulelu są świadomi, że niektórzy z nich wolą podróżować i to akceptują. Problem stanowił sam Iko, który nie wiedział do końca, czy naprawdę chce ot tak porzucić wszystko co znane i dobre, aby ruszyć w daleki świat, z którego pewnie by już nie wrócił. Nie wiedział, czy to tylko zwykła zachcianka obudzona przez nudę ostatnich tygodni i zasłyszane opowieści, czy może zew podróży, który ponoć czują wędrujący gulelu, każący im iść wciąż naprzód. Zajęty swoimi myślami dotarł bardzo daleko poza las. Wspiąwszy się na następny pagórek Iko ze zdziwieniem ujrzał budowlę z opowieści, chociaż bardzo odległą. Na kamiennym wzgórzu wznosiły się posępne mury starego zamczyska. Na tle czerwonego, zachodzącego słońca, jego kształt jawił się niczym cień jakiegoś groteskowego stwora. Młody gulelu oczywiście słyszał o zamku, ale nigdy jeszcze nie oddalił się od lasu na taką odległość, by go ujrzeć. Teraz, obraz ten zafascynował go i wygnał z umysłu jego rozterki. Iko z miejsca zapragnął wejść do tego otoczonego aurą strachu miejsca. Nie zrobił tego od razu. Budowla była jeszcze daleko, a on nie chciał po prostu wejść tam na chwilę, by zaspokoić swojej ciekawości. To miała być jego życiowa przygoda, która być może uspokoi serce, a potem pozwoli żyć rytmem życia Tiokii. Musiał się odpowiednio przygotować, więc wrócił pośpiesznie do wioski. O tak późnej porze wszyscy już siedzieli domach, a uważni nocni wartownicy nie omieszkali zatrzymać Ika, nim został przepuszczony. Ostrożności nigdy nie za wiele. Jego rodzinna norka została wykopana w skarpie pod pniem wielkiego dębu. W wychodzącym na zewnątrz kuchennym oknie lśnił płomień świecy. Znak, że matka czuwa w oczekiwaniu na powrót syna. Iko westchnął na ten widok.  Czekała go kolejna seria krzyków.

-Gdzieś ty był?! –Zawołała szczerze oburzona Doloja, kiedy jej syn tylko przestąpił próg sieni. –Kiedy zgodziłam się na spacer do zachodu po polach, miałam na myśli dzisiejszy zachód słońca!

-Mamo… –Speszył się Iko po takim powitaniu, ale po chwili odzyskał odwagę. –Mamo, mam już osiem lat… –Matka skinęła głową na znak potwierdzenia, ale wzrokiem pytała: I co z tego? –Więc jestem już prawie dorosły i nie muszę się meldować co wieczór w domu. –Miał dość tych kłótni, ale nie podniósł głosu.

Doloja nie jest na wskroś złą kobietą, niczym tyran wyznaczającą zasady, za których złamanie grożą srogie kary. Po prostu była zmartwioną matką, chociaż starała się to ukrywać za krzykiem. Iko często znikał z wioski na całe dnie i wracał późno w nocy, a nawet w Pegre gulelu nie są całkiem bezpieczni. Na niewiele wyższe od metra istoty czyha wiele zagrożeń. Samotne wycieczki po lesie uważane są za co najmniej nierozsądne. Doloja bała się jednak bardziej, że pewnego dnia  jej syn odejdzie poza kraj widziany z lasu i już nie wróci. Ika trochę to irytowało. Uważał, że osiągając wiek dorosły wedle miar gulelu ma prawo samemu decydować o swoim losie, a rodzice mogą to tylko zaakceptować. Nie skarżył się jednak. Doloja na pewno nie wygnała by syna z domu, ale nie chciał jej jeszcze bardziej psuć nastroju sporami.

-Powiedz mi, dlaczego to robisz, myszko? –Zapytała spokojniejszym tonem. Od jakiegoś czasu matka przezywa go tym zdrobniałym określeniem, chociaż kiedy był dzieckiem, nigdy go nie wypowiedziała.

-Bo to lubię. –Odparł sucho. Nie miał ochoty się jej tłumaczyć, a jedynie szybko zakończyć tę rozmowę.

Doloja chciała coś powiedzieć, ale w końcu tylko westchnęła.

-Myszko, -Rzekła po chwili. –Jak sam powiedziałeś jesteś już prawie dorosły, a to czas byś się w końcu ustatkował, znalazł żonę i założył własną rodzinę. Jeśli będziesz dalej tak robił i żył samotnie, zostaniesz uznany za dziwaka. Mówię to z dobrego serca. –Zabawne, że nie poruszyła kwestii ewentualnego odejścia Ika. Zawsze starała się unikać tego tematu. –Ja cię proszę, synu.

-Dobrze mamo, przemyślę to. –Potaknął pokornie Iko.

-To się cieszę. –Uśmiechnęła się Doloja, po czym gestem zaprosiła Ika do kuchni. -A teraz marsz jeść kolację! Jest zimna, ale masz szczęście, że coś w ogóle zostało.

-Aż jestem zdziwiony. –Odparł Iko i zaśmiali się oboje.

Po tej rozmowie w sercu Ika nic się nie zmieniło, a zamiar przeżycia planowanej przygody tylko się umocnił. Dobrze rozumiał rodziców. Po prostu oczekiwali, że ich syn przestanie marnotrawić czas na łażeniu po lesie i łąkach, a zacznie być porządnym tiokiańskim gulelu. On jednak bardzo lubił swoje wędrówki po okolicy. Bez nich życie wydawało mu się nudne.

Kiedy się już położył do łóżka i słuchał przez chwilę pochrapywania członków swojej rodziny, podjął pewną decyzję. Nie mówiąc nikomu przeżyje swoją przygodę w starym zamku. Jeśli zaspokoi to jego żądzę przygód naprawdę postara się zadowolić rodziców. Jeśli nie, to cóż, przykro mu będzie rodziców i rodzeństwa, ale w poszukiwaniu szczęścia opuści Pegre.

Następnego dnia Iko obudził się wcześnie rano, chociaż zwykle wstawał dobrze po świcie wyczerpany wędrówkami. Nie próbował jednak ponownie zasnąć. Dzisiaj miał zebrać potrzebne rzeczy na wyprawę. Niestety nie mógł przeznaczyć całego dnia na te przygotowania. Było już późne lato. W całej wiosce trwały gorączkowe, ostatnie przygotowania przed jesienią i późniejszą zimą. Tak więc musiał pomagać przy gromadzeniu żywności. Na własne przygotowania mógł poświęcić tylko przerwy od pracy. Był więc ciągle w biegu, co było męczące. Jednak udało mu się potajemnie przygotować wszystko do zmierzchu. Gdy wieczorem wrócił do domu, od razu po kolacji, ku zdziwieniu rodziców, poszedł spać. Kiedy kładł się, pod jego łóżkiem leżała ukryta stara torba wypełniona suchym prowiantem na drogę, butelką z wodą, hubką i krzesiwem oraz kawałkiem liny, a obok niej jego krótki mieczyk, oczywiście drewniany. W lesie nie ma warunków do kucia metalowych przedmiotów, ale za to rosną wyjątkowo twarde drzewa, które mogą metal zastąpić. Iko miał nadzieję wstać przed wszystkimi pozostałymi domownikami.

Kiedy się obudził stwierdził, że spał ledwie kilka godzin, nadal jest ciemno, a pozostali smacznie chrapią. Uradowany tym, tak cicho jak tylko potrafił, opuścił swoje posłanie i zaczął się ubierać. Nieco znoszona, pożółkła koszula, trochę podarte portki oraz stara czapka wydały mu się bardzo odpowiednie na strój do przygody, zwłaszcza że nikt nie zwróci uwagi na ich ewentualne większe zniszczenie. Następnie wydobył spod łóżka torbę, po czym zarzucił ją sobie na ramię, a mieczyk przypiął do pasa. –Wyglądam jak prawdziwy poszukiwacz przygód. –Uśmiechnął się. Stojąc po środku sypialni spojrzał na śpiących. Poza rodzicami miał dwie siostry i brata, najmłodszego z rodzeństwa. –Mam nadzieję, że po dzisiejszym dniu moja żądza przygód zostanie zaspokojona. –Szepnął w myślach, po czym cichutko przemknął do drugiej izby i ostrożnie otworzył drzwi. Kiedy znalazł się na zewnątrz wyjątkowo mocny chłód dzisiejszej nocy, zwiastun nadchodzącej jesieni, sprawił, że zadygotał. Futro owszem chroni od zimna, ale czasem i zwierzoczłecy wolą się dodatkowo okryć ciepłym ubraniem. Iko jednak nie wrócił się po cieplejsze odzienie. Przestępując próg rozpoczął przygodę. Głupotą było się teraz cofać, skoro raczej nie zamarznie. Uśmiechnął się szeroko, a jego brązowe oczy błyszczały od determinacji. Teraz, gdy prawie wszyscy spali mógł się wymknąć niezauważony z wioski. Okazja, której nie mógł przegapić. Wprawdzie na noc zawsze były wystawiane warty, niekiedy leśne zwierzęta niebezpiecznie blisko podchodziły do Tiokii, ale wartownicy w życiu by się nie spodziewali, że ktokolwiek będzie opuszczał wioskę o tej porze. Tak więc, ucieczka nie sprawiała Ikowi żadnego kłopotu. Początkowo trochę się skradał by go nikt nie spostrzegł, ale gdy gęstwina zasłoniła leśną osadę, zaczął iść spokojnym krokiem. Pełen entuzjazmu co do wyprawy, kiedy oddalił się już trochę od wioski, zaczął sobie nucić. Aż podskoczył ze strachu, gdy ktoś obok niego ponuro szepnął.

-Dokąd idziesz, Iko?

-Co.. Ja? –Zszokowany rozglądał się dokoła. -Nigdzie, ja… ja poszedłem tylko na nocny spacer… –Zaczął się nawet głupio tłumaczyć, sądząc, że to ktoś z wartowników.

-Naprawdę? Wątpię. –Głos powiedział głośniej, tak, że teraz Iko bez trudu rozpoznał, że należy on do dziewczyny. –Trzeba było dyskretniej się przygotowywać.

-Nimei, to ty? Chyba na mnie nie naskarżyłaś? –Odparł młodzieniec już spokojny, znał ten glos.

Na jego pytanie zza drzewa wyjrzała, ubrana w proste spodnie i kurtkę, młoda gulelu o śnieżno-białej sierści i niebieskich oczach. Zaiste było to najbliższa przyjaciółka Ika, Nimei.

-Iko, -Westchnęła. –Miej, że trochę wiary w przyjaźń. Oczywiście, że tego nie zrobiłam. Jednakże zachowywałeś się wczoraj tak dziwnie i zbierałeś takie rzeczy, że odgadłam iż spróbujesz zrobić coś takiego. I co, zdecydowałeś wreszcie, że podróż jest twoim życiem? –Zapytała z ciekawością. –Mogłeś się chociaż pożegnać zawczasu.

Ikowi kamień spadł z serca na wieść, że jego mała przygoda jest niezagrożona.

-Oj, wybacz. –Odparł. –I nie, nie opuszczam wioski.

-Więc co robisz? –Zdziwiła się Nimei.

-Idę do zamku. –Pochwalił się i wyjaśnił swój plan.

Dziewczyna nie wyglądała na przekonaną.

-Więc mówisz, że jeśli ci taka przygoda wystarczy, to nie będziesz opuszczał wioski? –Zapytała.

-Owszem. –Potwierdził.

-To fajnie, ale z drugiej strony rodzi pewne problemy. W końcu wrócisz potem do wioski. Zastanawiałeś się w ogóle co powiedzą starsi, jeśli się dowiedzą? Teoretycznie wejście do zamku nie jest zakazane, ale wątpię, by puścili to mimo uszu.

-Nimei, ja muszę tam pójść, od tego może zależeć całe moje przyszłe życie. Nie dbam o to co powiedzą starsi, czy moi rodzice, o ile się dowiedzą, że w ogóle tam byłem.

-Jak się nie dowiedzą? –Popukała się w czoło NImei. -Zanim dojdziesz na miejsce będzie może nawet i południe. A ile czasu spędzisz w środku? Nim wrócimy będzie bardzo późno, a starszy Tenmo wyśle za nami grupę poszukiwawczą sądząc, że stało się coś złego. Jak gulelu opuszcza dom na stałe to się z tym nie kryje.

-Mów co chcesz, Śnieżynko, ale nie zmienisz mojego postanowienia. –Postawił się Iko.

Na dźwięk tych słów Nimei spuściła głowę i zacisnęła pięści. Wyglądało na to, że zwalcza w sobie ochotę do rzucenia się na Ika z pazurami. Użycie jej znienawidzonego przezwiska tym bardziej ją wzburzyło.

-Iko, ty głupku! –Syknęła, ale nie zrobiła nic innego.

Iko wzruszył ramionami i chciał ją ominąć, ale zatrzymała go.

-Idę z tobą! –Rzekła, podnosząc głowę i wbijając w niego wzrok.

-Co takiego? –Zdziwił się.

-Idę z tobą i nawet nie próbuj mnie spławić, bo nie tylko doniosę o wszystkim starszym, ale sama cię do nich zaciągnę! –Warknęła groźnym tonem.

Kiedy tak postawiła sprawę, nie było innej możliwości, Iko musiał się zgodzić.

-No dobrze. Tylko czy jesteś gotowa… -Iko chciał spróbować ostatniej szansy i wskazując na brak odpowiedniego ekwipunku, odesłać Nimei. Ona jednak zza pnia drzewa, za którego przed chwilą wyszła, wyciągnęła całkiem sporą torbę i wycięty z gałęzi dębu, ozdobiony runami kostur. Nimei była uczennicą wioskowego szamana, pod którego pieczą była wiedza z zakresu uzdrawiania i sztuk magicznych. Dziewczyna była bardzo dumna z faktu, że może uczyć się oraz korzystać z mocy, chociaż, nie była to zbyt zaawansowana magia.

Bez dalszych słów Iko i Nimei ruszyli w dalszą drogę. Do skraju lasu nie było już daleko, ale pokonywali tę odległość zwyczajnym tempem. Iko nie chciał niczego obudzić biegiem, chociaż Nimei słusznie twierdziła, że przecież gulelu to lekkie stworzenia i potrafią poruszać się bardzo cicho. W każdym razie cała okolica była uśpiona, tylko czasem, gdzieś w oddali, pohukiwała polująca sowa. Wprawdzie wielkie, brodate od mchów drzewa mogą wydawać się w nocy upiorne, ale oni dobrze znali las. Kilka minut później drzewa dookoła stawały się coraz mniejsze i mniejsze, a kolumnada pni rzedła dookoła trasy ich marszu. Wkrótce stanęli wśród ostatniej linii drzew, a przed nimi skąpana w mroku rozciągały się skromne tiokiańskie uprawy, za nimi zaś ogromna trawiasta nizina. Granatowe, iskrzące od gwiazd niebo dopiero zaczynało jaśnieć. Celu podróży zasłoniętego przez pagórki, nie było widać.

-Wiesz w którą stronę iść? –Zapytała Nimei, obserwując nizinę. Towarszysz potaknął. –A naprawdę tego chcesz? Ciągle jeszcze możemy zawrócić i nikt nie zauważy, że w ogóle gdzieś wyszliśmy.

-Jak chcesz to zawracaj, ja idę dalej. –Iko bez wahania opuścił ostatnią linię drzew, a przyjaciółka podążyła jego śladem.

Teraz czekała ich podróż po równinie, bez stropu liści i igieł nad głowami, gdzie wzroku nie ograniczają pnie drzew, chociaż gdzieniegdzie trawa była tak wysoka, że ledwie im głowy ponad nią wystawały. Dla Ika nie był to obcy teren. Szedł raźnie naprzód, wrócił mu dobry humor i znowu sobie nucił. Nimei czuła się jednak trochę nieswojo i szła dość powoli, starając się nie robić hałasu, chociaż jej przyjaciel nie robił go wiele więcej od niej. Tak jak las, także to miejsce było uśpione i nie było widać żadnego zwierzęcia ani ptaka i tylko trawa szumiała na lekkim wietrze. Na wschodzie niebo już zbladło.

Był świt, kiedy dotarli na pagórek, z którego Iko przedwczoraj zobaczył po raz pierwszy zamek. Dzisiaj już nie przypominał potwora, ale nawet z oddali imponował dwójce gulelu. Była to wszakże budowla widoczna z wielkiej odległości, która przetrwała wiele lat, chociaż kompletnie opuszczona. Nawet Nimei zrobiła się ciekawa. Na tym właśnie wzniesieniu postanowili odpocząć i zjeść śniadanie przed dalszą drogą. Postój upłynął im na debatowaniu ile prawdy jest w opowieściach o zamku. Kiedy ruszali dalej słońce zaczynało już mocniej przygrzewać, co wraz z czystym niebem zwiastowało upał tego dnia. Droga była ciężka, bo pozbawiona wygodnych ścieżek, a trawa rosła jeszcze wyższa.

Pod wzgórzem zamkowym stanęli dopiero około południa, mocno zziajani przedzieraniem się przez trawę i panującym upałem. Teraz, gdy kamienne mury wznosiły się wysoko nad nimi, a do tego pomyśleli, że stworzyły to żywe istoty, poczuli ten właśnie niepokój, który sprawiał, że gulelu z Pegre woleli nie kusić losu i trzymali się z dala od tego miejsca. Kłębiło się tyle pytań: Co też czeka po drugiej stronie? Czy nie mieszkają tam duchy owych dawno już martwych budowniczych? Czy nie obrażą ich naruszając wiekową ciszę? Iko chciał zrobić krok i znaleźć się pod łukiem bramowym, ale Nimei go wstrzymała.

-Iko, nadal uważasz, że to dobry pomysł? W tych kamieniach jest coś dziwnego. Może jednak nie powinniśmy tam wchodzić? –Dziewczyna, chociaż przy śniadaniu całkiem już popierała wyprawę, teraz mówiła całkiem odmienionym głosem.

-Za późno już na odwrót. –Odparł stanowczo Iko. -Teraz możemy iść tylko naprzód. –Wydawał się nieporuszony, ale czuł w głębi siebie pewien opór na myśl o przejściu przez bramę, ale jego determinacja miała większą siłę. –Ale za nim wejdziemy, możemy chwilę odpocząć w cieniu. –Zaproponował. –Ten upał doprowadza mnie do szału. I pomyśleć, że w nocy było tak chłodno.

-Dobrze. –Zgodziła się Nimei niemrawym głosem. Nie bardzo miała ochotę odpoczywać obok tego budynku, ale Iko miał rację. Za późno na odwrót, zresztą sama nalegała, by towarzyszyć przyjacielowi.

Usiedli na trawie w cieniu tuż u podnóża wzgórza, nic do siebie nie mówiąc. Podczas trwającego kilkadziesiąt minut odpoczynku nie zdarzyło się nic co by mogło wskazywać iż zamek jest nawiedzony, a nerwy ich uspokoiły się. Atmosfera emanująca z murów wywołana pierwszym wrażeniem prysła.

-Zaczyna mnie zastanawiać czemu nikt nigdy tu nie zajrzał. –Nimei przerwała panującą ciszę i była w znacznie lepszym humorze niż przed odpoczynkiem.  –Nie wydaje się żeby czaiło się tu coś złego i groźnego.

-Rzekłbym, poczekaj aż zajrzymy do środka, ale szczerze powiedziawszy wątpię, by coś tam grasowało. Inaczej pola nie byłyby tak spokojne zarówno w dzień jak i w nocy. –Odpowiedział Iko, wstając i zarzucając własną torbę na plecy. –Chodźmy wreszcie! –Ponaglił ją, ruszając w stronę wejścia.

Nimei poszła w jego ślady i razem przeszli przez bramę zamku. Z ekscytacji aż wstrzymali oddech, przecież mieli odkryć tajemnicę, której nie ośmielili się tknąć inni gulelu. Znaleźli się na płaskim, częściowo zarośniętym bujną trawą i krzewami dziedzińcu ograniczonym z trzech stron murami, a z czwartej kasztelem. Wszędzie leżały jakieś śmieci: spróchniałe drewno i zardzewiałe kawałki metalu, które być może były kiedyś pancerzami oraz mieczami. Wszystko było pogrążone w ciszy i bezruchu. Jeśli w zakamarkach serc dwóch gulelu czaił się jeszcze cień obawy przed atakiem upiorów, teraz całkowicie zniknął.

-To tyle? –Nimei rozglądała się wielce zaskoczona oraz rozczarowana. -Po opowieściach spodziewałam się czegoś innego… czegoś… znaczy się, myślałam, że tu będą potępione duchy, jakieś żelazne potwory, czy inne straszydła. A to tylko dom, tylko że bardzo duży, no i zbudowany z kamienia. –W jej głosie można było wyczuć nutę zawodu, iż jednak nic takiego się nie stało.

-Czy twój nauczyciel nie mówił ci, że te same opowieści, jeśli się ich nie zapisze tylko przekazuje opowiadając to z upływem czasu robią się co raz bardziej fantastyczne? –Odparł Iko, bynajmniej nie rozczarowany. –A zresztą i tak widzę tu mnóstwo ciekawych rzeczy, chodź przeszukajmy ten plac.

Oczywiście dla gulelu rupiecie leżące na dziedzińcu były czymś bardzo interesującym. Od zniknięcia innych ludów z okolicy, metalowe przedmioty były rzadko w posiadaniu istot z lasu, więc nawet połamany, rdzewiejący hełm przyciągał oczy tej dwójki. Wielu rzeczom potrafili przyporządkować właściwe zastosowania, ale na przykład nie mogli wymyślić do czego może służyć, znaleziona w szczątkach stajni, podkowa. Co ciekawsze znaleziska układali w stosik niedaleko bramy, planowali później wybrać z tego coś co zabiorą do domu jako dowód zbadania tajemnicy. Przyjaciołom w końcu znudziło się przeszukiwanie dziedzińca, więc postanowili wejść do kasztelu. Gdy stanęli pod budowlą powrócił na chwilę niepokój, ale już bardzo słaby. Może to dlatego, że wnętrze zamku, mimo dnia, wydawało się dość ciemne, ale byli już pewni, że nic nawiedza tego miejsca. Drzwi do środka zostały dawno temu wyłamane, więc myszoczłecy bez przeszkód weszli do przedsionka, a potem do długiej sali zajmowanej przez resztki stołów i krzeseł. Tylko spróchniały tron ostał się na podwyższeniu, na drugim końcu pomieszczenia.

-Ciekawe co tu robili? –Zastanawiał się Iko zmierzając w stronę tronu, które dla niego było po prostu krzesłem.

-Myślę, że jedli tu. To kiedyś musiały być stoły i krzesła. –Zauważyła Nimei, wskazując na drewniane resztki. -Co tam znalazłeś? –Zapytała przyjaciela widząc, że z podłogo podnosi jakiś błyszczący przedmiot.

-Wygląda na widelec, ale jest z czegoś żółtawego, odbijającego światło. –Odpowiedział, pokazując towarzyszce znalezisko.

-To pewnie jakiś rodzaj metalu. –Rzekła tonem badacza po chwili oględzin. -Ciekawe, że czas nie ruszył go tak jak inne metalowe rzeczy. Popatrz, a tam leży nóż tylko, że bardziej siwy, ale także błyszczący.

Dwójkę gulelu zainteresowała bardzo porzucona tu złota i srebrna zastawa stołowa. Metali szlachetnych dotąd na oczy nie widzieli. Nawet nie domyślili się, jakie to dla innych ludów cenne rzeczy.

-Co teraz? –Spytała Nimei, gdy już spakowali wszystkie znalezione sztućce do swoich toreb.

-Jak to co? –Rzekł Iko, jak gdyby było oczywiste. –Rozglądamy się dalej.

Ciąg dalszy nastąpi…

By Galliusz

Następny rozdział

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s