Tajemnica równiny – Wersja 1

Wygląda na to, ze blog funkcjonuje od miesiąca i mam już kilka komentarzy. Komentującym dziękuję.

Tajemnica równiny

Trawa, wszędzie trawa. Gdzie okiem nie sięgnąć tam ziemię okrywał kożuch zielonej trawy. Tylko gdzieniegdzie widnieje samotny głaz, bądź drzewo. Od czasu do czasu można zobaczyć zwierzęta zamieszkujące okolicę, pojedynczego osobnika lub całe stado. Przez tą skąpaną w promieniach nieubłaganego słońca równinę wędruje samotna postać. Jest to chłopiec o niebieskich oczach i białej niczym mleko czuprynie. Jego obute w sandały stopy zostawiają widoczne ślady w morzu zielonej trawy. Łagodny wiatr powiewa jego szatami, rozwiewa włos, dźwięczy dzwoneczkiem przypiętym do lewego ucha niczym kolczyk. W okrytym rękawicą, prawym ręku młodzieńca spoczywa prosty i długi kawałek drewna zwieńczony przeźroczystym kryształem. Wędrowiec podpiera się nim jak laską.

Już od wielu dni, które z czasem przemieniły się w tygodnie, a następnie  miesiące, wędruje przez góry, lasy, doliny i przez tą z pozoru bezkresną równinę. Mimo to na twarzy chłopca nie widać zmęczenia, ani znużenia. Wyraz tej twarzy wyraża raczej determinację, rozświetla ją lekki uśmiech i pogodny wzrok niebieskich oczu. Żadne zwierzę nie boi się tego chłopca, żaden też drapieżnik nie próbuje go zaatakować. Wędrowiec maszeruje bez przerwy przed siebie, mając słońce po prawej stronie.

Młodzieniec długo dążył do celu, który był już jednak bardzo blisko. Przed nim wyłoniło się nagle samotne wzgórze. Wznosiło się ono wysoko ponad równinę, rozległe, płaskie jak stół, o szycie porośniętym trawą i łagodnych zboczach. Zupełnie jakby usypano je ludzką. Wspiął się na szczyt. Gdy tylko stanął na górze, zauważył przed sobą samotny obelisk. Dawno temu ukształtowany kamień, został doświadczony przez lata upałów, wiatrów i deszczy. Ciągle jednak skruszałą powierzchnię pokrywały magiczne znaki z dawno zapomnianego pisma. Wędrowiec podszedł i lewą, gołą dłonią dotkną środka największego symbolu na obelisku, a był to okrąg. Przebiegały przez niego trzy linie, które w punktach, gdzie się przecinały, tworzyły trójkąt. Gdy tylko dłoń spoczęła wewnątrz tego trójkąta, ten, a po chwili także wszystkie inne znaki, zaczął jarzyć się niebieskim światłem. Z obelisku buchnęła fala mocy poruszając trawą, wzburzając drobny pył zalegający między roślinami. Chłopiec podniósł głowę i spojrzał na pustą przestrzeń wzniesienia, rozciągającą się za obeliskiem. Teraz coś się zmieniło. Można było dostrzec niewyraźny kontur czegoś wielkiego. Z każdą minioną chwilą kontur nabierał kształtów, zaczynał przybierać barwy. Wkrótce przed wędrowcem stała wielka, kamienna budowla, błyszcząca złotem od promieni słońca – Monument dawno zapomnianych czasów. Młodzieniec minął obelisk i wszedł na szerokie stopnie prowadzące na taras. Nad nim wznosił się wysoki łuk drzwi, prowadzących do wnętrza budynku. Chłopiec zatrzymał się nim przekroczył próg. Ostatni raz obejrzał się za siebie w stronę, z której przybył, tam, gdzie teraz zachodziło czerwieniące się słońce. Przez umysł tajemniczego wędrowca przepłynęły wszystkie wspomnienia związane z jego wędrówką. Od jej początku w dalekiej, małej wiosce po tą chwilę, gdy oto stoi przed osnutym cieniem wejściem do tego mistycznego miejsca, u celu. Uśmiechnął się, po czym stuknął laską o posadzkę, a wtedy kryształ na jej zwieńczeniu rozbłysną jasnym, białym światłem. Wówczas młodzieniec przestąpił próg i zagłębił się w ciemny korytarz. Był to długi, prosty hol, który nie miał żadnych odnóg, żadne też drzwi nie pojawiły się w ścianach. Kiedy po długim marszu wędrowiec dotarł do końca tego korytarza, znalazł się w okrągłej, zwieńczonej kopułą sali. Odbiegało z niej trzynaście korytarzy, łącznie z tym, który sprowadził tu młodzieńca. Chłopiec zbliżył się do centrum komnaty, gdzie podłogę zdobił kolisty ornament.

-Oto nadszedł czas wyboru… -Rozległ się znikąd wysoki głos. –Trzynaście  istnieje dróg. Jedna wiedzie z powrotem, jedna do celu. Inne są ślepe, a może nie? A może istnieje więcej niż jedna droga? Oto nadszedł czas wyboru.

Chłopiec nie przejął się tym głosem, stał nieruchomo. Nie poruszył się także, gdy tuż przed nim zmaterializowała się lewitująca postać. Osoba ta nosiła buty z cholewami, bure spodnie i zielony kubrak, na głowie zaś spoczywał wysoki kapelusz. Jednak to nie był człowiek. Istota ta miała ludzką posturę, ale także szary koci ogon i kocią głowę, z której spoglądało dwoje wielkich, szmaragdowych kocich oczu. Jednak nie była to również istota śmiertelna.

-Maho… -Rzekł niewzruszony chłopiec. –Jednak jesteś przy mnie.

-Oczywiście. –Odparł „kot”, nieco urażony brakiem wdzięczności. –Wyznaczono mnie na twego przewodnika. Gdybym cię porzucił, to nie wypełniłbym mego zadania i złamałbym dane przez siebie słowo. Maho, opiekun wędrowców, nigdy nie łamie obietnic.

-Dziękuję ci. –Kontynuował chłopiec z lekkim rozbawieniem. –I nie obrażaj się. Chociaż trudnym przewodnikiem byłeś, bez ciebie bym tu nie dotarł. Nie uczyniłbym tego do czego mnie wybrano.

-Nie ma za co chłopcze. –Odpowiedziała istota. –A teraz, do którego korytarza wejdziesz? Wybierz rozsądnie i pamiętaj, że nie mogę ci w tym pomóc.

Młodzieniec uśmiechnął się do kota, po czym złapał oburącz swoją laskę. Wzniósł ją wysoko i uderzył jej końcem w sam środek kolistego ornamentu. Ze świecącego klejnotu buchnęło dwanaście promieni światła różnej intensywności, każdy z nich był skierowany w stronę wejścia do któregoś z korytarzy, oprócz  jednego, leżącego naprzeciw od największego z promieni. Chłopiec podniósł laskę i skierował się do tych drzwi, na które nie padło światło.

-A więc wybierasz miejsce, do którego nie dotarło światło? –Zapytał Maho,  leżący w powietrzu jak na niewidzialnym łożu.

-Tak. –Odpowiedział chłopiec. –Kryształ dąży do rozpraszania mroku. Miejsce, którego nie oświetlił jest, więc najmniej ciemne, mimo że oczy mówią co innego.

-A więc dokonałeś wyboru. -Rzekł kot po czym zniknął. Jego głos jeszcze odbił się echem po komnacie. –Jeśli okaże się słuszny, spotkamy się ponownie u celu. Pamiętaj, że nawet jeśli był to prawidłowy wybór, droga wcale nie musi być bezpieczna.

Podobnie jak tamten pierwszy także i ten korytarz był długi oraz monotonny. Jednak determinacja chłopca była tak wielka, że parł naprzód prawie biegnąc. Omal nie przyniosłoby mu to zguby, gdy podłoga rozwarła się, ukazując ciemną otchłań. Chłopiec w ostatniej chwili złapał się krawędzi i wdrapał z powrotem na górę. Był nieco przestraszony zajściem i oddychał ciężko. Chwilę mu zajęło otrząśnięcie się z tego stanu. Dalej poruszał się już ostrożniej i dobrze zrobił. Nie była to jedyna pułapka. Na jego drodze czekały kolce ukryte w podłodze, kolejna zapadania, strzały wystrzeliwywane z otworów w ścianach, albo opadający sufit. Jednak wystarczyła zwykła ostrożność oraz odrobina zręczności, by szczęśliwie ominąć wszystkie przeszkody. Wędrowiec w końcu stanął pod drzwiami wieńczącymi korytarz. Pełen nadziei przeszedł przez nie i srogo się rozczarował. Kwadratowa sala była pusta. Dokładnie obejrzał ściany, ale nic na nich nie znalazł, podłoga także była absolutnie jednorodna. Chłopiec pomyślał, że jego interpretacja była błędna przez co trafił do ślepego korytarza. Chciał powrócić do wielkiej sali, ale gdy się obrócił, ujrzał opartą o wejście do sali postać Maho.

-Dokonałeś właściwego wyboru. –Rzekł z uśmiechem kot. –Dlatego się pojawiłem. Zadziwiające! –Podniósł nagle głos. -Z tego co mi wiadomo, jesteś pierwszym, który dokonał tego za pierwszym razem. Gratuluję ci Ericie, chłopcze ze wsi Mętna Woda.

-Hej, czy ty mnie nie nazwałeś właśnie po imieniu? –Odparł żywo chłopiec.

-Tak właśnie. Zasłużyłeś na to. –Powiedział uroczyście kot.

-Ale tu nic nie ma! To pusty korytarz! –Użalał się Erit.

-Ależ jest i tutaj wkracza opiekun. Widzisz zdarzało się, że nieupoważnione osoby dostawały się do tej świątyni. Nigdy nie chciano zablokować właściwej ścieżki niemożliwymi do ominięcia pułapkami, więc wybrano inny sposób. By odkryć ostatnie drzwi osobie wybranej do rozładowania Węzła towarzyszy opiekun. Teraz patrz! –Mówiąc to Maho minąwszy chłopca stanął przed ścianą naprzeciw wejścia. Kot podniósł dłonie i wyprostował palce.

Niechaj znikną łańcuchy, rygle opadną, klucz przekręci się w zamku.

 Niechaj w imię Światła wrota strzegące Splotu staną otworem.

 Oto wybraniec przeszedł próby, on rozsupła Węzeł Mocy.

Ja, jego opiekun żądam byście stanęły otworem. Otwórzcie się!

Złote Wrota!

Gdy słowa te przeminęły, cała sala zaczęła się trząść. Ściana zaczęła opadać, kryć się pod ziemię. Gdy znikła całkowicie ich oczom ukazały się wspaniałe  dwuskrzydłowe drzwi błyszczące od złota. Były jednak zaryglowane i owinięte srebrnym łańcuchem. Łańcuchy nagle z łoskotem spadły na ziemię. Rygle rozsunęły się. Wtedy Maho nakreślił palcem jakiś symbol na powierzchni drzwi, co wywołało strzyknięcie w zamku wrót i zaczęły się one z głośnym skrzypieniem otwierać. Gdy z hukiem skrzydła drzwi się zatrzymały, Erit zbliżył się do otwartego przejścia i zajrzał przez próg. Zobaczył wijące się niczym wąż schody prowadzące w dół.

-Ericie, idź już! –Ponaglił go kot. -Na dole znajduje się jeden z Węzłów Mocy, dla dobra całego świata musisz rozproszyć zgromadzoną w nim energię!

-Co się wtedy ze mną wtedy stanie? Czy jeszcze cię zobaczę Maho? Czy powrócę do domu? –Zapytał niepewnie młodzieniec.

-Nie wiem chłopcze, ale mam nadzieję, że to nie nasze ostatnie spotkanie. Idź już, ale uważaj na Cień! Teraz, gdy Złote Wrota są otwarte może podążyć za tobą, a On lubi wypaczać dobre serca w najmniej odpowiednim momencie! Powodzenia. –Odparł kot i coś podobnego do wyrazu smutku odbiło się na jego pyszczku.

Jego słowa wystarczyły, by rozproszyć widmo zwątpienia. Chłopiec przytaknął głową i zaczął zbiegać po schodach, zostawiając Maho samemu na górze. Kot, chociaż chciał, nie mógł przejść przez wrota.

Stopnie były liczne oraz strome, a wędrówka nimi trudna i męcząca, ale Erit podołał im. Zszedłszy z ostatniego stopnia młodzieniec ujrzał kolejne złote drzwi, ale ustąpiły one, gdy tylko dotknął ich dłońmi. Za wrotami rozpościerała się olbrzymia, naturalna jaskinia. Co zaskakujące rosły tam drzewa, trawy i kwiaty, a wśród nich przechadzały się przedziwne zwierzęta. Żadnego podobnego do tych stworzeń Erit dotąd nie widział. Życie, jak się wydawało, mogło tu kwitnąć tylko dzięki wielkiej, kuli błękitnego światła, unoszącej się nad wysokim, kamiennym postumentem w sercu jaskini. Sfera powstała dzięki krzyżującym się tu strumieniom energii, które oplatają cały świat. W owych „Węzłach” lub „Splotach” energia się gromadzi i z czasem osiąga taką kumulację, iż powstaje zator zagrażający Równowadze. Z tego powodu moc, która emanowała od postumentu była przytłaczająca i odczuwalna nawet na skraju jaskini. Wszystkie stworzenia, które żyły dzięki temu Splotowi, marniały od tego ciężaru. Wędrowiec szedł przez ten umierający podziemny świat, ale ten ostatni odcinek wydawał się dłuższy i trudniejszy niż cała jego dotychczasowa podróż. W końcu dotarł jednak do stóp postumentu. Czuł się okropnie zmęczony, a moc ciągnęła do ziemi. Wiedział jednak, że jeśli się położy już nie będzie mógł powstać. Na szczyt niestety nie prowadziła żadna ścieżka, ani schody. Chłopiec nie widząc innego wyjścia, odczepił kryształ z laski, po czym porzucił kij, kamień zaś schował do sakwy, którą miał przy pasie. Wtedy zaczął się wspinać po brunatniejących pnączach roślin oplatających piedestał. Erit musiał sięgać do najgłębszych rezerw sił, by podołać temu wyzwaniu.  Wielokrotnie się podczas wspinaczki zsuwał, przez co musiał pewne odcinki powtarzać. Ostatecznie, choć niemal całkowicie wyczerpany, stanął na szczycie. Moc Węzła była tu tak silna, że niemal przygniatała Erita do ziemi. Była przerażająca, a jednocześnie taka niesamowita! Do czego można by ją wykorzystać! Młodzieniec się zawahał i wtedy tuż za nim jakby z czystej ciemności uformował się podobny do ludzkiego kształt. Cień słodkim głosikiem zaczął szeptać chłopcu do ucha.

-Tak! Poczuj to! To jest moc, która może zmieniać oblicze świata. Wyobraź sobie do czego mógłbyś ją wykorzystać! Cały świat i wszystkie istoty żyjące na nim uginałby się przed tobą w pas. Mógłbyś kształtować wszystko co cię otacza wedle swojej woli. –Kusił Erita. -Weź ją! Zabierz tą moc! Zabierz tą, a potem odwiedź pozostałe Węzły, staniesz się wtedy równy bogom!

Erit zaczynał ulegać sugestiom tej istoty. Wyciągnął dłoń w stronę oddalonej kuli światła i chciał postąpić kroku. W jego głowie zaistniał zamiar zabrania budującej jej mocy dla siebie. Wtedy uczuł inny ciężar, dużo większy nawet niż ten, którym przygniatała go moc zgromadzona w Węźle. Ciążyło mu coś znajdującego się w jego sakwie. Chłopiec sięgnął po to i wyjął przeźroczysty kryształ, który błyskał teraz białym, nikłym światłem. W umyśle zawdzięczał mu inny głos, który na moment zagłuszył Cień.

-Synu Człowieczy, opamiętaj się! Siła i moc nie dadzą ci szczęścia, zniszczą cię ku radości fałszywych bogów, piewców chaosu!

-Ja umrę? –Zapytał pozbawionym emocji głosem Erit.

-Nie słuchaj go! –Zawołał cień. -Weź tę moc! To On i jego sojusznicy są fałszywymi bogami! –I uderzył ze zdwojoną siłą. –Nie widzisz, że próbują ukraść ci sprzed nosa potęgę, która może należeć do ciebie! Boją się, że mógłbyś zagrozić ich pozycji! Ty, śmiertelny człowiek! Dalej weź ją teraz! Jest na wyciągnięcie ręki!

-Na wszystko co święte! –Zawołał głos z klejnotu. –Zaklinam się chłopcze, opamiętaj się! Pomyśl o swojej rodzinie, przyjaciołach, o swoim opiekunie Maho! –Usiłował się on przebić przez mroczne macki, które owijały się wokół umysłu młodzieńca.

-Maho? Tak, to mój opiekun i przyjaciel… –Powiedział monotonnie chłopiec.

-Maho?! Maho to obłudnik i zdrajca! Dziki duch pozbawiony celu, mamiący dla własnej zabawy podróżnych! On także chce cię wykorzystać! Pragnie tej mocy dla siebie, ale nie może tu wejść! Musisz go zniszczyć, bo gdy odwrócisz się plecami, Maho spróbuje odebrać ci twoją nową potęgę! Taki był jego cel od początku, nigdy nie był twoim przyjacielem! –Dalej mamił Cień.

Jednak popełnił wtedy błąd.

-Kłamiesz. –Szepnął Erit płacząc.

-Słucham? –Zapytała zdziwiona istota.

-Kłamiesz! –Powtórzył mocniej młodzieniec, budząc się z otępienia. –Maho nigdy by czegoś takiego nie zrobił! Nawet by o tym nie pomyślał! To ty chciałeś mnie wykorzystać! Od początku ci o to chodziło Cieniu! Zapłacisz teraz za swoje niegodziwości!

Erit zacisną palce na krysztale i wycelował go w Cień.

-Zaczekaj! –Zawołał, chcąc odkręcić swoje słowa. -Nie wiesz co czynisz! Ta moc… -Nie dokończył.

Z kryształu wystrzelił promień światła, który rozproszył mroczną istotę. Chłopiec zatoczył się i upadł na ziemię dysząc, jednakże uwolnił się od uroku. Gdy przestało mu się kręcić w głowie, zaczął się podnosić. Było to trudne, jednak podążanie w stronę kuli światła miało być jeszcze trudniejsze. Ciężar i oślepiający blask rosły z każdym postawionym krokiem, ale chociaż każde ponowne oderwanie od ziemi stopy było nową walką, w końcu znalazł się przed samą kulą. Wtedy Erit zebrawszy resztki sił, wskoczył do jej wnętrzu. Poczuł się jakby znalazł się daleko poza swoim światem, w krainie, w której istniała tylko energia i oślepiające światło.

-Dziękuję. –Usłyszał głos z klejnotu.

Młodzieniec uśmiechnął się i skupił całą swą wolę by zmusić otaczającą moc do rozproszenia się. Długo się siłował z tą potęgą, ale w końcu udało się i struktura energii zaczęła się rozpadać. Światło poczęło blednąć, zaś ciężar ustępować. W końcu zniknął cały nadmiar mocy i Węzeł znów stał się drożny, jednak był to za duży wysiłek jak na jednego młodego chłopca. Opadłszy z sił Erit padł na kolana, a potem uderzył o podłoże. Resztki życia powoli ulatywały z ciała aż w końcu martwą skorupę opuściła dusza, by udać się w ostatnią podróż. …

W dalekiej, skromnej wiosce, od okolicznych bagien zwanej Mętną Wodą, w jednej z chatek, pewien chłopiec zbudził się ze snu, cały spocony.

-A więc to był tylko sen? –Rzekł zbity z tropu, drapiąc się po czarnej czuprynie, niemal dziwiąc kolorowi włosów.

Młodzieniec próbował znów zasnąć, jednak nie mógł. Ciągle się wiercił i był niespokojny, a jego myśli wędrowały po sennych obrazach. W końcu wstał, ubrał kurtkę, po czym wyszedł na dwór w jesienny chłód. Spacerował trochę po uśpionej osadzie pełnej kopulastych konstrukcji z gałęzi i gliny. Ostatecznie wyszedł na jej skraj i spojrzał na lśniący księżyc.

-Też lubisz nocne spacery? –Zapytał ktoś.

Chłopiec obrócił się. W niewielkim oddaleniu zobaczył mężczyznę w stroju wędrowca i w wysokim kapeluszu na głowie. Człowiek ten stanął obok.

-Nie, po prostu nie mogę spać. –Odparł Erit.

-Doprawdy? –Nie dowierzał tamten. –A cóż ci się śniło?

-To długa historia. Chce się panu słuchać jakiegoś obcego dzieciaka? –Zapytał go młodzieniec, pewien że mężczyzna robi sobie żarty.

-Ależ chcę. –Wędrowiec udzielił zaskakującej odpowiedzi. –I nie zamierzam odejść póki nie usłyszę całości. –Dodał siadając na ściętym pniu. –Lubię długie historie.

Chłopak usiadł i zaczął swą opowieść, choć niechętnie, ale nim się obejrzał, a opowiedział cały swój sen. Trwało to tak długo, że poczęło świtać.

-No i taki to był sen. Dziwny prawda? -Rzekł Erit na koniec swej historii, nie powstrzymując się przed potężnym ziewnięciem.

-Wcale nie taki dziwny. Dobrze się spisałeś chłopcze. –Odparł tajemniczo mężczyzna.

Chłopak dziwnie na niego spojrzał.

-Naprawdę. –Kontynuował podróżnik. -Oparłeś się takiej silnej pokusie i wypełniłeś otrzymane zadanie. Jestem z ciebie dumny Ericie.

-O czym pan mówi? Skąd pan zna moje imię? –Zapytał zaskoczony chłopiec, wstając z ziemi.

Po chwili do niego coś dotarło, ale tak go ta myśl zadziwiła, że przez chwilę nie mógł nic powiedzieć.

-Ty… Ty jesteś Maho, duch opiekujący się wędrowcami? –Wydusił w końcu z siebie –Ale to był sen! Prawda?

-Tak chłopcze to ja, przecież mówiłem, że się jeszcze spotkamy. Oj, przepraszam, miałem ci już mówić po imieniu. A wiec Ericie, zapewniam cię, że to nie był sen. –Odparł wędrowiec i na moment jego twarz zmieniła się w szary koci pyszczek.

-Ale co się w takim razie stało ze mną po tym wszystkim? –Zawołał młodzieniec.

-Gdy rozproszyłeś moc Węzła, cóż, umarłeś. Ktoś z góry jednak uznał, że nie zasługujesz, by umrzeć i postanowił przenieść cię do rodzimego świata do momentu, w którym zaczęła się twoja podróż.

-Do snu. –Stwierdził Erit.

-Tak. –Przytaknął Maho.

-A co się stało z tymi wszystkimi przyjaciółmi, których spotkałem w trakcie podróży? –Wspomnienie to wywołało teraz wielką tęsknotę.

-Rozchmurz się! –Zawołał wesoło opiekun. –Oni również żyją, pamiętają wasze dzieje i czekają na kolejne spotkanie, na kolejną przygodę.

-Co takiego?! –Chłopcu, wydało się iż opacznie zrozumiał słowa kociego ducha.

-Spokojnie, spokojnie. –Odpowiedział Maho. -Nie czas jeszcze na tą podróż. Kiedy znów się pojawię, wtedy. A tym czasem, do zobaczenia Ericie. –Z tymi słowami postać Maho rozwiała się razem z poranną mgłą.

Erit nie mogąc zebrać myśli wrócił do wioski. Wiedział, że po tym co zaszło będzie musiał się ma powrót przyzwyczaić się do poprzedniego życia.

By Galliusz

Nowsza wersja

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s