Złota Potrzeba

Mija właśnie pierwszy tydzień istnienia mojego bloga i w związku z tą okazją zamieszczam swoje następne opowiadanie.

Złota potrzeba


Skwar sączący się bezlitośnie z niebios, gwar wypełniający uszy, kurz wysuszający gardło i spocony tłum przeciskający się wśród kolorowych straganów, których właściciele przekrzykują się nawzajem, wychwalając swój towar. Oto atrakcje, które nie ominą żadnego odwiedzającego bazar położonego w spalonych słońcem Krainach Południa miasta Jafir. W okresach wzmożonej wymiany handlowej przebywa tu ogrom różnych ras i ludów, więc wojownik ubrany na modłę krajów leżących bardziej na północ, z wizerunkiem kruka na tarczy wiszącej na plecach, nie przyciągał aż tak specjalnie wzroku. Nazywał się Edomund i znać po nim było przebytą drogę. Mimo to z uporem przeciskał się przez tą wielobarwną tłuszczę aż w końcu znalazł się przed wejściem leżącej przy bazarze oberży o raczej wątpliwej nazwie „Czar Pustyni”. Właśnie tego miejsca szukał. Bez chwili zastanowienia, by nie narazić się na  stratowanie, mężczyzna wszedł do środka. Lokal nie należał do tych najlepszych, ale był tani, a jednocześnie zapewniał w miarę godziwy napitek. W środku również było gwarno i tłoczno, a w powietrzu unosiły się dławiące opary zmieszanych ze sobą zapachu alkoholu, spoconych ciał i fajkowego dymu. Mężczyzna podszedł prosto do kontuaru, za którym stał ciemnoskóry oraz ciemnowłosy oberżysta, czemu raczej trudno się dziwić tak daleko na południu. Był to człowiek wysoki o dość mocno wystającym brzuchu, w turbanie na głowie, z gęstą brodą okalającą szeroką twarz.

-Coś podać? –Zapytał obojętnym tonem, kiedy tylko nowy klient podszedł do niego. Nawet nie przejął się tym, że ma przed sobą obcokrajowca, więc musiał ich często widywać. Zresztą wystarczyło się tylko rozejrzeć po oberży.

-Szukam informacji i może coś do picia, byleby nie była to woda z rynsztoku. –Odparł przybysz, stając naprzeciw niego. –Najlepiej podaj wino.

Oberżysta nalał więc do glinianego kubka zamówiony napitek i postawił przed wojownikiem.

-Należy się pięć miedziaków. –Rzekł, opierając łokciami o ladę. -A co do informacji, to jak będę coś wiedział, odpowiem. –Dodał specyficznym tonem, spoglądając na biorącego do ręki kubek Edomunda.

Wojownik znał dobrze ten sposób mówienia. Oznaczał: „Jakość informacji zależy od wagi kruszcu.” Nic odezwawszy się jednak, upił trunku. Kiedy przekonał się, że da się to wypić bez obrzydzenia, wziął porządny łuk.

-Szukam pewnego an’talah, który zjawił się w tym lokalu jakiś czas temu, –Powiedział w końcu, odstawiwszy naczynie. –posiada on podobną do tej broszę. –Wyciągnąwszy zza pazuchy misternie wykonaną, srebrną broszę w kształcie liścia egzotycznego drzewa, pokazał ją szynkarzowi.

-Co takiego? –Zdziwił się południowiec. –Co to niby jest an’talah? W każdym razie ładne świecidełko.

Edomund westchnął, przekonawszy się ostatecznie, że bez pomocy monet nie dowie się niczego interesującego. O ile mężczyzna w ogóle wie coś pożytecznego.

-An’talah to takie coś, wysokiego o jasnej skórze, smukłego, ze szpiczastymi uszami i ostrymi rysami twarzy. –Wyjaśnij, podejmując ostatecznie decyzję. –Innymi słowy, chodzi mi o elfa.

-A, elfa, czyli szpiczastouchego? –Pokiwał głową mężczyzna. -I szukasz takiego na pustyni?  -Zachichotał, podobnie jak najbliżsi gości oberży, ale natychmiast umilkł, kiedy ujrzał toczące się po blacie się, błyszczące srebrem monety.

Spojrzał jeszcze raz na Edomunda, a potem skrzętnie je pozbierał.

-Teraz sobie przypominam. -Odpowiedział udawanym tonem. -Kiedy wczoraj wnosiliśmy towar do oberży, tam, w tylnej uliczce zobaczyłem go. Nigdy wcześniej nie widziałem takich w tych stronach, chociaż to miasto odwiedza wiele osobliwych postaci. Mówię ci, to był szpiczastouchy, jak z obrazka mądrej księgi, ze sterczącymi uszami, w zielonym ubranku, a srebrną broszkę, o takim właśnie kształcie, -Wskazał na leżący na dłoni wojownika przedmiot. –miał przypiętą do piersi. Szedł w dół ulicy i szybko mi zniknął z oczu, które przecierałem sądząc, że to zwidy. Ależ dziwne rzeczy dzieją się w tych naszych czasach, no mówię ci, szpiczastousi w tych stronach… Chwila, a dokąd pan? –Zawołał zaskoczony, kiedy Edomund zaczął nagle odchodzić, zostawiając niedopite wino.

-Zdobyłem to co chciałem, więc wychodzę. –Odrzekł stojący już przy drzwiach wojownik. –Żegnam i liczę, że już nigdy nie trafię do tej cuchnącej dziury.

W każdym razie nie kłamał, zostawiając zbaraniałego szynkarza nim zdążył się oburzyć.

Opuściwszy „Czar Pustyni”, został natychmiast porwany przez falę ludzi. Nie musiał się na szczęście długo przeciskać przez tłum. Najbliższym możliwym przejściem wydostał się z bazaru i wszedł w pustą, zaśmieconą uliczkę biegnącą za oberżą. Rozejrzawszy się chwilę to w lewo, to w prawo, zdecydował wędrować, zgodnie z pozyskanymi wieściami, w jej dół. Jeszcze nie zostawił w tyle rozgardiaszu placu targowego, gdy do jego uszu doszły inne pokrzykiwania, dobiegające z pobliskiego zaułka. Kierowany ciekawością zajrzał tam i zobaczył zbitą w ciasną gromadkę czwórkę kintaszów, czyli kotoczłeków, prawdopodobnie rodziców z dwójką dzieci oraz trójkę ludzkich, marnie wyglądających obdartusów, za to uzbrojonych w długie, zakrzywione noże. Oczywisty napad.

-Słuchaj kocurze, nasz szef po raz ostatni ładnie prosi byś… hehe, zechciał mu zapłacić za „ochronę”. –Odezwał się najroślejszy z trójki bandytów, gdy zbliżał nóż do twarzy kotoczłeka. Szczerze powiedziawszy, dzięki zwierzęcym cechom wyglądu to napadnięty wydawał się groźniejszy od napadającego.

-Nie będę płacić żadnemu łachmaniarzowi, który myśli, że banda brudnych przygłupów wystarczy mu do szantażowania praworządnych obywateli! –Hardo stawiał się bogato odziany kintasz, zupełnie nie przestraszony. Był gotów stanąć walki i własnymi pazurami bronić rodziny, jednakże byłoby to nierówne stracie biorąc pod uwagę noże łotrzyków. –Kiedy tylko zawiadomię straż, wszyscy będziecie zabijać czas, licząc kamienie w więziennej celi! Nie myślcie, że blefuję! Nie wiecie z kim zadarliście! –Zakończył, obnażając z gniewnym pomrukiem kły i garbiąc jakby szykował się do skoku.

Po jego słowach bandytom miny całkiem zrzedły, ale nie ze strachu przed broniącą się ofiarą, chociaż nigdy nie należy lekceważyć, nawet pozbawionego broni, zwierzoczłeka, ale bardziej ze wzbierającej złości.

-Niech cię zwierzaku! –Wydarł się herszt. -Jak śmiesz obrażać naszego szefa! Masz pojęcie po co jest tu twoja rodzinka, kłaku?! Chcesz patrzeć jak obcinamy im ogony, jak obdzieramy żywcem z futra? –Zagroził z podłym uśmieszkiem.

Kotoczłek mimo swojej hardości wzdrygnął się i obejrzał niepewnie na swoją rodzinę. Myśl o ich cierpieniu z powodu własnej upartości nie była dla niego miła. Raz jeszcze pokazał kły w bezsilnym gniewie, po czym wyprostował się, niejako oznajmiając gotowość do poddania się.

-Więc co teraz odpowiesz? –Zapytał łotr uśmiechając się szerzej na ten widok.  Spodziewał się rychłej wygranej.

Nie doczekał się jednak odpowiedzi, bowiem jego uwagę zwrócił na siebie jeden z kamratów.

-Czego?! –Burknął niecierpliwym głosem.

Bandzior wskazywał na wylot zaułka, gdzie stał, już otwarcie, Edomund. Wojownik wyjął miecz i udawał, że się nim bawi.

-Te! –Burknął w jego stronę przywódca bandy. -Koleś, jeśli nie chcesz dostać w mordę, to wynoś się stąd! Ale już! –Jednak jego słowa jakby nie trafiły do uszu przybysza, który oparł swoją broń o mur i się w nią wpatrywał.

Z narastającej wściekłości opryszkowi zaczęła drżeć powieka.

-Powtarzam po raz ostatni! Zabieraj się stąd! –Znowu jednak odpowiedziało mu zignorowanie.

W końcu, z krzykiem na ustach, ruszył do ataku, przygotowując do pchnięcia nożem. Edomund przyjął wtedy odpowiednią do walki postawę, chociaż zrobił to mozolnie. Pewny siebie bandyta uderzył, ale wojownik nagłym, zaskakującym ruchem uniknął ciosu, po czym kontratakował potężnym uderzeniem w brzuch. Zaskoczony łotr z bólu wypuścił nóż. Jeszcze bardziej wściekły rzucił się na Edomunda. Bez trudu uniknął jednak jego pięści i pochwycił wyciągniętą rękę bandyty. Pociągnął mocno, a szarpnięty łotr przebiegł kilka chwiejnych kroków, po czy stracił równowagę i zarył twarzą o bruk. Wojownik sięgnął po swój miecz, który przytknął do pleców herszta. Kamraci stali jak wryci, a po przerażonym bandycie ściekały krople potu. Wojownik unosząc nieco głos, warknął do tamtych.

-Wy dwaj, wynoście się! Ale już! -Przerażeni zbóje uciekli, zostawiając swojego herszta na pastwę losu. –Teraz i ty umykaj! –Rzucił do trzeciego, uderzając go płazem po tyłku, kiedy się podnosił.

Ten podskoczył, ale nim zniknął za winklem, rzucił jeszcze.

-Zapłacisz za to! Żaba już się o to postara!

Edomund schował do pochwy miecz.

-Dziękuję nieznajomy. –Odezwał się kintasz. –Czy możemy się jakoś odwdzięczyć za przepędzenie tych bandytów? –Zapytał z grzecznym ukłonem. Nie było nawet widać po nim śladu niedawnej zwierzęcej gotowości do walki.

-Nie trzeba, niczego od was nie chcę. –Odparł mężczyzna. -To był mój obowiązek pomóc wam, potrzebującym pomocy. Możecie odejść.

-Gdyby więcej było takich ludzi jak ty, którzy pomagają bez względu na rasę. Żegnam więc, szlachetny wojowniku. Chodźcie. –Ponaglił swoją rodzinę.

Chociaż… –Rzekł w zamyśleniu Edomund.

-Tak? –Usłyszawszy to kotoczłek zatrzymał się.

-Nie, pewnie nie wiecie, gdzie szukać an’talah, czyli elfa, to jest szpiczastouchego, po którym widać, że na pustyni jest pierwszy raz oraz nosi na piersi srebrną broszę w kształcie dziwnego liścia? –Powiedział, odwracając się plecami do rozmówcy i samemu zbierając do odejścia. Kot stanął mu jednak na drodze.

-Wiesz, zdaje się, że kogoś takiego widziałem. –Uśmiechnął się.

-Naprawdę? –Zapytał z nadzieją wojownik.

-O tak. –Potwierdził zwierzoczłek. -Ba, nawet uratowałem go na pustyni i dałem gościnę w moim domu.

Spotkało się to z natychmiastową reakcją.

-Co proszę!? On jest w twoim domu!? Zaprowadź mnie tam?! –Zabrzmiało to jak żądanie, ale nowa informacja tak zaskoczyła Edomunda, że nie w głowie mu były maniery.

-Owszem. –Oznajmił kintasz. -Widzę, że to dla ciebie ważne. Swoją drogą jestem R’Firk, kupiec, a to moja żona Ariszn, pierworodny R’Raik i ukochana córeczka Kaszrimi. –Dodał przedstawiając siebie wraz z rodziną.

-Dziękuję ci R’Firku. Ja nazywam się Edomund.

Po wymianie uprzejmości ruszyli krętymi uliczkami Jafiru. W czasie całej drogi R’Firk zanudzał wojownika historią miasta. Opowiadał, że to jego lud założył pierwszą osadę w tym miejscu, a gdy przybyli tu ludzi, przywitano ich gościnnie. Odtąd wyjątkowo pokojowo, jak na obecne czasy, współżyją w nowym mieście, a pierwotne osiedle stało się jego częścią. W końcu minęli łuk stanowiący umowną granicę owego starego miasta. Weszli do dzielnicy zdominowanej przez kintaszów. Trudno było tego nie poznać i nie chodzi wcale o nieco inną architekturę, ale o futrzaste istoty kręcące się tłumnie po ulicach, chociaż ubrane na modłę ludzi południa. Niewiele później dotarli do całkiem dużego i ładnego domu R’Firka. Na jego dziedzińczyku, na ławie obok drzwi wejściowych ktoś siedział. Ten ktoś, obdarzony szpiczastymi uszami, w ogóle nie pasował strojem, czy wyglądem do południowców. Z ciekawością spojrzał na wojownika, która przerodziła się w niedowierzanie, a ostatecznie w radość. Dostojnie podniósł się wówczas i podszedł, by uściskać serdecznie rękę wojownika.

-Edomund, a niech cię! –Odezwał się ciągle jeszcze zaskoczony elf. -Cały czas za mną goniłeś. Witaj przyjacielu.

-Inathil, Inathil, Inathil… jesteś chyba najbardziej lekkomyślnym ze znanego z opanowania rodu an’talah jakiego miałem okazję poznać. Też cię witam i mam pytanie: Co ty na wszystkich bogów tu robisz?! –I serdeczny nastrój wtedy szlag trafił.

-Co ja tu robię? –Zdziwił się niepomiernie Inathil. –Czy to nie oczywiste? To wyprawa ratunkowa. Mam zamiar ocalić swoją rodzimą, leśną osadę. Na pewno obiło ci się o uszy, że lord Bruck, człowiek podły i chciwy jakich mało, zamierza ją kupić razem z całym okolicznym lasem. –Westchnął. –A przez chwilę myślałem, że jechałeś za mną, bo chcesz mi pomóc. Ty jednak pewnie masz zamiar zawrócić mnie do domu, który mogę stracić przez królewskich urzędników, a oni wystawili ją na sprzedaż tylko dlatego, że mieszkają w niej sami an’talah, czyli, według nich, „Aroganccy i zdradzieccy szpiczastousi”. Zaprawdę, żyję wśród was od trzystu lat, a ciągle mnie zadziwiacie tym, że są wśród was zarówno prawdziwie święci mężowie, jak także najgorsze łotry.

-Chcę ci pomóc. –Odparł urażony Edomund. -Ale to szaleństwo jechać na pustynię żeby szukać jednego z tych legendarnych skarbów.

-O nie, nie. –Zaprzeczył gorączkowo Inathil. –Ten konkretny skarb nie jest wcale legendarny, jest autentyczny, znalazłem na to dość potwierdzających dowodów. Powiem ci więcej, o ile zechcesz mi pomóc. –Rzekł naciskając na słowo „o ile.”

Wojownik zamyślił się. Nie to żeby nie lubił przygód, ale po pewnych dość licznych wypadkach jakie zdarzyły się podczas poszukiwań skarbów, stał się ostrożniejszy i zaczął bardziej cenić życie. W końcu co ci z bogactw jak zginiesz nim z nich skorzystać. Z drugiej strony o pomoc prosił go naprawdę niezwykły przyjaciel, a przyjaźń czasem wymaga odrobiny ryzyka. Cóż, najważniejsze, że odnalazł Inathila, a jeśli tak trzeba, będzie się go trzymał póki nie spełni swego celu.

-Nich będzie, pomogę ci. –Przemógł się w końcu. -Skoro nie mogę cię zawrócić to dopilnuję abyś skończył coś zaczął i wrócił w jednym kawałku.

Na dźwięk tych słów Inathil uśmiechnął się szeroko.

-Miło mi to słyszeć. –Rzekł w podzięce. –Chociaż zabawne jest dla mnie, że masz zamiar opiekować się osobą ponad dziesięciokrotnie starszą od siebie.

Zaśmiali się. Pewnie by jeszcze postali pod drzwiami zajęci gawędą, gdyby R’Firk chrząknięciem nie zwrócił na siebie ich uwagi. Kiedy na niego popatrzyli, kupiec gestem zapraszał do środka.

Pierwszy rzut oka na wnętrze wystarczał, by rzec, że jego właściciel jest nie byle kim, a już na pewno nie jest to jakaś nora w jakich to, według niektórych ludzi, mieszkają zwierzoczłecy. Ściany pokoju dziennego były gładkie i porządnie wybielone, obwieszone gobelinami oraz innymi ozdobami. Wszelkie meble ustawione w domu pieczołowicie wykonano z wysokiej jakości drewna, a w zasięgu wzroku nie brakowało dekoracji z cennych metali.

Wszedłszy, zasiedli w trójkę w pokoju dziennym na poduszkach, zgodnie ze zwyczajem południowców, przy niskim stole. Edomund oczekiwał egzotycznych napojów, ale czekał go niewielkie rozczarowanie. Żona R’Firka podała im wino, chociaż gatunku rzadko spotykanego na północy, to jednak wino. W każdym razie napitek był wyśmienity w porównaniu do tego co pił w oberży. Wziąwszy kilka łyków, wysłuchawszy paru luźnych uwag R’Firka na temat sytuacji handlowej Jafiru, postanowił skierować rozmowę na właściwy tor.

-Jak rozumiem, zapoznałeś już naszego gospodarza ze swoimi planami i przygodami, co Inathilu?

-Oczywiście. –Odparł krótko an’talah.

-I co to za wielkiego skarbu szukasz, że musiałeś jechać aż do Południowych Krain, co? –Zapytał cynicznym głosem.

-Panie Edomundzie. –Odezwała się usługująca przy stole Ariszna. –Pański przyjaciel nie szuka wielkiego skarbu ze starej, epickiej legendy. Poszukuje skarbu, którego historia jest krótka i wcale nie osnuta mitami. Tego typu historie są dobrze znane kupcom. Wielu podróżników woli porzucić swój bagaż niż zginąć w paszczy jakiejś bestii, czy objęciach burzy piaskowej. Jak się pewnie pan domyśla, takie rzeczy nie znikają od razu odzyskane przez właściciela lub zagrabione. Bywa, że leżą latami nim je ktoś odnajdzie…

-Istotnie kochana. –Wtrącił się R’Firk. –Jeśli zechcesz mogę opowiedzieć ci taką historię? –Zaproponował.

-Panie R’Firk. –Przerwał mu czysty głos Inathila. –Pozwól, że to ja zapoznam swego przyjaciela z tematem. Edomundzie, słuchaj. –Zwrócił się do niego. -Wszystko zaczęło się, gdy porażony wieścią o możliwości utraty domu, ze wstydem to przyznaję, próbowałem stracić tak cenioną przez mój lud godność  upijając się w tawernie. Do środka wpadł wtedy jakiś włóczęga w łachmanach bez grosza przy duszy. Twierdził, że napadli go na trakcie i chce strawy oraz noclegu. Pech w tym, że jedyne cenne co mu zostało to stara mapa. Za propozycję jej wymiany oczywiście go wyśmiano, ale ja… Może to przez to, że już dość dużo wtedy wypiłem, w każdym razie dałem mu za ten kawałek pergaminu kilka miedziaków. Rozwinąłem rulon i zobaczyłem rysunek jakiejś krainy na południu, a na nim zaznaczone miejsce. By dowiedzieć się więcej przysiadłem się do tego człowieka, po czym zacząłem go wypytywać. Dowiedziałem się, że ta mapa należała do kupca, który około dwudziestu pięciu lat temu porzucił na wybrzeżu Morza Mekosos ładunek kosztowności. Wiesz już co grozi mojej wiosce, więc nie dziw się, że chciałem skorzystać z okazji na jej ocalenie. Mam już wszystko co trzeba na wyprawę. Możemy jutro o świcie ruszać! –Rzekł z ekscytacją, ale po chwili umilkł z miną jakby zastawiał się nad czymś. -A tak swoją drogą to jak poznałeś R’Firka?

-Pogonił niezbyt rozgarniętych opryszków tego bandyty o śmiesznym przezwisku… – Odpowiedział kupiec. -jak mu tam… Żaby, którzy próbowali mi złożyć bardzo niekorzystną propozycję handlową.

-Wiesz coś więcej o tym „Żabie”? –Zaciekawił się Edomund. –Bo to przezwisko brzmi znajomo.

-Podobno jakiś czas temu zjawił się w mieście i nieudolnie próbuje budować „przestępcze imperium”. –Wyjaśniła Ariszna. -Dotąd nie robił zbyt wiele szkód, więc straż miejska ignorowała go, woląc zająć grubszymi rybami, ale po dzisiejszym napadzie mój mąż na pewno rzeknie w tej sprawie słówko tu i ówdzie. W każdym razie jest skończony.

-Przyjacielu, –Odezwał się Inathil. –masz rację, że to przezwisko wydaje ci się znajome. Pamiętasz tego śmiesznego bandytę o paskudnej twarzy, którego głowę wgniotłeś pewnego jesiennego popołudnia w błoto?

-A tak. –Stwierdził po chwili Edomund. –Niezły był z nim ubaw. Ale nie chcesz chyba powiedzieć…

-Tak, to ta sama osoba, którą swego czasu przegoniliśmy z kraju, a zwała siebie Żabą. Jak widać, tak lubi swoje przezwisko, że go nie zmienił. –Powiedziawszy to zaczął się śmiać, a Edomund razem z nim.

Gawędzili jeszcze przez jakiś czas o bardziej nieistotnych tematach. Nieco później, an’talah wraz z wojownikiem, za namową tego drugiego, poszli jeszcze sprawdzić ekwipunek. Edomund od razu wypatrzył kilka braków i żeby ta wyprawa skończyła się dobrze, postanowił je niezwłocznie uzupełnić. Te dodatkowe przygotowania trwały do wieczora. Wieczerzę zjedli w domu kupca w miłej atmosferze. Korzystając z gościnności R’Firka, ułożyli się do snu w jego pokojach. Łóżko było wyjątkowo miłą odmianą po wielu nocach spania na ziemi.

Gdy świt wstał następnego dnia, dwaj przyjaciele docierali do zachodnich bram miasta, właśnie otwieranych. Od wrót puścili się galopem w rozciągającą się za nimi pustynię, kierując się na południowy-zachód. Lekkie południowe konie, przyzwyczajone do piaszczystych wydm, niosły ich szybko. Mijane krajobrazy były, jak to na pustyni, monotonne. Tylko nad zmierzchem natknęli się na niewielką karawanę zmierzającą w przeciwnym kierunku, z którą nie nawiązywali kontaktu. Na nocleg zatrzymali się dopiero, gdy ciemność nocy naprawdę ograniczała widoczność. Wierzchowce z ulgą przyjęły odpoczynek i posilały się podanym im obrokiem oraz wodą. Jeźdźcy wiele nie jedli, ani nie mówili i szybko poszli spać. O świcie znów byli w drodze. Krajobraz wkrótce zaczął się zmieniać. Piasek stawał się co raz grubszy, aż w końcu ustąpił miejsca żwirowi, ale i on następnego z kolei dnia zmienił się w suchą, twardą, spękaną ziemię, a na horyzoncie pojawiły się sylwetki skał wznoszących się  w tych stronach nad brzegiem Morza Mekosos. Było dobrze popołudniu, gdy mijali biedną, nadmorską wioseczkę.

-To już niedaleko. –Stwierdził Inathil, przenosząc wzrok z osady na mapę. –Wkrótce dotrzemy na miejsce. Hej! Edomundzie, coś się tak zamyślił?

Istotnie, człowiek zdawał się o czymś rozmyślać.

-Po prostu myślę o tym co słyszałem, że sytuacja w Południowych Krainach zaognia się. Podobno koczownicy nawet prowadzą wojnę w pobliżu.

-No i co z tego? Co to ma do naszej wycieczki?

-Wycieczki? –Edomund zdziwił się tym określeniem. –Do niej nic, ale słyszałem, że niecały miesiąc temu doszło do bitwy całkiem niedaleko Jafiru. Zastanów się, czy wojna grzecznie ominie miasto? Być może będziemy mieli problem z wywiezieniem twojego skarbu, o ile istnieje.

-A ten znowu swoje. –Westchnął elf. –Po pierwsze skarb istnieje. Po drugie Jafir nie zostanie zaatakowany.

-Skąd ta pewność? –Zdziwił się mężczyzna.

-Ponieważ jak znam ludzi-koczowników z powodu sukcesów znudzi im się sojusz i za tydzień albo dwa sami rzucą się sobie do gardeł. O, popatrz! –Zawołał nagle. –To chyba tutaj!

Wjechali do niewielkiego jaru otoczonego brunatnymi skałami. Dno wyścielały sporych rozmiarów kamienie. Po drugiej stronie jaru rosły zielone zarośla, a wśród nich biło źródełko. Zostawili tam konie, a sami zaczęli przeszukiwać okolicę. Edomund rozglądał się dookoła, gdy nagle trafił wzrokiem na Inathila z uporem odgarniającego łopatą żwir ze środka jaru.

-Inathilu, co ty wyprawiasz? –Zawołał do elfa zdumiony. –Tu nie ma sensu kopać, pod warstewką drobnych kamolców z pewnością jest…

W tym właśnie momencie dobył się odgłos metalu uderzającego w litą skałę. Szczerze rozeźlony Inathil rzucił łopatę, usiadł na większym głazie i gapił się w swoją mapę. W końcu rzekł rozgniewany:

-To na pewno tutaj! Ale tu nie da się kopać, a według zasłyszanych przez mnie plotek, ten kupiec kosztowności zakopał!

-Nie jestem zdziwiony, powiem ci. Takie historyjki nierzadko okazują się bujdą.

Edomund poklepał pokrzepiająco przyjaciela po ramieniu. Już miał proponować powrót, gdy jego uwagę zwrócił leżący przy skalnej ścianie wysoki stos kamieni. Kierowany ciekawością zbliżył się do niego. Stojąc przed usypiskiem wodził wzrokiem po budujących go kamieniach. Jeden wyjątkowo przyciągał jego uwagę, wyróżniał się na tle innych zieloną szarą barwą. Mężczyzna chwycił kamień i po małej walce zdołał go wyjąc, ale niezadowolony z tego powodu stos zaczął się wówczas rozsypywać. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby budulec nie runął z wdzięczność wprost na Edomunda. Szczęśliwym trafem zdołał uniknąć zasypania, uskakując, ale minę miał nie tęgą, a ciało poobijane, bowiem podłoże nie sprzyjało upadkom.

-Co się dzieje?! -Inathil zerwał się przestraszony strasznym rabanem, który dobył się zza jego pleców. Gdy zrozumiał co się stało, rzekł oburzony.

-Nie strasz mnie tak! Swoją drogą czego ty chciałeś od tych kamieni, są nic nie warte… –Nagle otworzył szerzej powieki. –Popatrz za siebie, tunel!

Istotnie, gdy opadł kurz w skale ukazała się szczelina dość duża, by przeszedł przez nią człowiek, a elf za nim.

-Taa, tunel. –Odparł Edomund bardzie przejęty rozsypanym stosem niż tym co za nim się kryło.

-„Taa, tunel”? –Powtórzył niedowierzając Inathil. -„Taa, tunel?! Przecież tego nam było trzeba! Idziemy! –Dodał, rzucając przyjacielowi pochodnię. –Zapalaj, zbadamy tę jaskinię.

Tunel do ciekawych miejsc nie należał, ot naturalna grota o nierównych ścianach. Schodzili łagodnie w dół przez jakiś czas. Nie trwało to długo nim dotarli do końca jaskini. Znaleźli się wtedy w swego rodzaju komnatce. Naraz im się oczy zaświeciły. Na dnie spoczywał kufer. Inathil pierwszy doskoczył, szarpnął wieko i… nic. Szarpnął jeszcze raz, dalej nic. Gdy elf mocował się z zamkniętą skrzynią, Edomund przypomniawszy sobie o czymś, zaczął przeszukiwać kieszenie. W końcu znalazł to czego szukał i odebrał kufer Inathilowi nim ten ze wściekłości rzucił nim o ziemię. Postawiwszy skrzynię na ziemi, wetknął w dzieję zamka to co wyjął z kieszeni, a mianowicie stary klucz. Tylko nim przekręcił i dał się słyszeć zgrzyt, a wieko ustąpiło.

-Skąd miałeś klucz do tego konkretnego kufra? –Zapytał zaskoczony an’talah.

-A bo ja wiem? Trafił się gdzieś po drodze. Poza tym, czy to w tej chwili ważne? Kuferek, na którym tak ci zależało jest teraz otwarty.

Z podekscytowaniem podnosili wieko. I co ujrzeli? Znaleźli to czego szukali, skarb. Z zachwytem spoglądali na błyszczące złoto, gdy nagle…

-Spodziewałem się czegoś więcej niż tylko złota. –Inathil zepsuł piękno chwili.

-Niby czego? Pszenicy? Poza tym to czyste, najlepszej jakości złoto. –Odparł poirytowany postawą przyjaciela Edomund.

-Ja tylko powiedziałem, że nie spodziewałem się samego złota. W każdym razie, mamy to po co przybyliśmy, więc zabierajmy się stąd.

Nie było łatwo nieść ciężką skrzynię pełną złotą, ale jakoś udawało im się wciągać ją coraz wyżej. Wtem coś, a właściwie ktoś stanął im na drodze do wyjścia. Był to bogato odziany mężczyzna z wąsem w towarzystwie dwóch siepaczy.

-O cholera, to Bruck! –Wykrztusił Edomund.

-Jak to możliwe?! –Pisnął Inathil.

-Brawo, cóż za spostrzegawczość Edomundzie. A ciebie drogi Inathilu nie było ciężko śledzić, chociaż jesteś szpiczastouchym. –Jegomość z wąsem zaklaskał. –W każdym widzę, że nasz lekkomyślny elf i nader poważny, ubogi szlachcic znów siedzą wspólnie w jakiejś norze, jak dwójka kochanków. –Uwaga ta rozgniewała przyjaciół, ale Bruck jeszcze nie zamierzał się zamykać. –Zostawmy jednak was związek. Co tam znaleźliście? Ten wasz skarb w całości mieści się w tej skrzyneczce? Ha! A czego mogłem się spodziewać po takich dwóch nieudacznikach. Dobra, mam dla was pewną propozycję: Oddajcie mi ten wasz skarbek i możecie odejść, gdzie wam się żywnie podoba. Decydujcie się szybko, bo, sami wiecie, po śmierci przekażecie mi kuferek bez sprzeciwu…

-Mój panie! –Przerwał mu kolejny najemnik, który wbiegł nagle do jaskini.

-Czego głąbie! Zepsułeś mi mowę! –Odparł rozeźlony Bruck.

-Za przeproszeniem, przybyła jakaś banda obdartusów i twierdzą, że kogoś tu szukają! Są bardzo opryskliwi i namolni. Może z tego wyniknąć bójka!

-Już idę! Panowie, dokończymy tę rozmowę później. Wy dwaj! –Zawołał do swoich ludzi. –Pilnujcie ich.

Lord wyszedł z groty zostawiając zaskoczonych przyjaciół w towarzystwie siepaczy, którzy szczerzyli się w głupkowatym uśmiechu. Pierwszy działać postanowił Edomund i rzucił się na najbliższego najemnika, zwalając go z nóg. Nim jego towarzysz zdołał mu pomóc został powalony przez elfa. Po chwili obaj zostali ogłuszeni i spętani.

-Chodź, Inathilu! –Zawołał wojownik podnosząc skrzynię wspólnie z an’talah. –Wracamy na dół, jestem pewien, że widziałem gdzieś po drodze inny tunel.

Za jego przewodem zeszli z powrotem do komnaty, gdzie człowiek wskazał na ledwo widoczną norę tuż ponad ziemią, dość obszerną, by dało się do niej wczołgać.

-Chyba żartujesz?! – Oburzył się elf. –Nie wejdę tam!

-Wcale nie mam ochoty na żarty. Jeśli chcesz, by to złoto zostało w twoich rękach, ładuj się do dziury!

-A jak mamy się tam wczołgać z kufrem?

-Mam pewien pomysł, ty chwytaj za pochodnię, a mi daj skrzynię. Już ja ją wywindują na zewnątrz.

Więcej Inathil już nie mówił, tylko zastosował się do słów Edomunda i wślizgnął do jamy. Tymczasem człowiek przewiązał przez uchwyty kufra rzemień i zarzucił go sobie na plecy, po czym samemu przymierzał się do wejścia do noty. Nim to jednak uczynił, usłyszał coś takiego:

-O bogowie, tu są pustynne szczury! Zaraz się rzucą na mnie! A jednak nie, uciekły…

Podobne odgłosy towarzyszyły wojownikowi przez całe przeciskanie się przez jamę. Po jakimś niewiadomym czasie, ujrzeli wreszcie światło, a niewiele później wyszli wśród zarośli na końcu jaru, niedaleko od swoich koni. Zza roślin dobiegały ich odgłosy walki.

-Już nigdy nie wlezę do żadnej jaskini, pod jakimkolwiek pozorem. –Rzekł Inathil, padając na ziemię i dysząc.

Tymczasem Edomund cichcem poszedł odwiązać po konie i dał znak towarzyszowi. Ten, widząc to, zerwał się i zapytał szeptem.

-Co robimy? Uciekamy w stronę Jafiru?

-Na długą podróż przez pustynię mamy za mało zapasów. Pojedziemy wybrzeżem, a na wysokości tamtej wioski odbijemy w stronę miasta. –Odpowiedział człowiek, a Inathil uśmiechnął się, po czym wskoczył na swojego konia.

-Wiedziałem że tak powiesz, słowo w słowo. –Rzekł an’talah, usadowiwszy się w siodle.

-To czemu nie powiedziałeś tego pierwszy? –Niezbyt uprzejmie odparł towarzysz, zajmując miejsce na swoim wierzchowcu.

Wkrótce obaj ruszyli galopem w stronę wejścia do jaru, mijając walczących. Najemnicy Brucka ścierali się z ludźmi wyglądającymi na bandytów. Dotąd nie było pewnego zwycięscy. Lord bardzo się zdziwił, gdy jego niedoszli więźniowie przejechali obok niego z kufrem przytroczonym do jednego z koni. Gdy wreszcie zdał sobie sprawę z tego co zobaczył, zaklął siarczyście. Przyjaciołom udało się opuścić jar. Jednak z racji, że na drodze ku wybrzeżu stanął im kamienisty stok, wiele czasu upłynęło nim stanęli nad morzem, skąd ruszyli na północ. Nie minęło wiele czasu nim Inathil ostrzegł Edomunda, że ściga ich galopem trójka jeźdźców.

-Co robimy? –Zapytał się.

-Nie mam zamiaru jechać w ten sposób aż do Jafiru. –Odparł wojownik sięgając po miecz.

Elf się uśmiechnął, sięgając po łuk.

Zawrócili więc wierzchowce i zatrzymali się. Tamci także stanęli. Był to Bruck z dwójkę ze swoich najemników.

-Niech was! –Wydarł się brudny od krwi lord. –Wasi kamraci zdołali wyrżnąć większość moich ludzi nim sami padli martwi! Zabiję was! I dołączycie do tego całego Żaby w Zaświatach!

Szlachcic wraz ze swoimi najemnikami rozpoczął szarżę w ich stronę. An’talah i człowiek również spięli konie i ruszyli. Nim pokonali dzielącą ich odległość, Inathil zdążył napiąć cięciwę, po czym śmiertelnie ugodzić jednego z ochroniarzy Brucka, a potem miał jeszcze dość czasy, by zmienić broń na miecz. W pierwszym zderzeniu wszyscy utrzymali się na siodłach, więc rozpoczęła się walka w zwarciu. Inathilowi przyszło walczyć z Bruckiem, a Edomundowi z najemnikiem. Lord charczał, warczał i wydawał z siebie różne inne dziwne odgłosy, mocniejsze za każdym ciosem. W końcu zdał sobie jednak sprawę, że jest na straconej pozycji. Szlachcic nagle wyskoczył z siodła i runął na Inathila, zwalając go z konia. Na  ziemi błyskawicznie usidlił elfa kolanami, a palce owinął wokół jego szyi. Posiadaczowi szpiczastych uszu zaczynało brakować tchu, a mroczki zaczęły przesłaniać mu wzrok. Nagle ucisk zniknął i mógł znowu swobodnie oddychać, zaś ciało Brucka zwaliło się obok, zalewając plażę krwią. Nad Inathilem z wyciągniętą dłonią i okrwawionym mieczem w drugiej ręce, stał Edomund. Korzystając z jego wsparcia, an’talah podniósł się na nogi, po czym odetchnął z ulgą. Nie zwlekając, wskoczyli z powrotem na konie i odjechali, zostawiając trupy padlinożercom.

Dwa dni później byli z powrotem w Jafirze. Szukali tam karawany, która mogłaby zabrać ich z powrotem na północ, a przy okazji Inathil chciał się odpłacić R’Firkowi za gościnę. Zwierzoczłek nie przyjął o dziwo zapłaty, chociaż, jako kupca, można go było posądzić o skąpstwo, a po wysłuchaniu  przygody, jaką mięli okazję przeżyć, poradził im przyłączyć się do jego wozów zmierzających akurat w mniej więcej pasującym im kierunku.

W drodze do domu przeżyli jeszcze niejedno. Na miejscu okazało się, że po zagadkowym zniknięciu lorda Brucka na jaw wyszły wszystkie jego ciemne sprawki, a w zamian za ich ujawnienie, król przekazał część jego ziemi Edokarowi herbu Kruk, który jest ojcem Edomunda. Rodzinna wioska Inathila była już i tak uratowana, więc zdobyty na odległej pustyni skarb można było przeznaczyć na coś innego. To jednak nie jest już częścią tej historii.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s